Spiskowanie przeciw Konstytucji ma wspaniały efekt uboczny. W przyspieszonym tempie rodzi się w Polsce młode społeczeństwo obywatelskie.

Od 16 lipca trwały w Polsce protesty przeciwko wprowadzanym przez Prawo i Sprawiedliwość – w równie ekspresowy, co arogancki sposób – zmianom prawa o sądach. Najpierw protesty ograniczone były do największych miast. Stopniowo jednak obejmowały swoim zasięgiem cały kraj, także – co musiało być dla partii rządzącej dużym zaskoczeniem – Mazowsze i ścianę wschodnią.

Było przeciwko czemu protestować. Wszystkie trzy ustawy – o Sądzie Najwyższym, o ustroju sądów powszechnych i Krajowej Radzie Sądownictwa – rzeczywiście gruntownie zmieniały polskie sądownictwo, oddając całkowitą władzę nad wymiarem sprawiedliwości jednemu człowiekowi: ministrowi sprawiedliwości będącemu zarazem prokuratorem generalnym. Wszystkie były procedowane bez konsultacji społecznych, nocami, bez uwzględniania jakichkolwiek poprawek opozycji, której odbierano głos i wyłączano mikrofon. Wszystkie, jak twierdzili wnioskodawcy, miały usprawnić działanie sądów , choć przede wszystkim pozwalały na dogłębną wymianę kadr i ręczne sterowanie zachowaniami sędziów. I wszystkie trzy były niezgodne z wciąż obowiązującą w Polsce Konstytucją.

Polityczne środowisko prezydenta Dudy takiego zachowania się po nim po prostu nie spodziewało

Początkowo protesty organizowane były przez partie opozycyjne lub KOD, ale coraz szybciej nabierały charakteru obywatelskiego. Coraz częściej organizatorami tych spotkań, marszów czy łańcuchów światła stawały się organizacje pozarządowe lub zwykli obywatele, jak Franciszek Sterczewski w Poznaniu, rodzina w Pajęcznie czy młody człowiek z parasolem i zniczem w Sierpcu. A przede wszystkim zaczęli w nich masowo uczestniczyć ludzie młodzi i bardzo młodzi. Po raz pierwszy zauważyłam to właśnie 16 lipca. 24 lipca pod Pałacem Prezydenckim poczułam, że zdecydowanie zawyżam średnią wieku.

Tego samego dnia o 10 rano prezydent Andrzej Duda poinformował, że nie podpisze dwóch z trzech przyjętych przez parlament ustaw, ponieważ są one niekonstytucyjne, o czym przekonali go liczni prawnicy, a przede wszystkim Zofia Romaszewska.

Konstytucja plakat

Plakat „konsTYtucJA” autorstwa Łukasza (Luki) Rayskiego.

Demonstrujący na ulicach i parlamentarna opozycja najpierw się ucieszyli, a potem zaczęli zadawać pytania i – przynajmniej niektórzy – snuć teorie spiskowe. Twierdzić, że to „ustawka”, że chodzi o uśpienie opozycji lub umożliwienie honorowego wycofania się PiS z budzących najwięcej emocji ustaw, z zachowaniem rzeczywistego wpływu na powoływanie, odwoływanie i dyscyplinowanie sędziów, którzy de facto mają największy wpływ i na sprawy zwykłych obywateli, i największą ilość orzekanych wyroków. Bo rzeczywiście – trudno w takiej sytuacji nie zadać sobie pytania, dlaczego „liczni prawnicy” i pani Romaszewska nie przekonali prezydenta, że ustawa o sądach powszechnych jest równie niekonstytucyjna co dwie pozostałe, zwłaszcza że zgodnie z nią to właśnie ten sam prokurator generalny będzie arbitralnie decydować, kto może dalej przewodniczyć sądom, a kogo należy odwołać.

