Jeszcze w 2012 roku Jarosław Gowin potrafił, wbrew swojej partii, bronić własnego rozumienia Konstytucji. Co takiego się stało, że dziś stać go jedynie na niepodnoszenie aplauzu po złamaniu ustawy zasadniczej?

„Ze zrozumieniem przyjmujemy weto Pana Prezydenta Andrzeja Dudy do ustawy o Sądzie Najwyższym. Krytyczne argumenty podniesione przez Głowę Państwa są zbieżne z zastrzeżeniami, jakie nasza partia podnosiła na forum koalicyjnym wobec projektu ustawy. Ubolewamy, że przygotowane przez nas poprawki nie znalazły się w ostatecznej treści ustawy” – napisało w swoim oświadczeniu Prezydium partii Polska Razem dzień po ogłoszeniu przez prezydenta Andrzeja Dudę decyzji o zawetowaniu ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.

Przypomnijmy zatem: wszyscy parlamentarzyści Polski Razem, na czele ze swoim liderem Jarosławem Gowinem, głosowali w dniach 20-22 lipca za przyjęciem ustawy o Sądzie Najwyższym. Nikt się od głosu nie wstrzymał, wszyscy byli obecni na sejmowych i senackich salach głosowań. Skąd zatem nagła aprobata dla weta Andrzeja Dudy? Dlaczego Jarosław Gowin i koledzy głosowali za ustawą, która była wadliwa, jak sami nieśmiało przyznali w dalszej części swojego oświadczenia? Czy chodzi tylko i wyłącznie o pazerność na pozostanie przy władzy?

Filozofia Gowina

Odpowiedzi proponuję poszukać w postawie lidera formacji. Po ogłoszeniu wyników głosowania nad ustawą o Sądzie Najwyższym wszystkie kamery skupiły się na ławach rządowych. Aplauz na stojąco, euforia, wielkie zwycięstwo. Tak reagowali wszyscy… z wyjątkiem jednego. Wicepremier Jarosław Gowin siedział zamyślony w pierwszej ławie, podparty na jednej ręce, entuzjazmu nie sposób było się u niego doszukać.

Według Gowina tylko polityk skuteczny może być moralny

Niektóre media ogłosiły, że oto Jarosław Gowin dał dowód swojemu oporowi wobec łamania zasady trójpodziału władzy. Inni naigrywali się z ministra nauki, pytając: a cóż to za opór? Istotnie, tragikomicznie wyglądał ten obrazek człowieka, który najpierw przyłożył rękę do ustawy zdecydowanie ograniczającej demokrację w Polsce, a potem zasępiony słuchał wiwatów ze strony swoich rządowych kolegów. Zareagowała redakcja miesięcznika „Znak”, która usunęła swojego byłego redaktora naczelnego z członkostwa w Zespole redakcyjnym.

Postawa Gowina nijak mnie jednak nie zaskoczyła. Pamiętam jak w lutym 2013 roku, będąc jeszcze ministrem sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, wykładał swoją filozofię polityczną uczestnikom szkoły zimowej Instytutu Tertio Millennio. Tłumaczył nam wtedy, że moralność w polityce jest powiązana ze skutecznością. Twierdził, że polityk nieskuteczny jest niemoralny (jako przykład podawał wtedy Marka Jurka), gdyż głosy na niego oddane nie mają przełożenia na życie wyborców, a zatem – w rozumieniu Gowina – idą one na marne. Nie miało to oznaczać, że każdy polityk skuteczny jest moralny, ale raczej to, że tylko skuteczny polityk może być moralny.

Minister prelegent bronił jednocześnie zdecydowanie zasady prymatu sumienia. Tłumaczył, że polityk musi się w swoich decyzjach kierować przede wszystkim sumieniem, dlatego nie może ślepo podążać za zdaniem zewnętrznych autorytetów, np. Kościoła.

