Wielu poetów eksploduje talentem za młodu, a potem gasną. Z Julią Hartwig było odwrotnie.

W nocy z 14 na 15 lipca zmarła w Pensylwanii Julia Hartwig, wielka polska poetka, znakomita tłumaczka poezji francuskiej i amerykańskiej, wybitna eseistka.

Mieliśmy zaszczyt przez lata wielokrotnie gościć ją na łamach „Więzi”, a także na różnych spotkaniach w naszej redakcji. Cieszyliśmy się jej zaufaniem, życzliwością, przyjaźnią. Pamiętam jej obecność na jubileuszu Tadeusza Mazowieckiego w Laskach w kwietniu 2002 roku. To z tamtego słonecznego wiosennego dnia pochodzi moje ulubione zdjęcie Julii, w białej bluzce i naszyjniku z pereł, zrobione przez naszą fotografkę Aldonę Piekarską. Udało się na nim utrwalić znamienne cechy Poetki: jej niezwykłą dystynkcję, powściągliwość i delikatność.

Ilekroć prosiliśmy Julię Hartwig o nowe wiersze, nigdy nam nie odmawiała, choć zwykle musieliśmy trochę poczekać. W roku 2001 uległa naszym usilnym namowom i podjęła się prowadzenia  w „Więzi” przez ponad trzy lata stałego felietonu kulturalno-literackiego, w którym nie stroniła też od aktualnych tematów społecznych, niejako przejmując pałeczkę po nieodżałowanym Wiktorze Woroszylskim.

Julia Hartwig, „Pisane przy oknie”

Julia Hartwig, „Pisane przy oknie”, Biblioteka „Więzi” 2004

Zbiór 39 felietonów Julii Hartwig ukazał się potem w Bibliotece „Więzi” pod tytułem „Pisane przy oknie” (2004). W jednym z nich, zatytułowanym „O wdzięczności”, tak pisała: „Jest przywilejem wdzięczności, że rodzi się ona zawsze tam, gdzie dzieje się coś dobrego i pięknego. Jestem więc wdzięczna za książki i obrazy, które kocham. Wszystko, co otrzymuję z darów sztuki, budzi we mnie to uczucie. Wdzięczna jestem moim bliskim, że byli i są, i wdzięczna jestem ludziom, którzy ofiarowali swój trud, a często i życie, żebym mogła dziś cieszyć się wolnością i decydować sama o swoim losie. Wdzięczna jestem każdej chwili istnienia, mimo i na przekór bólowi i cierpieniu”. A trzeba powiedzieć, że bólu i cierpienia los jej nie szczędził.

Julia Hartwig była powściągliwa i dyskretna w mówieniu o samej sobie, ale zarówno w jej wierszach,  jak i w zapiskach wspomnieniowych czy wywiadach z ostatnich lat życia znaleźć można echa traumy, jaką była dla niej w młodości samobójcza śmierć matki, prawosławnej Rosjanki, która mieszkając z rodziną w Lublinie, nie zdołała poradzić sobie z tęsknotą za utraconą ojczyzną. Potem kolejna trauma: tragiczna śmierć w tajemniczym wypadku samochodowym powracającego z Paryża do kraju Ksawerego Pruszyńskiego. No i ostatnie lata życia, kiedy była tak dzielna.

Gdy poznałem Julię Hartwig, a było to w roku 1966, była już znaną poetką, ale przyznam, że nie znałem jej twórczości, a postrzegałem ją głównie jako żonę i nieodłączną towarzyszkę Artura Międzyrzeckiego, cenionego poety, a nade wszystko wybitnej postaci środowiska literackiego i opozycyjnego, ofiarnego działacza polskiego PEN Clubu. Dopiero z czasem „odkryłem” Julię Hartwig, najpierw jako autorkę świetnego „Dziennika amerykańskiego”, będącego owocem jej kilkuletniego pobytu wraz z mężem w Stanach, a wreszcie – stopniowo –  coraz większe moje upodobanie, wręcz zachwyt, budziły kolejne tomiki poetyckie Julii (dane mi było przejść z nią na „ty”).

Wielu znanych poetów eksploduje talentem za młodu, a potem gasną. Tak było z Arthurem Rimbaud, z  Mickiewiczem, z Tuwimem. Z Julią Hartwig – odwrotnie. W tym późnym rozbłysku i dojrzewaniu talentu poetki dostrzegałem jakąś analogię z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Zresztą nie ja jeden. Tak ujmował to na przykład Tomasz Fiałkowski: „Zjawisko, któremu na imię «późna poezja Julii Hartwig», jest czymś wyjątkowym. Powinniśmy być szczęśliwi, że możemy być świadkami jego stawania się”.

Byłem szczęśliwy, kupując i czytając kolejne tomiki poezji Julii Hartwig: „Zobaczone”, „Jasne niejasne”, „Gorzkie żale”, „Zapisane” (ten ostatni z roku 2013, kiedy autorka przekroczyła już dziewięćdziesiątkę).

Nie potrafię mądrze pisać o poezji. Na pożegnanie Julii Hartwig chciałbym więc po prostu przywołać jeden z jej wierszy, z tomu „Zapisane”.

WRACAMY UMIERAĆ na północ
nie zagłuszaj melancholii
kiedy przychodzi na nią pora
Cokolwiek było jest jeszcze
Ty śpisz i wszystko już dla ciebie
snem prześnionym
wieczystym śnieniem
Spokojnie śpij
to wszystko może ci się przywidziało
szum deszczu jak na filmowym ekranie
noc wlewa się jak ciemna woda
jak przejść do znaków codzienności
po sprawach ostatecznych


Zachęcamy też do lektury eseju ks. Alfreda M. Wierzbickiego o twórczości Julii Hartwig „Zapatrzona w obłoki”