Zanim bliźni usłyszą nasz głos, zanim będziemy ich przekonywać, że Bóg istnieje, zanim opowiemy im o Jezusie zmartwychwstałym – niech zobaczą nasze dobre czyny.

Podczas słuchania Liturgii słowa próbowałem policzyć, ile razy pojawia się sformułowanie wzywające do głoszenia, i zgubiłem się. „Podnosić głos” – słyszymy w pierwszym czytaniu, w psalmie powtarzaliśmy: „głoście cześć Pana”; w drugim czytaniu też pojawia się „głoś”. Ten wyraz jest bardzo istotny, on bowiem, w pewnym sensie, jest taką iskrą – przepowiadanie Ewangelii to jest głoszenie. Jednym z podstawowych słów, które dotyczy naszej wiary, jest kēryssein – głosić. Przepowiadanie Kościoła ma być kerygmatyczne. Ci, którzy są do tego posłani, nie mają głosić ani swoich poglądów, ani komentować rzeczywistości społeczno-politycznej. Mają głosić kerygmat, czyli Jezusa Chrystusa umarłego i zmartwychwstałego.

Głoś

To prawda, że w Kościele są ci, którzy zostali profesjonalnie do tego zadania przygotowani. W odróżnieniu jednak od sytuacji ludzi Starego Przymierza, każdy z nas, bez względu na wszelkie różnice, jest zobowiązany do głoszenia. Źródłem tego zobowiązania jest moment podczas Chrztu świętego, gdy chwilę po obmyciu w wodzie zostajemy namaszczeni świętym olejem krzyżma – i posłani. Wtedy też słyszymy, że każdy ma swój udział w misji Chrystusa jako „kapłana, proroka i króla”. Proroka, a więc tego, który przepowiada.

Głoszenie, o którym dziś mówi nam Słowo Boże, jest rzeczywistością fascynującą. Wymyka się ono jedynie ludzkiemu informowaniu, przekazywaniu pewnych treści. Ono przenika na wskroś, ma moc odmieniania. Dzisiejsze czytanie, ten fragment z księgi Proroka Izajasza, jest słowem spisanym w sytuacji, w której radość i szczęście były ostatnimi pojęciami, którymi można by określić ówczesną epokę. To czas niewoli babilońskiej (VI w. przed Chrystusem). Wówczas Jerozolima znajduje się w gruzach. I nagle słyszy się: „zabrzmijcie radosnym śpiewem, wszystkie ruiny Jeruzalem”. W oryginale hebrajskim jest coś więcej: „wybuchnijcie, krzyczcie…”.

Ruiny są synonimem przegranej, smutku, klęski. I one mają krzyczeć?

Każdy ma w swojej codzienności coś, co może nazwać ruiną. A Bóg mówi: „Zabrzmijcie radosnym krzykiem”

Tak, bo Słowo ma moc odmieniania. Natchniony autor zapisuje: „Będziecie oglądać na własne oczy powrót Pana na Syjon”. To dobra prognoza. Można ją zastosować w egzystencjalnym kontekście naszego życia – każdy z nas ma w swojej codzienności coś, co może nazwać ruiną, doświadczeniem klęski, przegraną. A Bóg mówi: „Zabrzmijcie radosnym krzykiem”.

Pan powraca do ruin. To musiało być szokujące dla ludzi, którzy przeżywali stan, opisany przez psalmistę: „Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy i płakaliśmy, wspominając Syjon, na wierzbach tamtej krainy zawiesiliśmy lutnie. Gnębiciele wołali: »Śpiewajcie«, ale jakże możemy śpiewać pieśni Pana w obcej krainie?”. Widzieli przecież na własne oczy lub mieli w pamięci wydarzenia, które poprzedzały klęskę – wygnanego i poniżonego króla Sedecjasza, wymordowanych kapłanów świątynnych. Nic nie pozostało, Arka Przymierza zginęła. I wówczas Izraelczycy mieli wybuchnąć „głośnym śpiewem”? Brzmi to absurdalnie.

Słowo Boga ma moc przemieniać rzeczywistość, do której dociera. Nie tylko przeniknąć, ale i przemienić. To dlatego człowiek zmienia się, pięknieje, kiedy jest zasłuchany w Słowo Boże. To co, było mrokiem jego życia, staje się przestrzenią, w której zaczynają wyrastać nowe pędy nadziei i przyszłości. Być może bez trudnego doświadczenia nie powstałyby święte zwoje. To w ruinach bezsensu rodzi się coś, co będzie fundamentem wiary pokoleń.

Czyń uczniów

Drugi wątek, związany nieodłącznie z głoszeniem, to wskazania, których Paweł udziela Tymoteuszowi. Uczeń słyszy: „Ogłoś to słowo, niech twoje życie będzie głoszeniem”. Na czym ma to polegać? Ciekawe, Paweł mówi, że Tymoteusz ma najpierw stanąć obok innych, żeby ich umocnić, zachęcić (dosłownie grecki tekst mówi: „stań obok, zarówno w tym dobrym czasie, jak i złym czasie”). Czas (kairos) dla chrześcijan jest iskrą, bowiem to pora zbawienia. I Paweł mówi: bądź w tym dobrym i w tym złym czasie. Bądź obok, zachęć ich, umocnij, bądź wielkoduszny. Wykonuj dzieło ewangelisty: czyń uczniów.

