Czy przerabianie piosenek o namiętnej miłości na teksty religijne jest niestosowne?

„Despacito” w wersji pielgrzymkowej nie jest oczywiście pierwszą religijną przeróbką popularnego przeboju. Wcześniej była choćby piosenka „Maria tu, Maria tam”, ureligijniona wersja przeboju mołdawsko-rumuńskiego zespołu O-Zon pt. „Dragostea din tei”. Z czasów, kiedy jeździłem jako moderator na oazę, pamiętam jeszcze „Pójdę do nieba piechotą”, przeróbkę przeboju  „I’d Love You to Want Me” amerykańskiego piosenkarza, niejakiego Lobo.

Czy popularność takich utworów coś mówi naszej wierze – tego nie wie wiem. Ale wiele mówi nam o kulturze, w której żyjemy.

Sacrum i profanum

Aby taka religijna przeróbka popularnego przeboju mogła skutecznie zafunkcjonować, potrzebną są dwa spełnione warunki.

Po pierwsze, musi być to przebój bardzo dobrze znany, osłuchany, często nucony. Trzeba powiedzieć, że taki warunek spełniają jedynie muzycznie dobrze napisane piosenki, dobrze – oczywiście w pewnych określonych kategoriach. Muszą być śpiewne, melodyczne, łatwo wpadające w ucho. Słowem – przebój. To warunek – tak go nazwijmy – muzyczny.

Drugi warunek jest trudniejszy do spełnienia, i to on wzbudza kontrowersje. Zastosowanie świeckiej melodii do religijnego tekstu nie może w śpiewających wzbudzać oporu czy niechęci. Nie mogą tego odczuwać jako czegoś niestosownego.

Kiczowata sztuka kościelna ujawnia kiczowatą duchowość. Podobnie jest z muzyką

Jestem pewien, że na pielgrzymce pieszej tradycjonalistów „ten numer” by nie przeszedł. Tradycjonalistyczna wrażliwość opiera się na silnej opozycji sfer sacrum i profanum, które – owszem – powinny ze sobą się komunikować, ale nie mieszać. Pielgrzymi – nucąc religijne „Despacito” w drodze na Jasną Górę – tego wrażenia niestosowności nie mają, a piosenka się bardzo dobrze przyjęła w sieci. O czym to świadczy?

Po pierwsze, o tym, że na co dzień żyjemy w bardzo określonym biotopie muzycznym. To dla większości świat muzyki popularnej, której przykładem jest „Despacito”: dość dynamiczna melodia o miłości, utrwalona za pomocą sugestywnego wideoklipu. Większość pątników ją zna. I nuci, bo to melodia z gatunku tych, co się łatwo nie odczepiają.

Po drugie, świadczy to także o tym, że granica między sacrum i profanum uległa rozchwianiu. Nie ma co ukrywać, że w dużej mierze posoborowa kultura religijna uległa postmodernistycznym tendencjom zanegowania klasycznej kategorii decorum, czyli stosowności, zgodności treści z formą.

Zasada mówiąca, że forma musi być adekwatna do treści, odeszła w dużej mierze do lamusa. Dzisiaj lansuje się raczej tezę, że treść można wyrazić w dowolny sposób, a twórca nie jest zdeterminowany formą. Takie podejście niestety pojawia się także w obszarze kultury religijnej, liturgii, muzyki czy sztuki kościelnej, gdzie – często bezmyślnie – implementuje się formy, które są im obce, które wyrosły w zupełnie innym środowisku.

Muzyka religijna jest jedną z ofiar tego procesu. Twórcy tego typu przeróbek i ci, którzy je wyśpiewują, nie czują żadnej niestosowności. Czy powinni? Odpowiedź nie jest prosta. Na pewno czymś niedopuszczalnym byłoby wprowadzenie tego typu utworów w przestrzeń liturgii, ale pielgrzymka to jeszcze nie liturgia. Myślę, że wielu pątników (i to też będzie odróżniało nasze pielgrzymowanie od tego tradycjonalistycznego) uważa pielgrzymkę za sferę pośrednią, za przestrzeń, gdzie sacrum miesza się z profanum, a gdzie – w konsekwencji – taki mariaż religii i popkultury wydaje się usprawiedliwiony.

„Pamięć” formy

Podejście klasyczne – tak je nazwijmy – przestrzega radykalnego rozdziału sfery sakralnej od tej codziennej, świeckiej, a także unika kulturowych transferów z jednej do drugiej.

Transfery te nazywają się – odpowiednio – profanacją i sakralizacją, których to pojęć należy tutaj użyć nie tyle w znaczeniu etycznym, ocennym, ile opisowym. Profanacja to przeniesienie czegoś z obszaru sacrum do użytku codziennego, sakralizacja – to proces przeciwny, uświęcenie tego, co dotychczas przebywało w sferze profanum.

