Odrzucenie przez PiS obywatelskiego wniosku o referendum edukacyjne jest przejawem selektywnego definiowania pojęcia narodu przez partię rządzącą.

Jak mówi Konstytucja RP, „Władza zwierzchnia [czyli suwerenna – AC] w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. W przeciwieństwie do poprzednich rządów, narracja rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość polega właśnie na częstym odwoływaniu się do „woli suwerena”, czyli do sprawczości i decyzyjności obywateli,  którzy podjęli taką czy inną decyzję o kierunku polityki.

„Nie może być tak, że wola ludu-suwerena będzie deptana” – mówił jakiś czas temu wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Znamiennym przykładem tego odwoływania się do woli suwerena jest – moim zdaniem, sam w sobie całkiem dobry – pomysł zorganizowania referendum w sprawie nowelizacji konstytucji na 100-lecie niepodległości Polski 11 listopada 2018 roku.

Referendum dobre i złe

Podczas tegorocznych obchodów święta narodowego 3 Maja prezydent Andrzej Duda zapowiedział: „Uważam, że (…) naród polski powinien się wypowiedzieć co do przyszłości ustrojowej swojego państwa; co do tego, jakich kierunków ustrojowych w przyszłości chce. Jakiej chce roli prezydenta Rzeczypospolitej, Senatu, Sejmu, jakie prawa obywatelskie muszą być mocniej akcentowane i jakie wolności”.

Sztuczny podział na „prawdziwego suwerena” i „interesownych nieobywateli” napawa grozą

W kontekście wyrażonej w pomyśle referendum afirmacji „głosu narodu” kuriozalne jest jednak odrzucenie przez posłów PiS 20 lipca br. innego wniosku referendalnego, i to w dodatku podpisanego przez 910 tys. obywateli: referendum opartego na pytaniu „Czy jesteś przeciw reformie edukacji, którą rząd wprowadza od 1 września 2017 roku?”. Jednym z głównych powodów, dla którego, zdaniem  posła PiS Dariusza Piontkowskiego, wniosek należało odrzucić – a nie tylko sprecyzować – była… „niedookreśloność pytania referendalnego”.

Równie kuriozalne jest celowe pominięcie konsultacji publicznych, w trakcie których z odpowiednim wyprzedzeniem mogą wypowiedzieć się obywatele, w tym przedstawiciele organizacji pozarządowych i osoby prywatne – w przypadku projektu kontrowersyjnych zmian w Sądzie Najwyższym, które według premier Beaty Szydło „mają służyć wszystkim Polakom” .

Kim jest suweren PiS?

Jaka logika kryje się za takim selektywnym docenianiem przez PiS suwerena, czyli – jak zwał, tak zwał – narodu, ludu, obywateli, wyborców? Czy jest to tylko wiedzione potrzebą chwili instrumentalne zmienianie definicji „suwerena”? Niestety nie.

Środowisko Prawa i Sprawiedliwości jest wbrew pozorom bardzo konsekwentne co do stosowanej przez siebie definicji suwerena. A definicja ta jest zatrważająca. Wypowiedzi polityków oraz sympatyków PiS sugerują – czasem bardzo brutalnie – że ci, którzy krytykują zmiany wprowadzane przez to ugrupowanie (jak upolitycznienie Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego czy obniżka wieku emerytalnego), wcale nie są „właściwie pojmowanym suwerenem”, tymi „prawdziwymi Polakami”, tylko reprezentują „interesowne elity”.

W tym pojmowaniu suwerena nie jako „naprawdę całego narodu”, ale jako „lepszego sortu Polaków” najbardziej znamienna jest pamiętna słynna wypowiedź prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o „gorszym sorcie”, wygłoszona w TV Republika 11 grudnia 2015 r. w kontekście Polaków i Polek protestujących na ulicach przeciw wprowadzanej przez PiS „dobrej zmianie”. „W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. (…) To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. Ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny, bo czuje się zagrożony.  On dziś boi się, że te czasy się zmienią, że przyjdzie czas, że będzie tak, jak to być powinno – inny typ ludzi, mających motywacje wyższe, patriotyczne, będzie wysunięty na czoło” – mówił Kaczyński.

