Czy chrześcijanin może chodzić do niewierzącego terapeuty?

Non abiate paura! Nie lękajcie się! – te słynne słowa wypowiedziane przez papieża Wojtyłę 22 października 1978 r. na inauguracji pontyfikatu można uznać za jego najkrótsze duszpasterskie przesłanie. Literalnie rzecz biorąc, słowa te były uniwersalnym apelem, aby ludzie, gdziekolwiek żyją, nie lękali się otwierać na Chrystusa. My, Polacy, odczytaliśmy je w szczególny sposób: jako zachętę do śmiałego działania w imię wolności, co przyczyniło się wkrótce do powstania „Solidarności” i wreszcie do historycznego zwycięstwa – obalenia systemu komunistycznego. Dzisiaj, już bez politycznych kontekstów, słowa świętego papieża humanisty odczytałbym jeszcze inaczej i głębiej. Nie tylko jako apel do świata, aby nie bał się przyjmować Chrystusa, ale także jako apel do nas, wierzących, abyśmy nie bali się świata.

Wiadomo, że świat jest i pozostanie do końca areną walki dobra ze złem. Nie wolno jednak zapominać – a często nam się to zdarza w ferworze walki ze złem – że w tym świecie jest także wiele dobra i że Kościół wiele zawdzięcza światu, a mianowicie kulturze, postępowi nauki, rozwojowi społecznemu.

Ten problem obustronnych lęków między Kościołem a światem można też zaobserwować na przykładzie historycznej już nieufności między Kościołem i psychoanalizą, a szerzej – między religią i psychoterapią.

W pewnym sensie swego czasu doświadczyłem tego na sobie. Otóż będąc jeszcze bardzo młodym człowiekiem, wyraziłem się kiedyś ostrożnie podczas spowiedzi, że wydaje mi się, iż mój rozwój duchowy blokują problemy emocjonalne i że może powinienem w takim razie najpierw poszukać pomocy w psychoterapii. Mój spowiednik, a był to młody dominikanin, zgromił mnie: „Takie myślenie pochodzi od diabła!”… Byłem tą jego gwałtowną reakcją niemile zaskoczony. Być może jego gniew jako teologa wywołało użyte przeze mnie nieopatrznie słówko „najpierw”?  Faktycznie zaś nie chodziło mi bynajmniej o jakieś czasowe zawieszenie praktyk religijnych, by zastąpić je psychoterapią, lecz o użycie jej jako pomocnego narzędzia na drodze rozwoju. Mój spowiednik zachował się więc chyba nieroztropnie, sugerując, że sama myśl o szukaniu pomocy u psychoterapeuty to… uleganie podszeptom złego. Musiało minąć wiele lat, zanim – kierowany ciekawością – odważyłem się na psychoterapię, a była to psychoanaliza. I muszę coś wyznać z pokorą. Otóż po kilku miesiącach  pojawił się we mnie lęk, że mój analityk, o którym naturalnie wiedziałem, że jest ateistą, a który stawał się dla mnie kimś coraz ważniejszym, może w końcu „odebrać mi wiarę”. I przerwałem psychoanalizę! Wpadłem po tym w wielkie zamieszanie wewnętrzne. Wróciłem do mego analityka jak niepyszny po półtora roku, już bez lęku, i ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. W sumie dzięki psychoanalizie ogromnie dużo zyskałem, zdobyłem nową wiedzę o człowieku, poznałem dogłębnie samego siebie, a moja wiara tylko się przy tym umocniła (opisałem to szerzej w tekście „List do mojego psychoanalityka”, w książce „Między konfesjonałem a kozetką”, red. K. Jabłońska i C. Gawryś).

Odczuwając lęk, że psychoterapia może zaszkodzić mojej wierze religijnej, nie byłem odosobniony. Czy nie taki właśnie negatywny stereotyp psychoterapii sprawia, że w katolickiej Polsce, podobnie jak w Ameryce, działa osobne Stowarzyszenie Psychologów Chrześcijańskich? I że są katolicy, którzy tylko tam gotowi są szukać psychologicznej pomocy?…

Z ciekawością wziąłem ostatnio do ręki świeżo wydaną przez „W drodze” książkę „Sankofa. Nie zmarnuj życia”, autorstwa dziennikarki Magdaleny Pajkowskiej i dominikanina Tomasza Gaja, zarazem psychoterapeuty. W swobodnej i sympatycznej rozmowie podejmują oni tematykę, powiedziałbym, mądrościową. Rozmawiają bowiem o sztuce życia – o skomplikowanym świecie naszego „ja”, o uczuciach, relacjach, radzeniu sobie z konfliktami i kryzysami, o rozwoju duchowym i modlitwie. Zrazu miałem wątpliwości, czy taka właśnie forma luźnej rozmowy „o wszystkim po trochu” jest odpowiednia dla tak poważnej treści. Aż trafiłem na rozdział XI, zatytułowanyNie chodź na skróty!”, który, jak to się mówi, powalił mnie na kolana.  Odpowiadając na proste, często umyślnie  prowokujące pytania Magdaleny Pajkowskiej, o. Tomasz Gaj, człowiek niewątpliwie dojrzałej i głębokiej wiary, wyjaśnia, czym jest psychoterapia, rozwiewając różne posądzenia i lęki, jakie pod jej adresem formułowane bywają przez niektórych pobożnych katolików.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka istotnych moim zdaniem fragmentów.