Włoski filozof, Giorgio Agamben, twierdzi, że transfery te nie dzieją się „bezkarnie”, to znaczy, że nie da się przenieść z jednego obszaru do drugiego jakiejś czystej formy, gdyż ona zawsze wnosi ze sobą do nowej sfery treść, która genetycznie związana jest z jej pierwotnym środowiskiem. Trzeba bardzo dużo czasu, by forma „uwolniła” się od swej genezy, od pierwotnej treści.

Nie ma duchowości, która byłaby ukształtowana na kulturowej pustyni

Stosując tę zasadę do naszego przykładu, trzeba powiedzieć, że przecież sama muzyka nie jest czymś neutralnym, beztreściowym. Przenosząc ją w sferę sacrum, wraz z nią wnosi się jej genezę, jej pierwotną treść, atmosferę, swoistą „pamięć” formy. Właśnie dlatego kard. Joseph Ratzinger tak stanowczo wypowiedział się przeciwko muzyce rock czy pop w liturgii. Taka muzyka powstała w innym środowisku, wyraża inny porządek, którego nie pozostawia za drzwiami kościoła, ale wnosi ze sobą (może dlatego nigdy nie mogłem się przekonać do tzw. rocka chrześcijańskiego).

Myślę, że ta ogólna zasada winna być jednak traktowana z rozmysłem. Wiemy dobrze, że czas działa na niekorzyść „pamięci” formy, która wraz z użyciem sama się sakralizuje, uświęca. Czy każda i czy zawsze – to już odpowiedź bardziej skomplikowana.

Proces „uwalniania się” od tego, co pierwotne, zależy od wielu czynników. Wszystkie trzy przytoczone na wstępie przykłady to piosenki obcojęzyczne, w których „obciążenie” stanowi przede wszystkim sama melodia. Nowa treść religijna nie miesza się nam z dawnym tekstem, bo – najczęściej – zbyt dobrze go nie znamy.

Gorzej byłoby z polskimi utworami, np. „Ona tańczy dla mnie” czy „Przez twe oczy zielone”. „Pamięć” dotyczyłaby nie tylko melodii i emocji z nimi związanych, ale także samej treści. We wspomnianych przeróbkach ważna jest muzyka, a inne walory są drugorzędne, choć trzeba zauważyć, że „Maria tu, Maria tam” opierała się na fonetycznym podobieństwie: „Ma-ia-hii / Ma-ia-huu / Ma-ia-haa / Ma-ia-haha”, a twórca polskiej wersji „Despacito” bezpośrednio nawiązał do tekstu: „Nie tak szybko, krok po kroku…”.

Trzeba tu nadmienić także i to, że mamy też przykłady przeciwne, kiedy to, co popowe nabiera cech sakralnych. Jest tak w przypadku niegdyś bardzo popularnych wersji „gregoriańskich” wielu przebojów muzyki popularnej. Specjalizujący się w tym zespół „Gregorian” z powodzeniem zaśpiewał już w tej stylizacji kilkanaście płyt. Zaśpiewane w ten sposób utwory nabierają uroczystego, mistycznego, quasi-religijnego charakteru. Dają pewne poczucie sakralności, którą w pewnym sensie zapewnia gregoriańska melodia.

Jaki śpiew, taka duchowość

Komentarze na portalach społecznościowych na temat „Despacito” są bardzo zróżnicowane: od zachwytu po potępienie. Niektórzy twierdzą, że wersja pielgrzymkowa jest lepsza od oryginału. I ta im pozostanie w pamięci. Są tacy, którzy podkreślają niestosowność przerabiania piosenek o namiętnej miłości na teksty religijne. I tacy, którzy przywołują argument, że skoro podoba się i pomaga, to dlaczego nie.

No cóż, „podobanie się” nie jest kryterium nazbyt teologicznym, użyteczność – też nie. Teologia podnosi pewne zastrzeżenia, wskazując przede wszystkim na fakt, że muzyka religijna – jej kształt – jest odzwierciedleniem określonej duchowości. Nie ma duchowości, która byłaby ukształtowana na kulturowej pustyni.

Właśnie dlatego wielu teologów wskazuje na niebezpieczeństwo kiczu religijnego, uznając, że kiczowata sztuka kościelna ujawnia kiczowatą duchowość. Podobnie jest z muzyką, która też jest elementem sztuki religijnej. Ona też „lubi” kicz.

Źle by się stało, by ktoś całą swoją duchowość maryjną miał kształtować na bazie „Despacito”. Rano na pielgrzymce śpiewa się Godzinki. To śpiew z zupełnie innej epoki, kultury, stylistyki – i jest wyrazem zupełnie innej duchowości. Symptomatyczne jest to, że dla wielu uczestników pielgrzymki te dwie duchowości i muzyczne stylistyki się nie wykluczają. Że rano zaśpiewają „Zawitaj, Pani świata, niebieska Królowo”, a gdy trzeba będzie wyruszyć, będą sobie dodawać otuchy słowami „Matka Boża będzie z tobą zawsze blisko”.

I – niestety – nie da się już tego nie nucić. Co nie znaczy, że należy w kościołach zaniechać Godzinek i zastąpić je koronką śpiewaną na melodię „Despacito”.