„Kinky Boots” w Teatrze Dramatycznym rozwala w proch świat hipokryzji.

Za prawdą idź.
Wciąż się ucz.
Akceptuj siebie.
Uprzedzeniom mów nie.
I kochaj! Kochaj!
Masz moc. Uwierz w to.
Gdy zmieniasz siebie, zmieniasz cały świat.

Te „przykazania” może zaakceptować chrześcijanin, niezależnie z jakiej denominacji, muzułmanin, wyznawca judaizmu, buddysta, ateista . Powiedzielibyśmy – „przykazania ekumeniczne”, a nawet przekraczające tradycyjne „wewnątrzchrześcijańskie” rozumienie ekumenizmu. W musicalu „Kinky Boots” „przykazania” te stają się programowym manifestem. Oto apoteoza tolerancji, otwartości, afirmacji świata. Mimo nędzy, duchowego brudu, mimo ludzkich upadków i łajdactw, może to być piękny świat, tak jak w słynnej pieśni „Piwnicy pod Baranami”. Tak, finał musicalu to współczesne „dezyderata”.

Niedziela, 9 lipca 2017 roku, jest ok. 17.30. Stoję przed Pałacem Kultury i Nauki, po lewej stronie pod wielkim napisem „Teatr Dramatyczny” sporo ludzi. To widzowie ustawiają się w kolejce, bo liczą na wejściówki. Przedstawienie ma się rozpocząć o 19.00. Wszystkie bilety na „Kinky Boots” zostały wyprzedane. Premiera odbyła się dwa dni wcześniej, też przy pełnej sali, widzowie zajęli nie tylko parter, ale i balkony na pierwszym i drugim piętrze. Postanowiłem jakimś cudem dostać się do teatru ponownie, żeby obejrzeć musical drugi raz, właśnie w niedzielę. Wiadomo, widownia premierowa nie jest do końca ,„normalna” i miarodajna, zawsze znajdzie się trochę krytyków – „wybrzydzaczy”, widzieli oni już tak dużo sztuk, że nie potrafią się niczym zachwycić. Zawsze znajdzie się także jakiś reżyser z kompleksami, który zrobiłby wszystko lepiej, tylko że nikt mu nie pozwala zaistnieć w teatrze.

W niedzielę przyszła publiczność „zwykła”. Ani jednego wolnego miejsca, tak jak na premierze, tłok niesamowity, było na pewno więcej osób niż miejsc. W czasie spektaklu aktorzy nagradzani wielokrotnie brawami, na końcu entuzjazm ogromny, od razu wszyscy wstają z miejsc. Reakcja w tym przypadku nie była wymuszona, jak to często w teatrach bywa (skoro tamci wstali, to ja też muszę, bo głupio tak siedzieć, jak inni stoją i biją brawo, i rozpoczyna się nieprawdziwa, tzw. „meksykańska fala”), tym razem widzowie powstali w jednym momencie, spontanicznie, bez żadnego sygnału i przymusu. Kanonada braw trwała bardzo długo.

Przyjaźń to najlepsze, co jest nam w życiu dane

„Kinky Boots” osiągnie na pewno wielki sukces frekwencyjny. Nie tylko dlatego, że jest to hit światowy, który premierę miał pięć lat temu na Broadwayu, wystawiany był także w Londynie (scenariusz Geoffa Deana i Tima Firtha do filmu pod tym samym tytułem zainspirował Harveya Fiersteina, który jest autorem libretta). Przede wszystkim dlatego, że Teatr Dramatyczny nie zmarnował tej wielkiej szansy, i może mówić także o sukcesie artystycznym.

Ewelina Pietrowiak „czuje” teatr muzyczny (reżyseruje także opery). Pokazała to już w „Cabarecie”, wystawionym w tym samym teatrze. W jej adaptacjach musicalowych nie ma nic operetkowego. „Kinky Boots” to musical wystawiony przez Teatr D r a m a t y c z n y, ze wszystkimi tego konsekwencjami: znakomite aktorstwo, słuch na słowo i dbałość o każdy dramaturgiczny detal. W musicalu warstwa muzyczna ogranicza znacznie możliwości „szaleństw” reżyserskich, Pietrowiak daje sobie jednak radę z tymi ograniczeniami: spektakl ma tempo, zwartość, i dodatkowo jest wizjonerski dzięki scenografii, przenoszącej nas płynnie z hali fabrycznej na scenę w londyńskim klubie, czy w domu opieki społecznej. Wszystko to podparte zostało rewelacyjnym przygotowaniem muzycznym i choreograficznym aktorów.

