Te dwie Polski są nie do sklejenia. Ta wspólnota jest nie do odbudowania. Czy jest dla nas jakakolwiek nadzieja?

Gdy usłyszałem słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego o „zdradzieckich mordach”, „kanaliach” i „zamordowaniu brata”, a chwilę później zobaczyłem reakcję na tę wypowiedź tłumu zgromadzonego pod Sejmem, który skandował: „do psychiatry” – pomyślałem sobie, że to ostateczny koniec, tej przepaści nie da się już zasypać.

Gdy zobaczyłem posłów i posłanki Prawa i Sprawiedliwości, którzy i tuż po tym wystąpieniu, i następnego dnia gotują swemu wodzowi owację na stojąco, a w mediach bronią jak niepodległości słów nie do obrony – utwierdziłem się w swym przekonaniu.

Gdy wysłuchałem przemówienia wygłoszonego ze sceny protestacyjnej demonstracji, będącego bieda-psychoanalizą Kaczyńskiego, a później przeczytałem multum postów na ten sam temat w mediach społecznościowych, opatrzonych oskarżeniem, że sam „zabił swego brata” – byłem tego już absolutnie pewien.

Te dwie Polski są nie do sklejenia. Ta wspólnota jest nie do odbudowania.

Nie utraćmy wraz z niezawisłością sądów czegoś jeszcze ważniejszego

Tu nie chodzi o spór polityczny – nawet ostry. Chodzi o zadry, winy, żale, potrzebę zemsty, upokorzenie i chęć upokarzania, gotowość do nazywania się nawzajem mordercami, zdrajcami, puczystami. Oczywiście inne podziały, które trapią Polskę, są przynajmniej równie ważne: jak między elitami a (umownie rzecz ujmując) ludem, między centrum a prowincją, między tymi, którym się powiodło, a tymi, którzy znaleźli się na marginesie życia społecznego, politycznego i ekonomicznego. Nie można o tym zapominać, bo one również wpływają na siłę podziału, o którym tutaj mowa. I rzecz jasna – nie ma symetrii między najpotężniejszym człowiekiem w kraju, mogącym wszystko, który traci panowanie nad sobą, a tłumem pod Sejmem, który zawsze ma swoją dynamikę, a który – co więcej – może mieć wciąż uzasadnione poczucie, że nie może nic.

Od czasu tej pamiętnej wypowiedzi (pewne jest, że taką się stanie) i reakcji na nią chodzę struty. Przypominam sobie wszystkie opowieści o ludziach, którzy zerwali ze sobą kontakt. O przeoranych przez polityczne konflikty rodzinach. Zniszczonych przyjaźniach. Niepodawaniu sobie ręki. Obelgach i paskudnych słowach, które w komentarzach w mediach społecznościowych – pod imieniem i nazwiskiem – zamieszczali fani prawicy po śmierci na przykład Andrzeja Wajdy. O zupełnie identycznych wypowiedziach, które znalazły się na liberalnych czy lewicowych profilach po śmierci Lecha Morawskiego.

Czy jest dla nas – jako wspólnoty – jakakolwiek nadzieja? Inna niż narodowy kataklizm – taki jak wojna? Wobec Kościoła nie mam już w zasadzie żadnych oczekiwań – zbyt duża jego część zaangażowała swój autorytet w poparcie jednej partii, w efekcie wikłając w politykę całą instytucję i wspólnotę. Organizacje pozarządowe? Są równie podzielone jak całe społeczeństwo. Inne pomysły? Mnie ich brakuje.

Pozostaje wiara w działania na poziomie całkowicie międzyludzkim – między „ty” i „ja”. Próba oparcia się pokusie wyrzucania ludzi ze znajomych, nieodbierania od nich telefonów, zrywania kontaktów, niemówienia sąsiadowi „dzień dobry”. Czy to możliwe?

Pozostaje wiara w działania między „ty” i „ja”

Mimo wszystko myślę, że na tym najbardziej podstawowym poziomie, owszem. Więcej: ja wiem, że to jest możliwe. Wśród członków mojej absolutnie najbliższej rodziny – żony, rodzeństwa, rodziców, teściów – znaleźć można osoby, które w ostatnich wyborach głosowały na cztery różne partie: PiS, PO, Nowoczesną i Razem. Jedni za polskiego bohatera uważają Leszka Balcerowicza, inni Jarosława Kaczyńskiego. Są wśród nich osoby przekonane, że Antoni Macierewicz jest rosyjskim agentem, ale również wyznawcy tezy o smoleńskim zamachu.

Z wszystkimi mam świetny kontakt – oni między sobą również. Potrafimy ze sobą rozmawiać, oddzielamy człowieka, któremu zawsze należy się szacunek, od poglądów, z którymi nie musimy się ani trochę zgadzać. Tak – omijamy niekiedy co bardziej drażliwe tematy, nie każdą kwestię ktokolwiek z nas chce podnosić. Pewnie część z nich nie rozumie, dlaczego chodzę i wciąż będę chodził pod Sejm i Pałac Prezydencki – ale nikomu z nich nie przyszłoby do głowy, żeby z tego powodu nie usiąść ze mną do stołu. Wszyscy robimy krok w tył, by móc zrobić krok w przód – by ze sobą być, lubić się, dzielić wartościami i poglądami na mnóstwo innych, często ciekawszych niż polityka, tematów.

Nie wierzę, że jest to możliwe na ogólnonarodową skalę. Ale warto zacząć od siebie, swojej rodziny, swoich przyjaciół, swojego środowiska. By wraz z niezawisłością sądów nie utracić czegoś jeszcze ważniejszego, czego potrzebujemy niezależnie od systemu, w którym żyjemy – człowieczeństwa.

Nie dajmy sobie tego zrobić.