Zachowanie przywódcy PiS w Sejmie 18 lipca 2017 r. potwierdziło, że „gorszy sort” nie był jedynie nietrafionym publicystycznym frazesem, lecz że Jarosław Kaczyński rzeczywiście uważa krytyków swojej polityki za zdrajców i odmawia im pełni człowieczeństwa. Tym bardziej potwierdza to, że nie traktuje on swoich krytyków jako integralnej części „suwerena”. Podczas gdy posłanki Prawa i Sprawiedliwości Kaczyński na powitanie całował w rękę, do innej kobiety – Kamili Gasiuk-Pihowicz, posłanki opozycyjnej Nowoczesnej – Kaczyński wykrzyknął „won!”.

Interesowność, ale jaka?

Takie selektywne definiowanie polskiego narodu jest aż nadto widoczne w przemówieniach innych polityków ekipy rządzącej. „Polacy chcą sprawiedliwości społecznej. (…) Nie ulegniemy presji, nie damy się zastraszyć polskim i zagranicznym obrońcom interesów elit” – mówiła w orędziu 20 lipca br. premier Beata Szydło. Jako interesowne elity przeciwstawione „Polakom” zostali przez nią określeni nie tylko politycy partii opozycyjnych, ale także tłumy uczestników demonstracji przed Sądem Najwyższym w niedzielę 16 lipca.

Szydło de facto wykluczyła ze zbiorowości Polaków osoby o odmiennych niż rząd poglądach

Orędzie, w którym Szydło de facto wykluczyła ze zbiorowości Polaków osoby o odmiennych niż rząd poglądach, jest moim zdaniem komentarzem nie tylko do sprawy Sądu Najwyższego, ale również do – dokonanego tuż przed wygłoszeniem przez premier orędzia – odrzucenia przez posłów PiS obywatelskiego projektu referendum oświatowego. Skoro pomysłodawcami referendum były przede wszystkim osoby przeciwne wprowadzanej przez rząd reformie, to odrzucenie przez partię rządzącą wniosku referendalnego nie było – zgodnie z rozumowaniem PiS – zlekceważeniem „prawdziwych obywateli”, lecz jedynie zlekceważeniem „interesownych elit”.

We wszystkich tych wypowiedziach Kaczyńskiego, Szydło i Dudy powtarza się motyw niegodziwego sprzeciwu wobec polityki PiS w imię „obrony własnych interesów”. Oczywiście absurdalne jest założenie, że dziesiątki tysięcy protestujących na ulicach krytyków rządu czy też sygnatariuszy wniosku o referendum oświatowe to jakieś mityczne, dotychczas uprzywilejowane, „elity III RP”. Jednak co do „obrony własnych interesów”, faktycznie, PiS ma poniekąd rację. Tyle że jest to obrona własnych interesów przez „zwykłych obywateli”.

Ci, którzy protestują przeciw PiS – krytykując m.in. obniżkę wieku emerytalnego z powodu obawy przed podwyżką podatków, jak również ci, którzy ostrzegają przed upolitycznieniem Sądu Najwyższego – odwołują się w tej krytyce do interesu własnego, łącząc go z interesem narodowym, z dobrem wspólnym. Przeciwnicy wspomnianych rozwiązań myślą bowiem: „Mogę paść ofiarą – w sensie psychicznym czy ekonomicznym – tych złych ustaw; co więcej, moi współobywatele też mogą paść ich ofiarą”.

Paradoksalnie to właśnie fakt, że krytyka polityki PiS powstaje w głowach i rozmowach „zwykłych obywateli”, sprawia, że ci „broniący własnych interesów” są wyłączani poza naród jako „interesowni nieobywatele”, jako rzekome egocentryczne elity. Jak to się dzieje? Odpowiedzią jest specyficzne podejście kręgów konserwatywno-tradycjonalistycznych do problemu interesowności.

Wrogowie wspólnoty etycznej?

Dobrym przykładem tego podejścia jest rozmowa prasowa z konserwatywnym filozofem Zbigniewem Stawrowskim, opublikowana w „Rzeczpospolitej” z 31 grudnia 2015 r., pod tytułem „Mord założycielski III RP”. Napięcie między PiS a krytykami tego ugrupowania zostało tu przedstawione jako konflikt między „ludźmi, którzy potrafią kierować się wartościami” a „ludźmi, dla których idee są jedynie przykrywką dla ich interesów”; konflikt między „etyczną wspólnotą podstawowych wartości” a jej „wrogami”.