W kanale na żywo kompozycje Cyndi Lauper (pop, soul, rock) wykonuje zespół muzyczny, wybrany przez Urszulę Borkowską, sprawującą pieczę nad muzyczną stroną przedstawienia. Końcowe, pozytywne przesłanie, widzowie przyjmują entuzjastycznie, tak jakby z niecierpliwością oczekiwali na takie słowa, zbrudzeni i zaniepokojeni brunatniejącą rzeczywistością, wylewającą się na ulicach i z ekranów telewizyjnych.

„Kinky Boots” to pozornie bardzo prosta historia; libretto nie wydaje się zbyt skomplikowane, a jednak w tej prostocie jest siła. Główni bohaterowie to Charlie, syn fabrykanta – producenta butów i Simon, syn boksera, który przegrał swoje życie. Charlie chciałby zrobić jakąś, nie wiadomo jaką, karierę w Londynie, zamierzał ułożyć swoje życie z piękną Nicolą.

Tymczasem umiera jego ojciec; wszyscy mają nadzieją, że teraz on poprowadzi fabrykę butów „Price i syn”. Świat się jednak zmienił, konkurencja prześcignęła starego Price’a, a fabryce grozi plajta, pracownikom zbiorowe zwolnienia. Krwiożerczy kapitalizm w pełnej krasie. Charlie staje przed trudnym wyborem. Nie będę – rzecz jasna – opowiadał całej historii, powiem jeszcze tylko, że pewnego wieczora, a może nocy, Charlie obudzi się w garderobie piosenkarki Loli, czyli Simona. Oto alternatywna rzeczywistość, której Charlie nie znał. Jak napisał Jan Gondowicz w eseju „Takie buty…” owa „ekscentryczna” drag queen, czyli Lola, a może Simon (nie ma to znaczenia), ratuje fabrykę przyjaciela.

Szczepaniak – oto nazwisko, które jest gwarancją fantastycznych przeżyć artystycznych

W patriarchalnej firmie zaczyna się produkcja tytułowych „kinky boots”. Oto „buty prowokacyjne, zakręcone, perwersyjne, obok których nikt nie przejdzie obojętnie, i które w każdym rozniecą pokusę”. A jest to pokusa pozytywna: „żeby być kimś innym, własnym przeciwieństwem, czyli prawdziwym sobą. Jako że w tym społeczeństwie wszyscy tkwią w niewłaściwej skórze, nieświadomie marząc o wyzwoleniu. Słowem – zaczyna się opowieść o rewolucji, być może ostatniej, jaka jest jeszcze możliwa” (tak na marginesie, złożę postulat do dyrekcji Dramatycznego: znakomite, erudycyjne eseje Gondowicza z programów teatralnych powinny zostać wydane w jakimś osobnym tomie; uczta intelektualna!).

Charlie mógłby powiedzieć do Loli, czyli Simona: „Czuję, że żyję. Potrzebuję cię. Byłem martwy. A teraz żyję”. I właściwie coś takiego do niego napisze. Zresztą to samo mógłby napisać Simon do Charliego. Oto siła wzajemnej, wyzwalającej akceptacji inności. Obydwaj przeżyli dramat człowieka rozdartego, któremu sytuacja wymyka się spod kontroli. Decydują się na radykalny krok, aby przywrócić ład w swoim życiu. Przywrócili ten ład otwierając się na innych, afirmując ich świat. To „inni” wprowadzili ich na właściwą drogę. Lauren dała Charliemu miłość. Konserwatywny Don zaakceptował zarówno Charliego, jak i Simona.

Otwartość to warunek, żeby „żyć i być” na tym świecie. Przyjaźń to najlepsze, co jest nam w życiu dane. Kto zbłądzi i zgrzeszy, zawsze otrzymuje kolejną szansę. Jeśli naprawi swój błąd, zostanie to docenione. Najgorszy jest fałsz i zakłamanie, bezduszny świat masek. To tylko krok do nienawiści, nietolerancji, pogardy, a w konsekwencji do tragedii. „Kinky Boots” rozwala w proch świat hipokryzji. Fundamentaliści odrzucą to „relatywne” przedstawienie. Cóż, zaryzykuję i napiszę, że taki „relatywizm” ma chrześcijańskie korzenie, dlatego odrzucenie pryncypialistów jest reakcją naturalną.

