Wchodząca w życie ustawa o sądach powszechnych podporządkowuje młodych prawników ministrowi sprawiedliwości. Doświadczyłem boleśnie, do czego może prowadzić uzależnienie kariery sędziowskiej od prokuratury.

Opinia publiczna przyjęła z zadowoleniem niespodziewaną deklarację prezydenta Andrzeja Dudy z 24 lipca, że wbrew woli prezesa Kaczyńskiego, swego politycznego demiurga, zawetuje on jako niezgodne z Konstytucją dwie uchwalone przez parlament ustawy, o Krajowej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym. Zachwyceni sukcesem protestów społecznych, i to z tak licznym udziałem młodego pokolenia, nie dość chyba zdajemy sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie trzecia kontrowersyjna ustawa, ta o sądach powszechnych, podpisana bez zastrzeżeń przez prezydenta i lada chwila mająca wejść w życie.

Nie jestem prawnikiem i nie zamierzam analizować całej ustawy. Chcę jedynie zwrócić uwagę na jedno z jej ustaleń, które mówi, że obowiązkowym etapem na drodze prawnika do nominacji na sędziego ma być „terminowanie” przez cztery lata w roli asesora, bezpośrednio zależnego od ministra sprawiedliwości, jednocześnie prokuratora generalnego. I to on (za pośrednictwem swoich wizytatorów) ma oceniać, kto się nadaje na sędziego, a kto nie.

Otóż doświadczyłem boleśnie, do czego może prowadzić takie uzależnienie kariery sędziowskiej od prokuratury – i chcę się tym swoim doświadczeniem podzielić.

Działo się to w latach 2005-2007, a więc za poprzednich rządów PiS, kiedy to ministrem sprawiedliwości, podobnie jak dzisiaj, był niejaki Zbigniew Ziobro, z poduszczenia Jarosława Kaczyńskiego ścigający wówczas korupcję, której rzekoma wszechobecność była elementem politycznej propagandy.

Moja żona Kinga pracowała wówczas w wydziale architektury urzędu gminnego w pobliżu Warszawy. Była samodzielnym specjalistą, odpowiedzialnym za plany zagospodarowania przestrzennego. Jak wiadomo, są one lokalnym prawem, niezwykle ważnym, bo służącym obywatelom, a jednocześnie strzegącym dobra wspólnego. Wtrącę, że brak takich planów uchwalonych przez organy samorządowe umożliwia różnego rodzaju nadużycia ze strony deweloperów.

A droga do uchwalenia planu jest skomplikowana i długa. No i zdarzyło się, że podczas sesji rady gminnej przeciągającej się długo w nocy przyjęto uchwałę, do której wkradł się drobny błąd techniczny: granicą planu były tereny kolejowe, a ściślej ich „południowa granica” – i tak było zaznaczone na załączonej mapie – tymczasem w tekście uchwały znalazły się słowa: „północna granica terenów kolejowych”. Nie powodowało to praktycznie żadnych skutków prawnych, bo tereny kolejowe tak czy owak są z planu wyłączone. Ale błąd, nawet tak drobny, mógł stać się pretekstem do zaskarżenia planu i uchylenia go, co pociągałoby za sobą konieczność rozpoczęcia całego złożonego procesu od początku.

Moja żona, spostrzegłszy błąd poniewczasie, chcąc „uratować” plan, poprawiła to jedno słowo w tekście uchwały. Wydawało jej się, że to drobiazg… Pech chciał, że tę nieistotną zmianę zauważył jeden z mieszkańców, który był w sporze z burmistrzem z powodu niewypłaconego mu przez gminę odszkodowania za kawałek działki, zabrany pod drogę – i na złość burmistrzowi zgłosił „przestępstwo korupcyjne” do prokuratury. Ta wszczęła śledztwo.

Żona, wzywana na policję i na prokuraturę, przyznała się i wyjaśniła wszystkie okoliczności. Pani prokurator okazała zrozumienie, ale oświadczyła, że nie może wziąć na siebie odpowiedzialności za umorzenie sprawy i musi ją przekazać do sądu, ale uspokajała moją żonę, że sąd z pewnością sprawę oddali… W tym samym czasie jednak słynny kardiolog doktor G. został na oczach kamer zakuty w kajdanki i wyprowadzony ze szpitala MSW, a pan minister Ziobro triumfalnie oświadczył na zwołanej szybko konferencji prasowej, że „przez tego pana już nikt życia pozbawiony nie będzie”.

Żona była spokojna, że w sądzie rejonowym oskarżenie przeciwko niej o złamanie prawa w postaci fałszowania dokumentów państwowych zostanie oddalone, choćby z powodu braku szkodliwości społecznej dokonanego „czynu”. Sprawa trafiła jednak do nowo utworzonego sądu rejonowego w P. i dostała się w ręce… młodej pani asesor, podlegającej wówczas ministrowi sprawiedliwości.

Odbyło się kilka rozpraw, zeznawali świadkowie, eksperci wyjaśniali, zdawało się, że zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nastąpi uniewinnienie. Tymczasem pani asesor, która chyba niewiele rozumiała, wydała wyrok: pół roku pozbawienia wolności, w zawieszeniu na dwa lata… Żona i ja byliśmy w szoku. Taki wyrok, nawet jeśli nieprawomocny, to dla urzędnika państwowego jak wyrok śmierci. Oczywiście, jak należało się spodziewać, wrogowie burmistrza natychmiast ogłosili tę sensacyjną wiadomość w lokalnej prasie, z nazwiskiem żony, jako dowód na korupcję rzekomo panującą w urzędzie.

Czy muszę opisywać, cośmy przeżywali przez następne kilka miesięcy? Kinga – człowiek nieskazitelnej prawości, oddana swojej pracy, wracająca często z sesji rady w środku nocy – skazana na pół roku więzienia za złamanie prawa? Jakiś absurd!

Odwołaliśmy się do sądu apelacyjnego w Warszawie, a ten uznał całą sprawę za bezprzedmiotową od samego początku i unieważnił wyrok sądu rejonowego. Ale trauma pozostała.

Wkrótce potem asesorzy zniknęli, gdyż Trybunał Konstytucyjny uznał, że instytucja asesora właśnie z powodu podlegania ministrowi sprawiedliwości jest niezgodna z zasadą trójpodziału władzy. Gdy jednak do władzy znów doszedł PiS, wrócono do niekonstytucyjnych przepisów o asesurze, które właśnie niedawno weszły w życie, 20 czerwca 2017 r.

Mamy niestety mocne podstawy do przypuszczania, że ten skandaliczny i niesprawiedliwy wyrok wydany przez panią asesor, zdezawuowany i anulowany potem przez sąd apelacyjny, był przejawem nie tylko niekompetencji niedoświadczonej prawniczki, której powierzono odpowiedzialność sędziowską, ale także jej niewątpliwego uzależnienia od prokuratury i zastraszenia atmosferą panującą wtedy w wymiarze sprawiedliwości, kierowanym przez polityka Zbigniewa Ziobrę.

Wyobraźmy sobie teraz, co może się dziać, gdy wejdzie w życie nowa ustawa o sądach powszechnych, a sądzeni będą ludzie już nie za takie błahostki, jak to było w przypadku mojej żony, lecz za czyny godzące w interes władzy, na przykład za udział w antyrządowych demonstracjach!

Dlatego, dopóki starczy nam sił, będziemy chodzili, moja żona i ja, i nasi przyjaciele, na wszystkie uliczne demonstracje, by wraz z innymi obywatelami upominać się o wolne i niezawisłe sądy.