Paweł nie mówi: wal Słowem Bożym jak młotem po łbach tych, którzy nie wierzą

Misją każdego z nas jest „czynić uczniów”. Takie jest też ostatnie polecenie Jezusa: idźcie i czyńcie uczniów (wcale nie: „idźcie i nauczajcie”). Nauczać można bezproduktywnie, ale czynić uczniem to znaczy wprowadzić człowieka w relację do mistrza. Zadaniem chrześcijan jest zatem ukazywać innym relację do Chrystusa, wprowadzać ich swoim życiem w bliskość ze Zbawicielem. Paweł nie mówi: wal Słowem Bożym jak młotem po łbach tych, którzy nie wierzą. Poleca wyraźnie: zanim zaczniesz głosić, najpierw stań obok. Podobnie czyni Jezus – w drodze do Emaus towarzyszy zlęknionym uczniom przed tym, jak ich upomni.

Niesłychanie istotne jest, byśmy zrozumieli i poważnie potraktowali to przesłanie, żyjąc w takim, a nie innym świecie. Obecnie przecież Kościół raczej się nie powiększa, a kurczy. Ludzie, wśród których żyjemy, oczekują na Słowo.

Paweł napisze do Rzymian: „Jak mają uwierzyć, skoro nie słyszeli? Jak mają uwierzyć skoro im nikt nie głosił?”. Ktoś powie: no jak to, przecież Kościół nieustannie głosi. Oczywiście, głosimy tak, jak umiemy. Przede wszystkim jednak to życie jest tą rzeczywistością, którą się głosi. Dobra Nowina ma być widoczna w codzienności tego, który o niej świadczy. Czy ktoś, patrząc na nas, widzi radość wiary? Czy jesteśmy tym głosicielem dobrej nowiny, o którym pisze prorok? To pytania, na które nie możemy nie odpowiedzieć.

Kościół będzie pewnie coraz mniejszy, ale świadkowie Chrystusa mają być coraz bardziej wyraziści w swojej miłości

Myślę, że w tym kontekście trzeba zrozumieć słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „wy jesteście solą ziemi i światłem dla świata!”. Co to znaczy? Otóż, „niech tak zaświeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny i otoczyli chwałą Waszego ojca w niebie”. Zanim bliźni usłyszą nasz głos, zanim będziemy ich przekonywać, że Bóg istnieje, zanim opowiemy im o Jezusie zmartwychwstałym – niech zobaczą nasze dobre czyny. One podprowadzą ich do tego, by mogli zobaczyć Ojca. Taki musi być nasz Kościół, w którym jest Pan Jezus. Takie ma być nasze życie. Kościół będzie pewnie coraz mniejszy, ale świadkowie Chrystusa mają być coraz bardziej wyraziści w swojej miłości.

Straszliwą herezją życiową jest sytuacja, w której człowiek określa siebie jako chrześcijanina, wierzy w Boga, a żyje tak, że w jego życiu nie widać dobrych czynów i nie słychać niosących błogosławieństwo słów. Brzmi jedynie zło, pogarda dla drugiego, niechęć, mrok.

Wyłam się

Na koniec chciałbym przywołać prorocze słowa komentarza o soli ziemi, które niegdyś wypowiedział ówczesny kard. Ratzinger, późniejszy Benedykt XVI. Mówił do ludzi doświadczających kryzysu głoszenia z powodu braku owoców, którzy martwią się tym, że państwa katolickie stają się laickie, że ludzi na niedzielnej liturgii jest coraz mniej.

Napisał tak: „Kościół będzie przyjmował inne formy. Mniej będzie tożsamy ze społeczeństwem, bardziej stanie się Kościołem mniejszości, żyjącym wśród niewielkich, ale żywych kręgów ludzi rzeczywiście przekonanych do wiary, oddanych jej i działających w jej świetle. Właśnie dzięki temu Kościół znowu stanie się »solą ziemi«, jak powiada Pismo Święte. Kościół nie może wydawać światu rozkazów, ale może mu w chwili bezradności proponować odpowiedzi. Biblijne metafory takie jak »sól ziemi« czy »światło świata« w jakieś mierze sugerują, że Kościół pełni funkcję reprezentanta. Metafora »sól ziemi« zakłada, że nie cała ziemia jest solą. Być niejako wyłomem, który wiedzie poza świat ku Bogu; starać się, by cały czas była otwarta owa szczelina, przez którą może wpadać w świat powietrze. Na tym polega specyficzne posłannictwo Kościoła, z którego musi on sobie zdawać sprawę w swym życiu”.

Na tym polega nasze posłannictwo – „idźcie i głoście”, mówi Pan.

Homilia wygłoszona 8 sierpnia 2017 r. podczas uroczystości św. Dominika w kościele dominikanów na warszawskim Służewie. Tytuł i śródtytuły od redakcji.