„Chrześcijańskości” kraju nie mierzy się tym, ilu ludzi przychodzi do kościoła, lecz tym, ilu bierze na serio słowa Chrystusa: „byłem głodny, a daliście Mi jeść, byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”.

„Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37). To mocne słowa. Któż może je w ogóle wygłosić?

Nasza relacja miłości i odpowiedzialności z członkami własnej rodziny jest czymś głęboko zakorzenionym w naszej istocie jako człowieka, ma swoje psychologiczne i ideowe korzenie, jest chroniona jednym z przykazań Dekalogu. Któż może coś takiego relatywizować? Ten Jedyny, który jest absolutny, sam Bóg.

Wielkość miłości mierzy się miarą przekraczania siebie

A my wierzymy, że Jezus z Nazaretu jest dla nas Słowem Bożym, wierzymy że Jego osoba, historia, nauczanie i słowa są sposobem, w którym sam Bóg zwraca się do nas. W Nim znajduje się cała pełnia bóstwa i On może wypowiedzieć tak mocne słowa. Przypomina nam to o dwóch przykazaniach miłości: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego” (Mt 22, 37-39).

Miłuj Boga. Ale jak się to robi? Jak to rozumieć?

Przed kilkoma laty udałem się do samotni, aby medytować nad tym słowem. Z tych medytacja powstała potem książka „Chcę, abyś był”. Uświadomiłem sobie wtedy, że niewiele słów znaczy dla różnych ludzi tak wiele różnych rzeczy jak właśnie: miłość i Bóg. Potrzeba sobie uświadomić, jak właściwie rozumiemy te słowa. Chciałem przybliżyć te wielkie słowa Ewangelii o miłości Boga, o miłości bliźnich, ba, o miłości nieprzyjaciół – także tym, dla których słowo „Bóg” jest przysłonięte obłokiem tajemnicy, pytań i wątpliwości.

Po co teologowi zajmować się tematem miłości, o którym już tyle zostało napisane? Tak wiele pięknej poezji, powieści, tak wiele traktatów filozoficznych jej poświęcono… Kluczowym słowem dla religii jest transcendencja, przekroczenie samego siebie. Sensem miłości jest transcendencja siebie, przekroczenie samego siebie. Prawdziwie kogoś kochać – to znaczy uznawać, że inny jest dla mnie cenniejszy niż ja sam. Prawdziwie kocham to, co jest dla mnie ważniejsze niż moje ego, niż moje egoistyczne interesy.

Wielkość miłości mierzy się miarą przekraczania siebie, dlatego też przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, ale miłość własna, narcyzm, egocentryzm. Miłość jest wyzwoleniem z najciemniejszego więzienia, którym jest więzienie naszego własnego „ja”. To upajające piękno miłości, która zawraca człowiekowi w głowie, gdy naprawdę kocha, oznacza, że w miłości właśnie ktoś otarł się o absolut, że udało mu się przekroczyć samego siebie, swoje interesy i że był wolny od siebie. Ta wolność przynosi zupełnie wyjątkowe doświadczenie Boga.

Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz miłość własna, narcyzm, egocentryzm

Napisałem kiedyś prowokacyjnie, że być może Boga wcale nie obchodzi czy w Niego wierzymy, ale bardzo zależy Mu na tym, byśmy Go kochali. Nie obchodzi Go nasza wiara w sensie naszej opinii o Bożym istnieniu lub nie. Nasze ludzkie opinie są zawsze oddalone od Bożej rzeczywistości. Bóg pyta nas, czy Go miłujemy? Instynktownie można by powiedzieć, że aby Go kochać, musimy najpierw w Niego wierzyć. Ale ja uważam, że to nie jest prawda. Uważam, że dopiero ten, kto kocha, może poznać znaczenie słowa „Bóg”. „Kto nie miłuje, nie zna Boga” – powiada Pismo. Dopiero w doświadczeniu miłości, także miłości wobec drugiego człowieka, znajduje się absolut. Stan upojenia pięknem miłości bierze się z tego, że dotknęliśmy tego, co absolutne. To coś, czego nie zastąpi nic na tym świecie.

Platon powiadał, że miłość cielesna, międzyludzka i erotyczna jest swego rodzaju pierwszym stopniem w doświadczeniu wielkiej miłości Bożej. I owszem, w każdym rodzaju naszej miłości – o ile jest szczera i wolna od samozakochania – znajdziemy odbicie tej jasności, piękna i głębi Bożej miłości, relacji między człowiekiem a Bogiem.