„Wielu ludzi bardzo mocno związało się z projektem III RP. (…) Ten projekt w sensie egzystencjalnym bardzo dużo im dał. (…) Bardzo mocno bronią [oni] dziś status quo ante, a zmiany, jakie zapowiada PiS, postrzegają jako zagrożenie dla świata, z którym się identyfikują” – stwierdza filozof. Słowa te dobrze oddają powszechne w środowisku prawicowym skojarzenie „indywidualnego dobra” z czymś złym, z przeciwieństwem wartości i ideowości, i oczywiście z przeciwieństwem dobra wspólnego.

W selektywne definiowanie suwerena zaczyna popadać również obóz liberalny

Tę demonizację dobrze oddaje fakt, że wywiad został zakończony bardzo specyficznym wezwaniem do zjednoczenia:„Z wnętrza bliskiej mi wspólnoty – mówi filozof – nawet najbardziej ostre podziały, nawet świadomość, że stoimy wobec wrogów [wszystkie podkreślenia – A.Cz.], którzy starają się nas zniszczyć, nie usprawiedliwia oddawania wet za wet. Naszym nieprzyjaciołom nie mamy przecież odpowiadać nienawiścią, lecz ich miłować. Jednocześnie nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu, a wrogie działania naszych przeciwników przykrywać dyplomatycznymi eufemizmami. To właśnie prawda, nawet bolesna, potrzebna jest nam w każdej dziedzinie życia jako fundament, który przy całym naszym zróżnicowaniu i zantagonizowaniu, daje wszystkim ludziom dobrej woli nadzieję na odbudowę autentycznej wspólnoty i poczucia rzeczywistej jedności. Warto chyba w tym kontekście przypomnieć słowa Norwida: «Bo Ojczyzna – Ziomkowie – jest to moralne zjednoczenie, bez którego partyj nawet nie ma – bez którego partie są jak bandy lub koczowiska polemiczne, których ogniem niezgoda, a rzeczywistością dym wyrazów»”.

W świetle tych słów okazuje się, że aby owi interesowni „wrogowie wspólnoty etycznej” –  czyli obywatele, którzy patrzą na politykę PiS (i każdej innej partii) przez pryzmat potencjalnego zagrożenia dla swojego dobra indywidualnego, a więc, jak uważają, także i dla dobra wspólnego – zostali włączeni do „ojczyzny”, trzeba ich przedzierzgnąć na stronę pozbawionej „interesowności” prawdy, czyli na stronę PiS.

Krytyka dobra indywidualnego

O ile ci, którzy krytykują „dobrą zmianę”, mają tendencję do – słusznego moim zdaniem – przewidywania uszczerbku dla dobra wspólnego poprzez wyobrażanie sobie pogorszenia własnej sytuacji życiowej, wskutek m.in. upolitycznionych rozstrzygnięć sądów czy wzrostu podatków, to światopogląd wyrażany przez PiS i wielu bliskich prawicy autorów ściśle oddziela interes prywatny od interesu narodu. Sugerują tym samym, że większa realizacja interesu prywatnego zawsze oznacza mniejszą realizację interesu narodu. Stąd właśnie widoczna i u polityków PiS, i u konserwatywnych filozofów argumentacja, że – jak można sparafrazować – „wrogowie wspólnoty myślą tylko o własnym interesie, o własnym zwierzęcym hedonizmie”.

Wyłączanie zwolenników dobra indywidualnego z pojęcia „suwerena”, któremu rządzący przyznają prawo do wpływania na politykę, stanowi moim zdaniem odblask szerszego zjawiska, które nazwałabym konserwatywną krytyką przyjemności – w ramach tej krytyki najgorszym zagrożeniem dla wiary jest ósmy rozdział adhortacji papieża Franciszka „Amoris laetitia”, uznający, że w niektórych, dobrze rozeznanych sytuacjach nie jest grzechem śmiertelnym współżycie osób żyjących w związku niesakramentalnym. Klasycznym przykładem uznawania indywidualnego szczęścia za de facto „zwierzęcy interes własny” jest tutaj choćby felieton Tomasza Terlikowskiego („Rzeczpospolita”, 24.06.2017 r.), który sugerowane przez papieża zmiany komentuje, że „w ten sposób sprowadza się człowieka do poziomu zwierzęcia”.

