Zamiast być twórcą klerykalnym czy propolskim, Miłosz wolał pozostać poszukiwaczem. Z tego wynika niezrozumienie jego twórczości w kręgach prawicowych.

W projekcie nowej podstawy programowej dla liceum, który został zamieszczony na stronie Rządowego Centrum Legislacji, nie pojawia się nazwisko Czesława Miłosza. Na wcześniejszej liście lektur, opublikowanej w marcu, widniały „wybrane wiersze” noblisty. W lipcu MEN informowało, że po prekonsultacjach decyduje się usunąć „kilka utworów” Miłosza i w obecnej wersji zestawienia autora „Drugiej przestrzeni” już nie ma. Dziś po południu, po interwencji radia TOK FM, ministerstwo zapewniło, że dorobek pisarza znajdzie się ostatecznie wśród szkolnych lektur.

W poezji Miłosza teologia ma nadrzędne miejsce, bowiem „pierwsze ma być pierwsze”

Można oczywiście uznać całą sprawę za przeoczenie. Jednak subtelne pominięcie poety wpisuje się w pogląd na kulturę, historię i kategorię polskości, jakie od dawna prezentuje obecna władza (tym razem jednak szybko wycofano się po nagłośnieniu sprawy). W jego ramach Miłosz jawi się jako nienawidzący polskości kosmopolita, w dodatku piszący o teologicznych wątpliwościach. Warto zwrócić uwagę, że już w 2011 roku należący do sejmowej komisji kultury posłowie PiS chcieli, by podczas Festiwalu Miłosza w Krakowie mówiono o „antypolskości jego poezji i działalności w komunistycznej służbie”. Wcześniej politycy prawicy i Radia Maryja protestowali przeciwko ustanowieniu „Roku Miłosza”.

Twórczość Miłosza warto byłoby widzieć w całej jej złożoności.

To prawda, że noblista jako jeden z pierwszych użył słowa „ciemnogród” jako określenia rodzimej mentalności. Nie był jednak bezmyślnym piewcą Zachodu. W jego emigracyjnym pisarstwie bez większego trudu można odnaleźć krytyczne uwagi dotyczące konsumpcjonistycznego stylu życia mieszkańców wolnego świata. Autor „Doliny Issy” do końca zresztą pozostał miłośnikiem przede wszystkim rodzinnych stron. W jednym z wierszy wyznawał: „Pod rozmaitymi imionami was tylko sławiłem, rzeki!”. W innym utworze powracają natomiast Szetejnie. Wspomnienie otwierają słowa, skierowane do matki poety: „Ty byłaś mój początek i znów jestem z Tobą, tutaj gdzie nauczyłem się czterech stron świata”.

Rządzący nie dostrzegają, że Miłosz to także twórca wyraźnie wprowadzający do swojego pisania kategorie etyczne. Jego słynne wersy „Który skrzywdziłeś człowieka prostego/ śmiechem nad krzywdą jego wybuchając (…). Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta” do dziś stanowią uniwersalne upomnienie, skierowane w stronę totalitarnej władzy. Nie są one jednak pojedynczym wyjątkiem w dorobku noblisty. Zaraz po wojnie Miłosz tak charakteryzował powołanie poetyckie: „Czymże jest poezja, która nie ocala/ narodów ani ludzi?/ Wspólnictwem urzędowych kłamstw,/ Piosenką pijaków, którym ktoś za chwilę poderżnie gardła,/ Czytanką z panieńskiego pokoju”. Z takiego przekonania brały się jego dramatyczne utwory, jak „Campo di Fiori”, wyrażona w późnych wierszach niechęć do odsłaniania „sekretów naszej wspólnej cielesnej mizerii” i szacunek względem Nieuchronnego („To”).

Pozostaje jeszcze najważniejszy sens tej poezji – teologiczny. O ile w refleksji akademickiej wydaje się on istnieć bezspornie (badania nad metafizyką Miłosza prowadzili m.in. Zofia Zarębianka i ks. Jerzy Szymik), o tyle w społecznej świadomości autor „Trzech zim” nie funkcjonuje jako poeta teologiczny. Przyczyniła się do tego mentalność samego pisarza, który – zamiast twórcą klerykalnym – wolał pozostać poszukiwaczem. Z tego wynika też nikła recepcja jego dzieł w kręgach kościelnych.

Odnośnie wiary samego poety, symptomatyczne wydają mi się dwie anegdoty. Otóż, Jan Błoński spytał kiedyś w rozmowie prywatnej Miłosza o to, czy ten jest osobą wierzącą. Autor „Ziemi Ulro” po chwili refleksji odparł: tak, ja siebie uważam za chrześcijanina . Inny miłoszolog ks. Jerzy Szymik wspominał, jak umierający poeta ze smutkiem zastanawiał się, czy po śmierci dostąpi zbawienia. Uspokoiło go dopiero błogosławieństwo, przekazane przez Jana Pawła II.

Dla historyków literatury sprawa pozostaje jasna: Czesław Miłosz praktycznie od późnych lat sześćdziesiątych uczynił teologiczne myślenie trzonem własnej twórczości. To także pisarz korespondujący przez lata z trapistą Tomaszem Mertonem i ochoczy uczestnik papieskich dyskusji w Castel Gandolfo.

W jego późnych utworach widoczny jest dramat człowieka wierzącego. Czytamy: „w sam raz dla mnie wędrowanie po obrzeżach herezji”. W innym miejscu odsłania się napięcie, które później Leszek Kołakowski nazwie mądrością: „ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”. W poezji Miłosza jednak tylko Bóg jest aksjologicznym gwarantem rzeczywistości, zaś teologia zajmuje nadrzędne miejsce, bowiem „pierwsze ma być pierwsze”. Odchodzący poeta wyznaje: „Ale jest mi dobrze w modlącym się tłumie./ Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć/ w ich własne istnienie, istot niepojętych”. Utwór „Modlitwa” zaś kończy przejmującym wyznaniem: „Uwolnij mnie od win prawdziwych i urojonych, daj pewność, że trudziłem się na Twoją chwałę./ W godzinę mojej agonii bądź ze mną Twoim cierpieniem, które nie może świata ocalić od bólu”.

Można się z noblistą spierać, można się nie zgadzać (jak czynił to inny polski poeta – Tadeusz Różewicz). Nie można go jednak pomijać w refleksji nad historią rodzimej kultury minionych lat. Jak pisała Maria Janion, Czesław Miłosz to zwierciadło ostatniego stulecia, człowiek, który przeszedł przez „wszystkie piekła i niektóre raje wieku dwudziestego”. Bez niego polska szkoła byłaby niewyobrażalnie uboższa…