Owszem, istnieje wiele rodzajów miłości. Francuski filozof Gabriel Marcel rozróżnia l‘amour oblatif i l‘amour possessif. Ta druga to miłość posiadająca, które chce zawładnąć drugim, a pierwsza jest miłością ofiarną, która ofiaruje się drugiemu. Nie możemy kochać Boga miłością posiadającą. Są  ludzie, którzy chcieliby posiadać Boga, używać Go jako bożka szczęścia albo dla spełnienia własnych życzeń. Ale to magia, przeciwieństwo wiary.

Chrześcijaństwo nas uczy, że miłości do Boga nie można oddzielić od miłości do człowieka. „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” – powiada Pismo. Chrześcijaństwo pokazuje nam głęboką jedność między tym, co ludzkie a tym, co Boskie.

Nie możemy kochać Boga jak przedmiotu, bo Bóg nie jest przedmiotem. Możemy za to kochać innych w Bożym świetle. To znaczy, że inny, jakkolwiek go kocham, nie jest dla mnie bożkiem, że w tej relacji doświadczam wspomnianego przekroczenia samego siebie. Miłość, która jest na kogoś ukierunkowana, zmierza do tego, który jest jej źródłem, czyli Boga. Przez bliźnich jest w nas Bóg w Chrystusie.

Nie kieruj się zdaniem większości, gdy opowiada się ona za złem

Chrystus powiada: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. A czym jest to Chrystusowe „ja”? Ono nie ogranicza się jedynie do człowieka – Jezusa z Nazaretu, który żył dwa tysiące lat temu. Jezus sam poszerzył swoje „ja”. Powiedział nam coś zupełnie podstawowego: kiedy nakarmiliście głodnych, ubraliście nagich, odwiedziliście więźniów, pocieszyliście podróżujących – Mnie to uczyniliście. A kiedy zaparliście się tych czynów miłości, Mnie się zaparliście (por. Mt 25, 35-46).

To niezwykle ważkie słowa dla naszych czasów. Na naszym kontynencie przebywają setki tysięcy ludzi, którzy uciekają przed wojną, śmiercią i zniszczeniem. My, którzy nie wyparliśmy się człowieczeństwa, sumienia i serca, nie możemy pozwolić się zaetykietować jako naiwniacy. Owszem, zdajemy sobie sprawę, że trzeba trzeźwo rozróżniać między prawdziwymi ofiarami przemocy a ofiarami prymitywnych obietnic tych, którzy kupczą ludzką nadzieją i twierdzą, że gdzieś będzie się komuś żyło lepiej i godniej. Choć i ci drudzy mają prawo do naszej wyrozumiałości.

Nie tak dawno rząd czeski przyjął uchwałę, według której nie przyjmiemy ani jednego uchodźcy. Ta uchwała jest zaprzeczeniem Ewangelii. Ten, który za nią głosował; ten, który ją uchwalił; ten, który przeciwko niej nie protestuje – zaparł się Chrystusa. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski jasno stwierdził, że jeśli polski rząd zajmie takie stanowisko, jeśli będzie je podzielało osiemdziesiąt procent społeczeństwa, to jako Kościół musimy powiedzieć: „nie”, ponieważ my kierujemy się Ewangelią, a nie tym, by się przypodobać władzy.

Módlmy się za naszych biskupów, aby otrzymali ducha męstwa, kiedy będą wybierać między wiernością Ewangelii i papieżowi Franciszkowi a sympatią ze strony możnych, którzy się za to odwdzięczą. Prośmy, aby pamiętali ewangeliczne słowa: „Nie kieruj się zdaniem większości, gdy opowiada się ona za złem” (Wj 23,2).

Nie możemy się bać bycia w mniejszości i przeciwstawienia się uprzedzeniom większości. Owszem, musimy się starać zrozumieć ludzkie obawy. Mają one swoje uzasadnienie. Ale po to mamy wiarę, żeby nie pozwolić obawom przejąć steru naszego życia. Obawy nie mogą stać się lękiem, bo ten rodzi agresję i nienawiść, dlatego nie ma dla niego miejsca w sercu chrześcijanina.

Nasza wiara nie jest cukiereczkiem, lecz ciężką drogą

Rok temu pewien mężczyzna w średnim wieku przyszedł tutaj przyjąć Komunię świętą. W ostatniej chwili zauważyłem, że ma przypiętą do koszuli przypinkę z przekreślonym minaretem i napisem „Islamu tutaj nie chcemy”. Taką przypinkę noszą politycy głoszący nienawiść do muzułmanów. Gdybym to zauważył nieco wcześniej, nie udzieliłbym mu Najświętszego Sakramentu, gdyż ludzie głoszący ideologię nienawiści nie mają miejsca u stołu Pańskiego.

