Krzysztof Kopczyński wybrał się na wschód, do Humania na Ukrainie, by znaleźć tam i opisać niezwykłe zapętlenie świata.

W czasach, kiedy w Polsce rządy sprawowała nudna demokracja liberalna, filmowcy-dokumentaliści w poszukiwaniu tematu rozjechali się po świecie. Jeden wybrał się busem do Paryża, zabierając ze sobą ojca, ale zamiast podziwiać widoki wdali się w roztrząsanie wzajemnych relacji. Druga zawędrowała na Kubę, by tam podpatrywać życie samotnej matki z dorosłym synem, cierpiącym na zespół Downa. Trzecią zagnało do Tajlandii, gdzie w skansenach mieszkają Kajanowie, którzy uciekli z Birmy przed juntą. Czwarty pojechał do Sudanu, niby podpatrywać polskich archeologów, a przywiózł stamtąd film o ludziach, zmuszonych porzucić ziemię przodków z powodu budowy sztucznego jeziora. Czujni krytycy, zwłaszcza z prawej strony, kręcili na ten exodus nosami, jakkolwiek w końcu musieli przyznać, że te podróże okazały się ważne i pożyteczne. Choćby ten film o Sudanie, „Abu Haraz” Macieja Drygasa: czyż nie wypełniał luki, jaka w polskim kinie została po budowie zbiorników w Czorsztynie lub Solinie?

W tym samym czasie Krzysztof Kopczyński wybrał się na wschód, do Humania na Ukrainie, by znaleźć tam i opisać niezwykłe zapętlenie świata. Otóż w Humaniu znajduje się grób jednego z najważniejszych chasydzkich cadyków, Nachmana – uważanego za największego mistyka Izraela. Nachman, żyjący w latach 1772-1810 w Bracławiu, 100 km od Humania i 20 km od Tulczyna, rezydencji niesławnego Szczęsnego Potockiego, marszałka konfederacji targowickiej (40 km od Humania), nakazał swemu uczniowi Natanowi, który spisał jego myśli i nauki, pochować się w Humaniu właśnie, na cmentarzu ofiar tzw. rzezi humańskiej. Ocalił tym samym pamięć o 20 tysiącach ofiar – Żydach, Polakach i unickich duchownych, wymordowanych w 1768 roku podczas koliszczyzny, chłopskiego buntu pod wodzą Iwana Gonty i Maksyma Żeleźniaka, dziś narodowych bohaterów Ukrainy. Za wizytę na swoim grobie Nachman obiecał każdemu pobożnemu Żydowi zbawienie, co roku więc do Humania pielgrzymuje kilkadziesiąt tysięcy chasydów z całego świata. Autorytet Nachmana jest tak wielki, że bracławscy chasydzi nie wybrali jego następcy, wierząc, że ich cadyk nie zmarł, a jedynie odszedł – i pewnego dnia powróci.

Film Krzysztofa Kopczyńskiego nosi tytuł „Dybuk. Rzecz o wędrówce dusz”, był filmem otwarcia Krakowskiego Festiwalu Filmowego w 2015 roku i laureatem Srebrnego Lajkonika dla najlepszego dokumentu w konkursie polskim. Nie miał dystrybucji kinowej, ale objechał świat, zdobywając kilka prestiżowych nagród, i przyciągając wcale szeroką publiczność, która na około 40 spotkaniach miała okazję dyskutować z reżyserem. Teraz Kopczyński (wraz z Anną Sajewicz) wydał książkę „Dybuk. Opowieść o nieważności świata” (Agora 2017), której film jest częścią. Wydawca sugeruje, by lekturę zacząć od oglądania. Pójdźmy więc tym tropem.

Film otwiera cytat z „Dybuka” (1937) Michała Waszyńskiego, ekranizacji sztuki Szymona An-skiego  – jedynego uznanego arcydzieła polskiego (choć w języku jidysz) kina okresu międzywojennego. Posłaniec zaświatów, Meszulach, tłumaczy, kim jest dybuk: duszą, która nie znalazła kolejnego ciała – do czasu oczyszczenia się ze swych ziemskich przewin. Bez tego wyjaśnienia nie można pojąć kultury chasydzkiej – i szerzej, żydowskiej – począwszy od sztuki An-skiego, poprzez powieści Singera i filmy braci Coen aż po całkiem świeży horror „Demon” Marcina Wrony. Pojawienie się tego cytatu u Kopczyńskiego nie znaczy, że nieśmiertelny rabin Nachman z Bracławia stał się dybukiem, wręcz przeciwnie – to sugestia, że wokół Bracławia i Humania krąży wiele dusz, które nie zaznały ukojenia. Także dlatego, że były niespokojne już za życia.