Zdumienie, zaskoczenie i frustracja kierownictwa i zwykłych posłów Zjednoczonej Prawicy nie były i nie są jednak udawane. Ataki na prezydenta ze strony np. wiceministra Jakiego, nieskrywana złość premier Szydło i hejt wylewający się z internetu nie są w moim przekonaniu elementem jakiejś wyrafinowanej rozgrywki obliczonej na otumanienie i zmanipulowanie opinii publicznej. Polityczne środowisko prezydenta Dudy takiego zachowania się po nim po prostu nie spodziewało. I miało ku temu bardzo solidne podstawy. Ale tym razem publiczne traktowanie go jak posłusznego właściciela długopisu poszło za daleko.

Młode społeczeństwo obywatelskie to wyzwanie i dla obozu władzy, i dla nic nie rozumiejących liderów opozycji

18 lipca prezydent przedstawił swoje poprawki do ustawy o Krajowej Radze Sądownictwa przywracające pozycję głowy państwa w podejmowaniu decyzji o jej składzie. Zagroził przy tym, że jeśli poprawki nie zostaną uwzględnione, nie podpisze ustawy o Sądzie Najwyższym. Nie kwestionował przy tym konstytucyjności żadnej z nich. Bo, jak się zdaje, nie to go wówczas obchodziło, lecz przede wszystkim zachowanie swoich wyłącznych prerogatyw. Obiecano mu to – i po prostu oszukano. A jak by tego było mało – minister Ziobro po przegłosowaniu ustawy przez Senat stwierdził nonszalancko, że możliwość jakiegokolwiek weta ze strony prezydenta „należy między bajki włożyć”. Czara goryczy się przelała – i prezydent ustawy zawetował. Ale tylko te, które bezpośrednio go dotyczą.

I w ten sposób Andrzej Duda stał się częścią międzynarodowego spisku, elementem astroturfingu, uczestnikiem gry obliczonej na obalenie legalnie wybranej władzy, w której opozycja – jak twierdzi minister Waszczykowski – nie zawaha się nawet przed terrorem. Niezależnie jednak od rzeczywistych powodów prezydenckiego weta tempo pozakonstytucyjnej zmiany ustroju Rzeczypospolitej zostało wyhamowane. Przynajmniej na chwilę, bo jak zapowiedziała premier Szydło, partia i rząd nie cofną się ani o krok. W monolicie obozu rządzącego pojawiło się jednak pierwsze, naprawdę poważne pęknięcie.

Przede wszystkim jednak spiskowanie przeciw Konstytucji ma wspaniały efekt uboczny – w przyspieszonym tempie rodzi się w Polsce społeczeństwo obywatelskie. I to jest największe wyzwanie zarówno dla państwa, które chce zbudować Jarosław Kaczyński, jak i dla wciąż nic nie rozumiejących opozycyjnych liderów. Powstało młode społeczeństwo, praktykujące na ulicach demokrację. Czytające – z uwagą i zrozumieniem – Konstytucję. Tę Konstytucję, w której zapisano przecież, że Rzeczpospolita jest zarówno państwem prawa, jak i sprawiedliwości społecznej. To młode społeczeństwo wie już, jak nigdy wcześniej, że Konstytucja to nie jest po prostu „taka książeczka”, jak raczył ją nazwać Jarosław Kaczyński.

Ci młodzi ludzie wiedzą, że Konstytucja to Ty i Ja. Szukają dla siebie, jak mówił 24 lipca Szymon Hołownia, kleju. Szukają przestrzeni niezawłaszczonej przez partie. Mówią zupełnie nowym językiem, są otwarci i wolni od historycznych uprzedzeń mojego pokolenia. Gotowi są – powtórzę za Hołownią – by polską wspólnotę kleić i pić herbatę z każdym, kto tego zechce. Bo „Każdy z nas się liczy, kobieta i mężczyzna, duża i mały, homo i hetero, katolik, muzułmanin i ateistka, z miasta i ze wsi. Nikogo z nas nie wolno odpychać słowami, musimy go włączać i szanować jego godność” – jak mówił Jacek Dehnel 24 lipca przed Pałacem Prezydenckim.