„Pomimo cech wspólnych – mówi dominikanin – [psychoterapia i religia] to zupełnie różne rzeczywistości. Według mnie psychoterapia jest etapem, a nie celem. (…) Nie jest drogą do szczęścia, sensu czy pełni życia, choć może być pomocnym narzędziem dla tych, którzy chorują/cierpią i nie są w stanie ruszyć z miejsca, pomimo swoich starań. (…) Psychoterapia nigdy nie będzie w stanie zastąpić religii, a religia, choć obywa się bez psychoterapii, może korzystać z jej pomocy” (dzięki, ojcze Tomaszu, za te mądre słowa – sądzę, że dokładnie określają one tamten mój młodzieńczy przypadek sprzed kilkudziesięciu lat, którego niestety nie umiał wówczas trafnie rozeznać inny dominikanin, Twój współbrat).

Psychoterapia jest niebezpieczna dla religijności niedojrzałej, zalęknionej, skostniałej

Rozdział XI zaczyna się od osobistego wyznania ojca Tomasza: „Zostałem psychologiem i terapeutą z dwóch powodów – z ciekawości i bezradności.  Gdy byłem młodym księdzem, boleśnie doświadczałem swojej bezradności. Zostałem promotorem powołań, a więc osobą pierwszego kontaktu dla kandydatów do zakonu. Byłem zupełnie bezradny wobec ludzi, którzy mieli pomysł na wstąpienie do klasztoru, a ja widziałem, że mają raczej problem z samymi sobą. Jak rozróżniać motywację nadprzyrodzoną od trudności emocjonalnych i zaburzeń psychologicznych? (…) Drugi obszar to spowiedź i rozmowy. Od samego początku było dla mnie jasne, że wielu ludzi szukających kontaktu duszpasterskiego i deklarujących trudności duchowe tak naprawdę zmaga się z problemami psychologicznymi. (…) Zobaczyłem, że wiele problemów, z którymi się stykam, ma bardziej podłoże psychiczne niż duchowe. (…) Zajęło mi trochę czasu, by wyrobić sobie rozsądne spojrzenie na złożoność naszej natury”.

„Lubię stwierdzenie – mówi nieco dalej o. Tomasz Gaj – że psychologia wzmacnia ego, a religia pozwala je opuścić. Pozwala je przekroczyć. W drodze do Boga muszę najpierw wejść w siebie, poznać siebie i przyjąć siebie – w tym mogą mi pomóc narzędzia psychologiczne. To dla wierzącego dopiero część drogi. Kolejny etap to wyjście poza własne <ja> i powierzenie go Bogu. Czasem chcielibyśmy pójść na skróty: oddać Bogu kota w worku. (…) I wtedy najczęściej Bóg mówi – spójrz na siebie, zrozum siebie i przyjmij siebie, bo Ja cię przyjmuję. Dopiero wtedy otwiera się przestrzeń dla świadomego i wolnego daru z własnego życia”.

„Co jest powodem szukania pomocy u psychoterapeuty? – pyta Magdalena Pajkowska. – Cierpienie – odpowiada o. Tomasz. – Rodzaj dyskomfortu, który mówi – to już za dużo. Nie chcę tak żyć. To mnie boli. Człowiek czasami zmaga się latami z tym samym problemem i mimo tego, że chce zmiany, stara się o nią, to jednak ciągle jest w martwym punkcie. (…) Psychoterapia to nie jest kupowanie uwagi czy przyjaźni. Idę na psychoterapię nie po to, żeby mnie ktoś posłuchał, ale po to, by zrozumieć, jaki mam udział w moim cierpieniu”…

Wśród wielu wątków tej pasjonującej rozmowy pojawia się też jeden szczególnie ważny, w kontekście zdarzających się co pewien czas i nagłaśnianych przez media nadużyć ze strony terapeutów. Psychoterapia bywa szkodliwa, „gdy terapeuta łamie zasadę neutralności lub zasadę abstynencji, do których przestrzegania jest zobowiązany. Zasada abstynencji oznacza, że terapeuta nie może czerpać żadnych korzyści z relacji z pacjentem, oprócz finansowych. Nieuczciwy lub niefachowy terapeuta, przekraczający granice pacjenta, może być szkodliwy. Skrajnym przykładem są sytuacje wykorzystania seksualnego pacjentów przez terapeutów. Natomiast neutralność oznacza, że ze swojej strony terapeuta ma się starać, żeby nie indoktrynować pacjenta swoim światopoglądem. Psychoterapia służy temu, żeby pomóc pacjentowi odkryć jego własne rozwiązania, a nie przyjmować je od terapeuty”.

„Głównym pytaniem w psychoterapii jest odnalezienie przyczyny cierpienia pacjenta, nie po to, by go ocenić, ale po to, by mu pomóc. Ludzie wierzący boją się czasem psychoterapii, podejrzewając, że rozmontuje ona ich wiarę. Rzeczywiście psychoterapia jest niebezpieczna dla religijności niedojrzałej, zalęknionej, skostniałej. Niedojrzała religijność jest raczej na usługach naszych własnych, często neurotycznych potrzeb, niż prowadzi nas do spotkania z żywym Bogiem. Ludzie z niedojrzałą religijnością obawiają się pytań, które zmuszą ich do zastanowienia się nad praktykami religijnymi, albo odbierają każde pytanie dotyczące ich wiary jako atak”.

„Wszystko musi mieć swoje należne miejsce – mówi na zakończenie o. Tomasz. – Nic nie zastąpi religii. Psychoterapia może być użyteczna, ale nie zastąpi życia”.

Gorąco polecam tę książkę. Jej autorzy przekonują, że wiara może być rozumna, a droga do Boga prowadzi przez poznanie samego siebie, w czym na pewnym etapie może bardzo pomóc psychoterapia. Wcale niekoniecznie u wierzącego terapeuty.