W imię trwania Dobrej Zmiany

Wiele się od tamtego czasu zmieniło w politycznym życiu Jarosława Gowina, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy, widać że konsekwentnie trzyma się on tamtej filozofii. Wszystkie jego ruchy, jak odejście z PO, szukanie przestrzeni politycznej między PO a PiS, aż wreszcie założenie Polski Razem i późniejsza afiliacja z PiS – były naturalną konsekwencją obranej przez niego strategii politycznego postępowania. Wszystkie te ruchy służyły temu, by Jarosław Gowin mógł pozostać u władzy, aby skuteczniej realizować swoje cele polityczne.

Trzeba jednak zapytać, czy w ostatnich dniach moralność polityczna wicepremiera Gowina nie została doszczętnie skompromitowana? Cóż to w praktyce za moralność, która dopuszcza się łamania Konstytucji w celu utrzymania obecnego obozu rządzącego? Taki właśnie przekaz płynie wprost z oświadczenia Polski Razem, a jeszcze bardziej z komentarza samego Gowina na Twitterze: „Wylano tu na mnie morze hejtu. Liczono, że ulegnę presji, rząd się rozpadnie, establishment wróci do władzy. Wytrzymałem. Dobra Zmiana trwa” (wielkie litery w ostatnim zdaniu – w oryginale).

Prezydent jako jedyny w obozie rządzącym zaryzykował. Gowin zabrał głos już po wszystkim

Groteskowo wygląda dziś, niemal heroiczna wówczas, wypowiedź Gowina z 2012 roku. Pytany przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, czy nie obawia się, że Donald Tusk może go wyrzucić z rządu za konserwatywne poglądy – Gowin odpowiedział: „Jako minister ślubowałem wierność Konstytucji. Jeśli oceniam, że jakaś ustawa jest niezgodna z Konstytucją, to mam obowiązek przed tym ostrzegać”. Wtedy stać go było na świadectwo pójścia pod prąd. Znajdując się w rządzie PiS, kierował się już, jak widać, innymi zasadami.

Po ostatnich decyzjach lidera Polski Razem warto sobie uświadomić, na czym polega jego moralność w polityce. Przede wszystkim jest to moralność, która przyjmuje za słuszne stwierdzenie „cel uświęca środki”. Dla utrzymania się przy władzy (ładniej mówiąc: w imię trwania Dobrej Zmiany) można poświęcić coś, co – nominalnie – uważamy za ważne i czego obrona jest naszym obowiązkiem.

To moralność uciekająca przed odpowiedzialnością. Jeszcze jako członek PO i minister rządu Donalda Tuska, Jarosław Gowin potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność za wyrażanie opinii sprzecznych z większością w swoim klubie parlamentarnym (tak było np. w kwestii ustawy o związkach partnerskich) i zagłosować – w zgodzie z sumieniem – przeciw niemu. Dziś – choć dostrzegał nieprawidłowości w projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym – nie zdobył się na nawet na symboliczne publiczne wzięcie na siebie odpowiedzialności za zgodność swej działalności politycznej z własnymi przekonaniami, jakim byłoby wstrzymanie się od głosu.

Na więcej niż gest zdobył się zastępca Gowina w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, prof. Aleksander Bobko. Jako senator RP (bezpartyjny, choć wybrany z listy PiS) zgłosił bardzo poważne zastrzeżenia do ustawy o Sądzie Najwyższym, które jednak pozostali senatorowie PiS karnie odrzucili, zgodnie z partyjnym zaleceniem, by nie wprowadzać porpawek do ustawy uchwalonej przez Sejm.

