Latem 1942 roku wywieziono z getta warszawskiego 300 000 ludzi. Ulice opustoszały. Pozostał gniew i chęć walki nielicznych, którzy pozostali.

Atmosfera w drugiej połowie lipca 1942 r. w warszawskim getcie stawała się coraz bardziej gęsta. Między ludźmi krążyły plotki o przesiedleniach, niektórzy mówili o nadchodzącej eksterminacji (zazwyczaj byli traktowani jako szaleńcy), do Warszawy napływali z Lubelszczyzny oficerowie SS, coś niedobrego wisiało w powietrzu. Jeszcze 20 lipca niemiecki komisarz getta Heinz Auerswald zapewniał przewodniczącego Rady Żydowskiej (Judenratu) w Warszawie, Adama Czerniakowa, że nie ma mowy o żadnych przesiedleniach. Czerniaków mu wierzył.

Ale operacja „Reinhardt” (od imienia Reinharda Heydricha, generała SS) już trwała. Rozpoczęła się na wiosnę na Lubelszczyźnie, a jej personel był cokolwiek doświadczony w mordowaniu. W zasadzie cały skład operacji „Reinhardt” wziął wcześniej udział w „Akcji T-4”, czyli zbrodni eutanazyjnej, w wyniku której zabito ok. 200 tysięcy osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie.

22 lipca w Warszawie padał lekki deszcz, choć było ciepło. Niemcy poinformowali Judenrat o rozpoczęciu wywózek. Żydzi mieli stawić się na Umschlagplatzu, czyli dotychczasowym punkcie przeładunkowym i aprowizacyjnym dla getta. Znajdował się tam dworzec kolejowy, przez który dostarczano do getta żywność, wywożono zaś produkowane w getcie wyroby.

Pocieszano się, że Niemcy wywiozą z getta jedynie tzw. element nieproduktywny, ok. 60 tysięcy osób niezdolnych do pracy. Warto pamiętać, że do tego momentu, przez pierwsze półtora roku istnienia getta, zabito w nim około 100 tysięcy osób. Zabito w „białych rękawiczkach” pod postacią głodu i chorób. Żydzi opuszczeni przez większość swoich przedwojennych liderów politycznych i religijnych (którzy uciekli z okupowanej Polski, w znacznej mierze dzięki łapówkom, przed zamknięciem getta), zamknięci za kilkumetrowym murem, bez wsparcia z tzw. strony aryjskiej i w obliczu głodu, epidemii i przeludnienia cierpieli także na straszliwą chorobę samotności.

Niemcy w obozie w Treblince, gdzie zabili przynajmniej 900 000 osób, mieli swoje małe zoo

W tej samotności 22 lipca opuściły Warszawę pierwsze pociągi w kierunku Małkini. Wagony bydlęce, wypełnione ludźmi prowadzonymi na rzeź, przeczekiwały noc w Małkini, stamtąd nad ranem trafiały do bocznicy w Treblince II. Wielu nie przetrwało tej drogi, SS-mani po wojnie wspominali, że zdarzały się transporty, w których połowa osób już na rampie kolejowej była martwa.

Żydzi następnie byli dzieleni na mężczyzn i kobiet, zmuszani do rozebrania się w barakach, skąd prowadzono ich na Himmelstrasse (Droga do nieba). Nadzy, bici przez ukraińskich, litewskich i łotewskich strażników biegiem dostawali się do kolejnego budynku. W znajdujących się w środku komorach gazowych Niemcy i ich pomocnicy zabili przynajmniej 900 000 osób. Sami, w części obozu przeznaczonej dla jego załogi, mieli swoje małe zoo.

Tymczasem Czerniaków dostaje nowy rozkaz deportacyjny. Traci resztkę nadziei, choć jeszcze 8 lipca pisał w swoim dzienniku tak: „Przypominam sobie film: okręt tonie, a kapitan, celem dodania ducha pasażerom, każe grać orkiestrze jazzbandowej. Postanowiłem naśladować tego kapitana”. Nie pozostał jednak na pokładzie Titanica do końca, 23 lipca zażył cyjanek potasu i skończył swoje życie. Reakcje na jego śmierć w getcie były różnorakie. Wielu doceniało jego przyzwoitość i ten ostateczny, rozpaczliwy krok. Inni – przede wszystkim przedstawiciele organizacji młodzieżowych (późniejsi liderzy zbrojnego oporu) – patrzyli na niego jak na tchórza, który powinien był wezwać mieszkańców getta do oporu.

Byli tacy, którzy na pociąg do Treblinki zgłaszali się sami. Ale czemu się dziwić, skoro – jak zanotował Marek Edelman – „Niemcy, nie przebierając w środkach, stosują nowy chwyt propagandowy. Przyrzekają i dają każdemu ochotniczo zgłaszającemu się do wyjazdu 3 kg chleba i 1 kg marmolady. To wystarcza. Dalej już propaganda i głód robią swoje”.

Niewielu miało szczęście. Na własne uszy słyszałem historię jednego z ocalałych, który najpierw zapytał mnie o budynek szpitala przy Umschlagplatzu (istniejący do dziś budynek przy ul. Stawki 10). Mówił: „Moja cała rodzina trafiła z Umschlagplatzu do Treblinki, nikt nie przeżył. Z wyjątkiem mamy, która czekając na transport, zaczęła rodzić. Po porodzie jakiś szaleniec, który pracował w szpitalu, wywiózł matkę z dzieckiem z getta w nieznanym kierunku. Ostatecznie trafili do rodziny, która ich ukrywała do końca wojny. Ja byłem tym dzieckiem, ja się tutaj urodziłem”.

W dwa miesiące z getta warszawskiego wywieziono 300 000 ludzi. Ulice opustoszały. Pozostał gniew i chęć walki nielicznych, którzy pozostali. Pisał Władysław Szlengel, poeta warszawskiego getta:

Słyszysz, niemiecki Boże,
jak modlą się Żydzi w dzikich domach
trzymając w ręku łom czy żerdź.
Prosimy cię, Boże, o walkę krwawą,
błagamy cię o gwałtowną śmierć.
Niech nasze oczy przed skonaniem
nie widzą, jak się wloką szyny,
ale dłoniom daj celność, Panie…
Daj nam zobaczyć zanim gardła
zawrze głuchy jęk…
w tych butnych dłoniach – w łapach z pejczem
zwyczajny nasz człowieczy LĘK!