Państwowa promocja Powstania Warszawskiego, z jej popkulturową otoczką, ma swoje słabe strony. Może należałoby równie intensywnie upamiętniać wszystkie ofiary wojny w dniu 1 września?

Na ostatnią rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego Ignacy Dudkiewicz napisał w „Gazecie Wyborczej”: „Do pamięci o Powstaniu Warszawskim trzeba dojrzeć. Potrzebowałem na to czasu. Wydaje się, że potrzebowały go także Warszawa i Polska”. Tekst gładki, rocznicowy? Nie tylko.

Dudkiewicz ujmuje relacją z własnego dojrzewania do pamięci o Powstaniu, z coraz bardziej świadomego kształtowania własnych rytuałów z nim związanych. Każdy indywidualny przykład podobnej postawy jest w obecnej przestrzeni publicznej na wagę złota.

Jednocześnie nie sposób przełożyć osobistego doświadczenia autora na doświadczenie mieszkańców miasta i kraju. Obraz Warszawy i Polski w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego jest w rzeczywistości dużo mniej optymistyczny niż w oczach Dudkiewicza.

Gdy jakiś czas po godzinie „W” powędrowałem na Krakowskie Przedmieście, znalazłem się w tłumie Obozu Narodowo-Radykalnego, w którym co chwila padały okrzyki „Cześć i chwała bohaterom” obok „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Jeden Niemiec, jedna kula” itp. To wstyd, aby tego dnia w ten sposób Warszawa oddawała cześć Powstaniu w głównej części Traktu Królewskiego, dodatkowo obleganego w tym czasie przez turystów. To nie jest polski koloryt, lecz hańba.

Niestety ani Warszawa, ani Polska nie dojrzały do mądrej pamięci o Powstaniu

Dudkiewicz dodaje: „budowanie pamięci o Powstaniu było dla mnie i moich rówieśników doświadczeniem formacyjnym i w pewnym sensie pokoleniowym. Wielu z nas przechodziło od całkowitej gloryfikacji zrywu, przez odrzucenie, po zniuansowanie ocen”. I wymienia (nie poddając ocenie, widząc to raczej – a może jednoznaczenie – pozytywnie) kluczowe w tym kontekście trzy procesy: otwarcie prężnego Muzeum Powstania Warszawskiego, wejście Powstania do popkultury (filmy, płyty, komiksy, gry planszowe itd.) oraz wzrost znaczenia symboliki narodowej i historycznej w przestrzeni publicznej i kulturze.

Zgoda, ale jednak jest i druga strona medalu. Masowa chęć zamanifestowania pamięci o Powstaniu (gdy rano, w godzinę „W” i po niej widzi się na mieście masy ludzi w powstańczych ubraniach i emblematach) oraz marsz ONR prowokują przecież do krytycznej oceny.

Przede wszystkim: skoro w żaden inny dzień nie widać na ulicach tylu emblematów patriotycznych, czy nie jest to jednak historyczna niesprawiedliwość wobec wszystkich innych ofiar wojny? Czy nie byłoby bardziej na miejscu upamiętnienie ich wszystkich 1 września? Oczywiście – w tej chwili taka dyskusja byłaby jedynie akademicka. Nastroje społeczne dyktują obecnie co innego.

Większym problemem jest to, że państwowa promocja Powstania (z jej popkulturową otoczką), której „oddolnym zwieńczeniem” jest marsz ONR, okazała się zaprzeczeniem idei dialogu i pokojowego współistnienia w demokratycznym kraju. Pokazuje to, że niestety ani Warszawa, ani Polska nie dojrzały do mądrej pamięci.

Ktoś może powiedzieć, że każdy ma prawo świętować, jak chce i zamiast w marszu ONR można uczestniczyć w innym marszu, np. Marszu Milczenia, bez manifestowania przynależności do jakiejkolwiek organizacji. Tylko dlaczego mielibyśmy odwracać oczy od tego, co dzieje się na głównej ulicy Warszawy i iść w milczeniu w innej części miasta? Każdy ma prawo do własnej wrażliwości. Chciałbym mieć nadzieję, że mamy też prawo do takiego zbiorowego przeżywania pamięci, które nie jest skierowane przeciwko drugiemu.