To, czego nie znoszą konserwatyści – według powszechnej, błędnej opinii pławiący się w romantyczno-mesjanistycznej filozofii – to właśnie romantyczne przesłanie wyrażone przez Konrada w Mickiewiczowskiej Wielkiej Improwizacji: „Widzisz, to moje ognisko: uczucie / Wbijam w żelazne woli mej okucie”. W przesłaniu tym zostaje obalone bowiem nienaruszalne konserwatywne przekonanie, że wola powinna służyć tłumieniu – oczywiście związanych z osobistym dobrem – namiętności, aby nie przekraczać „zasad”.

Przeciwnie, od teraz wola i rozum są na usługach namiętności. Nic dziwnego, że nawet ks. Józef Tischner, uznawany za „liberała”, również z pasją krytykował „prawo serca” i „romantyczne błądzenie”. Na nieadekwatność ujęcia szczęścia indywidualnego jako „zwierzęcości” wskazuje oczywiście to, że teksty takie jak Wielka Improwizacja czy IV część „Dziadów” przedstawiają podporządkowanie woli uczuciom jako rzecz najbardziej humanistyczną z możliwych.

Referendum Dudy jako ratunek

W swoje selektywne definiowanie suwerena zaczyna popadać również obóz liberalny: dla przykładu, na kontrmiesięcznicach smoleńskich zwolennicy PiS są przezywani „ciemnogrodem”, a Kamila Gasiuk-Pihowicz mówiła 18 lipca: „Pod Sejm idą tysiące Polaków. Ludzi, którzy są patriotami, prawdziwych polskich obywateli, którzy chcą żyć w normalnym kraju”. Czyżby według posłanki Gasiuk-Pihowicz zwolennicy PiS nie byli prawdziwymi polskimi obywatelami? Być może poglądy tych Polaków, którzy szczerze popierali np. szykowane przez rząd zmiany w Sądzie Najwyższym, nie są obiektywnie słuszne, ale nawet to nie pozwala nikomu dawać do zrozumienia, że są to „nieprawdziwi polscy obywatele”.

Sztuczny, oparty na wielu uproszczeniach – lecz uwielbiany przez prawicowe władze i ich sympatyków – podział na „prawdziwego suwerena” i „interesownych nieobywateli” napawa grozą i budzi fatalne skojarzenia historyczne. W ślad za tym idzie może mniej groźny, ale również problematyczny podział oparty na prześmiewczym traktowaniu zwolenników PiS – nawet tych popierających tylko niektóre decyzje rządu – przez osoby uważające się za „racjonalnych obrońców demokracji”.

Co może pomóc nam wyjść z otchłani dwubiegunowego podziału? Wierzę, że to właśnie zapowiedziane przez Andrzeja Dudę referendum konstytucyjne – ogłoszone być może z myślą o specyficznie definiowanym suwerenie, ale dostępne dla całego, „realnego” suwerena – paradoksalnie doprowadzi, w ramach debaty konstytucyjnej, do wyjścia poza zaciemniający obraz spolaryzowanej rywalizacji dwóch Polsk. Może ujawni się wtedy różnorodność poglądów obywateli na kwestie związane z ustrojem, polityką gospodarczą czy wolnościami obywatelskimi? Katolik czy eurosceptyczka nie będą wyzywani od „PiS-owskiego ciemnogrodu”, a miłośniczka wegetariańskich dań i zwolennik ochrony gągoła krzykliwego nie będą przezywani „hedonistycznym lewactwem”.

Dopiero wtedy rzeczywiście spełnią się przytoczone przez Zbigniewa Stawrowskiego słowa Norwida o moralnym zjednoczeniu: „Bo Ojczyzna – Ziomkowie – jest to moralne zjednoczenie, bez którego partyj nawet nie ma – bez którego partie są jak bandy lub koczowiska polemiczne, których ogniem niezgoda, a rzeczywistością dym wyrazów”.