Prawo z założenia chroni słabszego. Silny poradzi sobie bez niego. Ale prawo nie wypełni swojej roli bez kompetentnych i niezależnych sądów.

Wydarzenia ostatnich dni biegną w takim tempie, że uprawianie publicystyki jest cokolwiek utrudnione. Jeszcze przedwczoraj, kiedy redakcja „Więzi” poprosiła mnie o komentarz, wydawało się, że „reforma” Sądu Najwyższego będzie odłożona w czasie. Od tego momentu sytuacja zmieniła się już kilkukrotnie. Jedno jest pewne – zmiany, które szykuje nam partia władzy, są z perspektywy obywateli przerażające.

Oto bowiem ulega destrukcji jedna z najsilniejszych i najsprawniej działających instytucji Rzeczypospolitej. Ciesząca się wielkim autorytetem i posiadająca wielkie zasługi w kształtowaniu i obronie praw obywatelskich a także, po prostu, w sprawnym wymierzaniu sprawiedliwości.

Płonne są oczywiście nadzieje, że SN obroni nowa inicjatywa prezydenta Dudy. Jak dowiodły już liczne pojawiające się w mediach i sieci analizy (polecam te autorstwa prof. Marcina Matczaka dostępne na Facebooku), wprowadza ona zmiany w istocie kosmetyczne. Istotne być może z punktu widzenia politycznego przeciągania liny w ramach obozu władzy, ale w niczym nie polepszające sytuacji.

Nie chcę się jednak skupiać na wadach projektu, który w chwili, gdy piszę te słowa, jest kolanem przepychany przez sejmową komisję pod przywództwem prokuratora Piotrowicza. Oszczędźmy sobie dodatkowych nerwów. Skupmy się się na tym, dlaczego warto bronić Sądu Najwyższego i na czym polega siła tej instytucji.

Sąd antykomunistyczny

Spośród wielu kłamstw, jakimi częstuje nas ostatnio ekipa rządząca, bodaj najobrzydliwszym jest to, że Sąd Najwyższy jest dziedzictwem PRL. Otóż, zapamiętajmy to raz na zawsze: w lipcu 1990 roku wygaszono kadencję dotychczasowego składu i  nowa Krajowa Rada Sądownictwa powołała zupełnie nowy Sąd Najwyższy, składający się w przytłaczającej większości z sędziów, którzy wcześniej w nim nie zasiadali.

W składzie nowej Izby Karnej nie było nikogo, kto orzekałby w najważniejszym organie władzy sądowniczej PRL, w Izbie Administracyjnej i Pracy został tylko jeden sędzia ze „starego składu”, wybitny zresztą profesor Jan Wasilkowski.  Nieco więcej pozostało ich w Izbie Cywilnej, jednak ciężko przecież cywilistów zajmujących się np. dobrami osobistymi czy sporami własnościowymi obarczać odpowiedzialnością za niegodziwości systemu. Na czele sądu stanął człowiek-symbol, prof. Adam Strzembosz, założyciel „Solidarności” w Ministerstwie Sprawiedliwości, Izbą Cywilną zaczął zaś kierować Stanisław Rudnicki, kolega Strzembosza z „S”. Obaj zostali wyrzuceni z sądów w „pierwszym rzucie” zwolnień w grudniu 1981 roku.

Sąd Najwyższy zrehabilitował ofiary zbrodni sądowych z czasów stalinowskich i stanu wojennego

Kluczowym dokonaniem SN w latach 1990-1993 było wydanie kilku tysięcy wyroków rehabilitujących ofiary zbrodni sądowych z czasów stalinowskich i stanu wojennego. Był to efekt iście mrówczej pracy prokuratorów i sędziów z samym Strzemboszem na czele. Przywracano cześć i godność „żołnierzom wyklętym”, działaczom powojennego PSL i związkowcom z „S”. Posłużono się przy tym sprytnym wybiegiem: w oparciu o obowiązujący jeszcze komunistyczny Kodeks Karny, uznawano że wszystkie ich „przestępstwa” co prawda przestępstwami – w rozumieniu tej okrutnej ustawy – były, jednak nie spełniały kryterium „wystarczającej szkodliwości społecznej”. To przykład na to jak wybitni prawnicy, w tym wypadku prof. Strzembosz (z którym wywiad rzeka ukaże się już wkrótce nakładem wydawnictwa „Więź”), potrafią używać swoich „sztuczek” dla dobra społeczeństwa

Sąd wielkiego autorytetu

Sąd Najwyższy odgrywa na co dzień specyficzną, często niedocenianą rolę. W przeciwieństwie do Trybunału Konstytucyjnego, jego wyroki i uchwały nie mają mocy powszechnie obowiązującej, są natomiast wiążące jedynie w konkretnych sprawach, w których zapadają.

SN konsekwentnie poszerzał katalog chronionych przez nasze prawo dóbr osobistych

Jednakże z racji autorytetu, jakim cieszy się SN, juryści orzekający w niższych instancjach – a więc w codziennych zwykłych ludzkich sprawach – kierują się często opiniami, jakie w innych casusach wyraził Sąd Najwyższy. Wie to doskonale każdy prawnik piszący dla swojego klienta pismo procesowe, czy czytający wyrok w sprawie, którą prowadzi. Sędziowie, radcy prawni i adwokaci często powołują się na wątki poruszane w orzeczeniach SN i to nie po to, aby zapewnić wywodom pismom „kwiatki do kożucha”, ale dlatego, że jest w nich zawarta mądrość jego doświadczonych sędziów. W Sądzie Najwyższym zasiadają bowiem wyłącznie prawnicy wybitni. Profesorowie najlepszych polskich uczelni oraz sędziowie z kilkudziesięcioletnim stażem w sądach niższych instancji.