Bronić Konstytucji, ale wybiórczo

Całą odpowiedzialność wziął więc na siebie prezydent Andrzej Duda. On, jako jedyny w obozie rządzącym, naprawdę podjął ryzyko. Zaryzykował utratę części poparcia społecznego ze strony twardego elektoratu PiS, ale przede wszystkim zaryzykował utratę zaufania Jarosława Kaczyńskiego. Ten w furii upokorzył premier Beatę Szydło, która w poniedziałek – gdy prezydent ogłosił decyzję o podwójnym wecie – jeździła jak mały chłopiec (czy raczej: dziewczynka) na posyłki między siedzibą Prawa i Sprawiedliwości a Belwederem, gdzie przebywał Andrzej Duda.

Kto będzie chciał współpracować z Gowinem, który był aż tak bardzo „za, a nawet przeciw”?

A wicepremier Gowin – wraz z pozostałymi liderami Polski Razem – zabrał oficjalnie głos dopiero we wtorek, kiedy wszystko już było jasne, po ogłoszeniu decyzji prezydenta o podwójnym wecie. Krążą, co prawda, pogłoski, że Gowin zakulisowo wpływał na decyzję Dudy – i jest to niewykluczone. Podobnie jak możliwa jest ewentualna ich współpraca w tworzeniu nowego, bardziej umiarkowanego ugrupowania, nazwijmy to, „lepszej dobrej zmiany”. Trudno jednak będzie Gowinowi pozbyć się opinii najbardziej skompromitowanego polityka ostatnich dni. Bo na czyj głos z wnętrza rządu mieli bardziej liczyć w kryzysie sądowym konserwatywni państwowcy, troszczący się o dobro instytucji, jak nie Jarosława Gowina? Kto będzie chciał z nim współpracować, gdy okazał się być aż tak bardzo „za, a nawet przeciw”?

Jeśli przyjąć, że w polityce rzeczywiście „cel uświęca środki”, to wraz ze zmianą celów relatywizacji ulegają poglądy. Jeśli w rządzie Donalda Tuska celem Jarosława Gowina było uproszczenie i uporządkowanie przepisów prawa, to był on dla osiągnięcia swojego celu gotów poświęcić inne swoje postulaty, w danej sytuacji mniej dla niego istotne. Natomiast, jeśli dziś – jak piszą w swoim oświadczeniu politycy Polski Razem – celem jest po prostu utrzymanie i kontynuacja tzw. dobrej zmiany, to dla osiągnięcia tego celu można poświęcić inne poglądy.

W ten sposób naturalną konsekwencją filozofii politycznej Jarosława Gowina stało się to, że jako polityk posiada poglądy na tyle płynne, aby – jeśli na horyzoncie zobaczy choćby mętną perspektywę zyskania dla siebie, nawet enigmatycznej, większej korzyści – był w stanie zrezygnować z ich obrony na rzecz subiektywnie większego celu. To dlatego, jeszcze w rządzie PO, był gotów bronić Konstytucji – w sprawie mniej oczywistej niż dzisiaj – a teraz stać go co najwyżej na niepodnoszenie aplauzu po złamaniu Konstytucji. Bo dobrem wyższym jest „Dobra Zmiana”.

Smutno patrzeć na taki upadek dawnego ucznia Tischnera. Smutno, zwłaszcza widząc, w jak dehumanizujący sposób potrafi on dziś mówić o muzułmanach. W 1998 roku pisał we wstępniaku do „Znaku” tak: „W przypadku islamu (…) miejsce niewiedzy zajmują fałszywe stereotypy, jakie czerpiemy z mass mediów. (…) Zapominamy, że islam już dawno przekroczył granicę świata arabskiego, że wciela się w różne kultury, przybierając tam często formy, które nie mają nic wspólnego z fanatycznym fundamentalizmem”. Dzisiaj natomiast jego partia straszy migrantami z krajów muzułmańskich nawet w… oświadczeniu dotyczącym Sądu Najwyższego. W ten sposób Jarosław Gowin, z obiecującego ucznia Tischnera, stał się handlarzem strachem. O ile tylko strach obywateli da mu wystarczające poparcie do dalszego realizowania nakreślonych przez siebie celów, nie zawaha się go użyć.