Bo jakże można być spokojnym, patrząc na to, co dzieje się w Humaniu. Corocznie, na święto Rosz Hasana – żydowski Nowy Rok – do miasteczka ściągają tysiące pielgrzymów, by dokonawszy rytualnego zmycia grzechów (taszlich) radować się u grobu cadyka. Tymczasem na drugim brzegu, gdzie po modlitwie nadzy mężczyźni zanurzali się w rzece, pojawiła się figura Chrystusa. Obnażyć się wobec symbolu cudzej religii to profanacja, trzeba własne rytuały przenieść gdzie indziej.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że postawiony chyłkiem krzyż to prowokacja

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że postawiony chyłkiem krzyż to prowokacja. Ukraińcy próbują zbudować swoją tożsamość, co ważne zwłaszcza w obliczu konfliktu z Rosją (jakkolwiek film dotyczy okresu sprzed Majdanu, który obalił prezydenta Janukowycza). Ale tak naprawdę nie wiadomo, jak ją budować. Dotychczasowe próby zawodzą: budowanie tradycji kozaczyzny oznacza sięganie po wzorce rosyjskie, kreowanie na bohaterów narodowych wspomnianych Gonty i Żeleźniaka jest de facto realizowaniem wzorców sowieckich, podobnie jak otwieranie głęboko antysemickiego konfliktu z chasydami, którzy w jakiś sposób nie tylko utrzymują to miasto i jego mieszkańców, ale też wymuszają jego rozwój. To z kolei miejscowym nie podoba się jeszcze bardziej: chcą być u siebie i na swoim, tymczasem przybyszom łatwiej płacić łapówki i obchodzić prawo. Ale jak ich zabraknie, skończy się nie tylko źródło dochodów, ale i paliwo niezbędne dla frustratów do podtrzymywania sporu. A o frustrację na Ukrainie wcale nie jest trudno.

Kiedy wszelkie dybuki i zmory trwają w niszczącym klinczu, ludzie nie potrafią dojść do porozumienia. I to mimo wysiłków i miejscowej gminy żydowskiej, i przyjezdnych chasydów, i miejscowych patriotów z trudem uwalniających się od sowieckich nawyków. Ale i tam pojawiają się piękni ludzie – jak Wołodia, były oficer Armii Radzieckiej, na emeryturze opiekun żydowskiego cmentarza w Bracławiu, którego dom stoi nad lochem, gdzie Nachman dyktował swe myśli Natanowi. Kiedy Wołodii zabraknie, na podwórzu chasydzi odśpiewają kadisz, zaś we wnętrzu domu prawosławni odbędą stypę. Ba, ale Wołodia to wyjątek od reguły, choć – z drugiej strony – może i znak dany przez Boga: wskazanie, w którą stronę Człowiek powinien się kierować.

Krzysztof Kopczyński, Anna Sajewicz, „Dybuk. Opowieść o nieważności świata”

Krzysztof Kopczyński, Anna Sajewicz, „Dybuk. Opowieść o nieważności świata”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017

Książka nosi nieco inny tytuł niż film. Jest to z jednej strony rozbudowany komentarz do filmu, realizowanego kilka lat, sięgający zarówno w czasy zbierania dokumentacji, jak i późniejsze, już po zakończonym okresie zdjęciowym, z nieprzestrzeganym rozejmem z separatystami włącznie, z drugiej zaś reportaż nie tyle z realizacji filmu, ile ze spotkań z ludźmi, którzy na ekranie byli kilka minut lub ledwie mignęli w kadrze. Czytając „Dybuka. Opowieść o nieważności świata”, odnosi się wrażenie, że śledzi się obszerny „Making of…”, zazwyczaj kilkunastominutowy film o filmie, tu rozbudowany do rozmiarów pokaźnego tomu.

Przede wszystkim wyraźniej widać to zapętlenie świata. Jednym z supłów, choć nie najważniejszym, jest historia – polska, ukraińska, żydowska, rosyjska imperialna, sowiecka, wreszcie ukraińska niepodległościowa z rosyjskim cieniem i izraelską nutą. Węzeł drugi to chasydyzm bracławski, zwany też umarłym, gdzie Bracław i Humań są nie tyle miejscem kultu, ale punktem odniesienia do całego religijnego nurtu. Patrząc na Humań widać, jak żywy to odłam, skąd więc jego „umarłość”? Raz z wiary, że po śmierci rabina Nachmana na całym świecie było ledwie pięciu chasydów – jego uczniów, dwa zaś ze wspomnienia Holocaustu, kiedy bracławscy chasydzi wierzyli, że Bóg się objawi i wyprowadzi ich z gett. Na te dwa sploty nakłada się trzeci – odziedziczone po czasach sowieckich frustracja i marazm, każące z jednej strony widzieć kulturową, ba – cywilizacyjną przepaść, z drugiej zaś czekać na chwilę, kiedy problem sam się cudownie rozwiąże. A do tego jeszcze dochodzą drobne nitki ludzkich charakterów, własne wizje świata, nostalgia i tęsknota. A także rosnąca świadomość, że świat się kurczy, a tymczasem – jak w „Dybuku” Waszyńskiego (którego chasydzi nie pozwolili w Humaniu wyświetlić) – „jak zobaczyć drogę, którą zmierza Człowiek, skoro nikt nie otworzył mu jeszcze oczu?”.

Fascynujący film, mądra lektura.