„Kinky Boots” to musical bardzo „cielesny”. Być może dlatego, że od cielesności (seksualności) nigdy nie można w pełni uciec – poprzez ciało przecież doświadczamy własnego życia. Ciało żyje obok ciała, ciało styka się z innym ciałem, bawi się z nim, igra lub gra, kocha, płodzi i rodzi, umiera wreszcie. Ciało obiecuje szczęście, ale może również zabić – trafnie ujął to ks. Józef Tischner.

Ciało obiecuje szczęście, ale może również zabić – trafnie ujął to ks. Józef Tischner

W „Kinky Boots” ciało nie jest traktowane instrumentalnie, jako coś względnego, obojętnego, przez co – jak pisał ks. Tischner – wcale nie doświadczamy życia. Wręcz przeciwnie, musical w Dramatycznym nie jest manifestem wyzwolenia się z tradycyjnej moralności i religijności. Jest protestem, niezgodą na niemożność porozumienia między ludźmi, jak też na fikcyjność rzeczywistości, w której żyjemy. Bohaterowie odkrywają prawdziwy świat uczuć, wyzwalają swoją wrażliwość z pułapki zobojętnienia. Można uchwycić prawdę, nie wszystko jest relatywne. Aktorzy w Dramatycznym pytają każdego z osobna, pytają także siebie: ile w nas otwartości, akceptacji, przyjaźni, miłości, a ile odrzucenia, zamknięcia, zgorzkniałości?

Aktorstwo tego przedstawienia to temat na odrębny tekst. Mateusz Weber jak mało kto potrafi pokazać zagubienie, rozdarcie i subtelność (taki właśnie jest Charlie), a także cienką granicę między dobrem i złem w człowieku, kiedy to delikatny poszukiwacz szczęścia zamienia się w kapitalistę tłumiącego w sobie uczucia, bo musi zwolnić pracowników, żeby uratować fabrykę. I wtedy, kiedy zdziera wreszcie z siebie maskę, odrzuca fałsz i rzeczywiście osiąga szczęście. Weber jest przekonujący – to nazwisko trzeba pamiętać.

Krzysztof Szczepaniak w roli Loli (Simona) rozsadza ten spektakl w najlepszym tego słowa znaczeniu. Szczepaniak jest aktorem o nieprawdopodobnych możliwościach: znakomicie śpiewa (to zresztą wiadomo nie od dziś, w roli konferansjera w „Cabarecie” wcale nie był gorszy od Joela Grey’a z filmu Boba Fosse’a), posiada inteligentne poczucie humoru, jest poruszający w scenach dramatycznych, potrafi być męski i kobiecy, a w obydwu tych „stanach” przekonujący, znakomicie tańczy. I to nawet na wysokich szpilkach (swoją drogą, to jak on porusza się na tych gigantycznych obcasach jest godne najwyższego podziwu)! Szczepaniak – oto nazwisko, które jest gwarancją fantastycznych przeżyć artystycznych.

Weber i Szczepaniak „prowadzą” to przedstawienie, są „prawdziwi”, wierzę im! Ale przecież cały zespół jest perfekcyjny, każdy epizod jest „dopieszczony”. Czułem, że aktorów ten spektakl cieszy, żyją nim, że znakomicie się bawią razem z widzami. Są ekstatyczni, euforyczni, frenetyczni, że na tych synonimach poprzestanę. Pozytywna energia bijąca ze sceny, wręcz eksplodująca, przenosiła się na widzów w sposób naturalny. Tak to odczuwałem, podobnie jak inni widzowie, wnioskując po ich spontanicznych reakcjach.

Mateusz Damięcki po obejrzeniu „Kinky Boots” wspomniał o pytaniu, jakie zadał kiedyś swojemu zaprzyjaźnionemu ojcu franciszkaninowi: „Lechu, a Ty jak?, tolerujesz ICH, akceptujesz? A On mi na to: Mateo, ja ich ani nie akceptuję, ani nie toleruję, ja ICH kocham”. I ja się z tym nieznanym mi franciszkaninem w pełni utożsamiam. Mamy prawo być tym, kim chcemy. Nie dajmy sobie wmówić, że coś robimy źle, jeśli czujemy w swoim sumieniu, że to jest dobre. Realizujmy swoje pasje, nie ulegajmy przesądom i stereotypom.

Przypomniałem sobie myśl Lwa Tołstoja. Wielki pisarz rosyjski powiedział: „Gdy z uwagą i cierpliwością opiszesz życie swojej wioski, opiszesz cały świat”. „Gdy zmieniasz siebie, zmieniasz cały świat” – tak brzmi ostatnie przykazanie wygłoszone przez Simona.