Przez długi czas mieliśmy trudności, aby udzielać Komunii świętej osobom znajdującym się w bardzo skomplikowanej sytuacji życiowej. Było to w zasadzie aż do papieskich słów w adhortacji „Amoris laetitia”, gdy nam przypomniał: „bądźcie miłosierni”. Ale nie jest możliwe, aby do stołu Pańskiego przychodzili ci, którzy głoszą nienawiść w jakiejkolwiek formie: rasowej, klasowej, kulturowej czy religijnej. Nie mogą tego robić ci, którzy – niezgodnie ze słowami Chrystusa – odpowiadają nienawiścią na nienawiść.

Należy przy tym powiedzieć „nie” każdemu fanatyzmowi, a zwłaszcza fanatyzmowi, który wykorzystuje symbole religijne. Ale nie można propagować nienawiści wobec naszych braci i sióstr, z którymi łączy nas wspólne dziedzictwo Abrahama, a spośród których wielu równie mocno sprzeciwia się przemocy i wykorzystywaniu religii do jej uzasadnienia. Nieustannie przypomina nam to papież Franciszek. Trzeba, aby wszyscy głoszący Ewangelię o tym pamiętali i nie bali się nauczać o rzeczach niepopularnych.

Przed Bożym Narodzeniem gościłem w audycji radiowej, podczas której redaktorka zachęcała mnie: „Proszę powiedzieć coś słodziutkiego przed Bożym Narodzeniem”. Odpowiedziałem: „Madame, nie mogę tego zrobić. My, chrześcijanie, mamy być solą ziemi, a nie substancją słodzącą”. Jesteśmy powołani do bycia solą ziemi, a nie bitą śmietaną i lukrem.

Nie jesteśmy od tego, aby poddawać się stereotypom większości i mówić to, co podoba się możnym. Musimy czasem mówić niepopularne rzeczy, bo są prawdą. Musimy nieść odpowiedzialność przed Chrystusem, a nie przed tymi, którzy nas za lojalność wynagrodzą. Owszem, oczekiwania Chrystusa są bardzo wymagające. Słyszeliśmy o tym w dzisiejszej Ewangelii (Mt 10,37-42). Trzeba w tym trudnym świecie brać krzyż na siebie, jak również pomagać tym, którzy pod ciężarem krzyża upadają. Musimy dostrzegać Chrystusa w tych, którzy są prześladowani, pozbawiani domu, musimy mieć dla nich otwarte serce. Rzecz jasna, to w jaki sposób i w jakiej skali to robić, jest inną sprawą. Mówienie o tym w tym miejscu nie przystaje. Ale trzeba otworzyć nasze sumienie i serce. Nie można dać się zaślepić ideologią nienawiści i uprzedzeń, choćby i 90 proc. ludzi podzielało te uprzedzenia.

Chcemy bronić kultury chrześcijańskiej. Ale „chrześcijańskości” kraju nie mierzy się tym, ilu ludzi przyjdzie w pielgrzymce na Velehrad [największe czeskie centrum pielgrzymkowe związane z kultem św. Cyryla i Metodego – tłum.], ani tym, ilu ludzi przychodzi do kościoła, lecz tym, ilu bierze na serio słowa Chrystusa: „byłem głodny, a daliście Mi jeść, byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”.

Są wśród nas ludzie, którzy nie przychodzą do naszej wspólnoty kościelnej, a mimo to rozumieją te słowa. A Pan mówi, że do nich przyzna się przed swoim Ojcem (Mt 10,32). A tym, których usta będą pełne bogobojnych frazesów, lecz nie będą solidarni z ludźmi w ich cierpieniach, Chrystus powie: „Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem”.

Chrystus mówi do nas trudne słowa. Nasza wiara nie jest cukiereczkiem. Nasza wiara jest ciężką drogą. A jednak zostaliśmy na tę drogę wezwani, ponieważ wiedzie ona do życia. To droga miłości, która nie jest miłością w znaczeniu jakichś podniosłych uczuć. To miłość w sensie przekraczania samego siebie, wyjścia z więzienia naszego egoizmu indywidualnego i narodowego. Na tej drodze doświadczymy wielkiego wyzwolenia i doznamy olbrzymiej radości. Idźmy za Chrystusem, choćby nawet hasła tego świata brzmiały bardziej pociągająco. Amen.

Tłum. Bartosz Bartosik

Powyższy tekst jest zapisem kazania wygłoszonego 2 lipca 2017 r. w Litomyšli podczas mszy świętej dziękczynnej za festiwal Bedřicha Smetany.