Przykłady? Bardzo proszę. To Sąd Najwyższy uznał w pewnej precedensowej sprawie, że nie można liczyć do biegu zasiedzenia przez PRL budowli nielegalnie przejętych czasu do 1989 roku i od tej pory każdy szanujący się sędzia w Polsce uzna tę argumentacje w sprawie reprywatyzacyjnej. Sąd Najwyższy konsekwentnie poszerzał także katalog chronionych przez nasze prawo dóbr osobistych

Sąd (od)ważnych wyroków

Wreszcie Sąd Najwyższy jest instytucją, która niejednokrotnie przyczyniała się do poszerzenia zakresu obowiązywania praw obywatelskich. Szczególnie warto tu zwrócić uwagę na wyroki wydawane w sprawach z zakresu prawa pracy. Często korzysta z uprawnienia do wstecznego „ustalania stosunku pracy”, w sytuacji gdy wyzyskiwany pracownik był miesiącami, a nawet latami, zatrudniany na podstawie umowy śmieciowej. Jak to działa? Opowiem na przykładzie.

Nie wszystkie wyroki SN były przyjmowane bezkrytycznie

Pani Aneta D. przez pół roku pracowała jako sprzedawczyni na stacji benzynowej Piotra K. Łączyła ich przez ten czas umowa-zlecenie, którą ten ostatni zresztą wielokrotnie łamał. Po bezpodstawnym wypowiedzeniu umowy przez Piotra K. Pani Aneta wystąpiła do sądu o stwierdzenie, że przez cały ten okres faktycznie wykonywała pracę w ramach stosunku pracy. Jakie ma to znaczenie? Kolosalne. Należała się jej bowiem większa ochrona prawna oraz odprowadzenie za ten okres składek na ZUS. Różne były koleje jej sprawy, która oparła się ostatecznie o szklany budynek na Placu Krasińskich. Tu sędziowie orzekli jednogłośnie: Piotr K. oszukał. Wyzyskiwał swoją pracowniczkę! Powinien zapłacić odszkodowanie i zaległe stawki.

Tak w praktyce realizuje się konstytucyjna zasada sprawiedliwości społecznej i prawo do godnej pracy! Takich „Anet D”. wiele było i niestety wciąż wiele jest w naszym kraju początkującego kapitalizmu. Na szczęście sądy wiele razy stawały w obronie ich praw, wbrew temu co opowiadają dziś rządzący, którzy tworzą bajki o „najwyższej kaście”. Prawo z założenia chroni słabszego. Silny poradzi sobie bez niego. Ale prawo nie wypełni swojej roli bez kompetentnych i niezależnych sądów

Sąd broniący przed władzą

Ponadto SN był także tarczą przeciwko nadużyciom władzy wykonawczej. W tym miejscu aż ciśnie się na klawiaturę sprawa posłanki Beaty Sawickiej i tzw. agenta Tomka. Nie mam zamiaru wnikać w detale tej korupcyjnej afery. Bezsporne pozostaje jednak, że jakkolwiek negatywnie ocenialibyśmy postępowanie byłej posłanki, została ona do niemoralnego zachowania „zwabiona” przez agenta państwowej służby. Sama z siebie nie wykazywała skłonności korupcyjnych.

Sędziowie SN nie mieli wątpliwości, że w demokratycznym państwie prawa państwo nie może wobec swoich obywateli stosować prowokacji na dowolną skalę, nie może „testować ich uczciwości”. Jest bowiem powołane do ich ochrony, a nie do podstępnego skłaniania ich do popełnienia przestępstwa. Dodatkowo SN wyprowadził w tym wyroku, potwierdzoną później w następnych orzeczeniach, zasadę zakazu „zrywania owoców z zatrutego drzewa”. Uznano, że w procesie karnym nie można posługiwać się dowodami zdobytymi w nielegalny sposób, na przykład poprzez założenie ukrytego podsłuchu.

Niestety obecna większość wprowadziła pozwolenie „zrywania owoców” do kodeksu postępowania karnego. Jakie mogą być skutki tej decyzji dla obywateli wchodzących w konflikt z władzą – możemy się tylko domyślać.

*

Rzecz jasna, nie wszystkie wyroki SN były przyjmowane bezkrytycznie. Pewnie sędziowie tego sądu mogli zrobić więcej dla oczyszczenia środowiska sędziowskiego z ludzi skażonych błędami poprzedniego systemu. Zapewne zbyt późno dostrzegli wypaczenia w postępowaniach reprywatyzacyjnych w Warszawie. Być może nieraz zbyt często stosowali literalną wykładnię prawa w miejsce systemowej. To wszystko jednak nie jest dziś istotne. Kluczowe jest to, że rząd „dobrej zmiany” próbuje zniszczyć instytucję, która mogłaby być kartą wizytową naszego niepodległego państwa. Nie możemy mu na to pozwolić!