Jej poezja była, nawet być może wbrew sobie, metafizyczna. W nocy z 14 na 15 lipca zmarła Julia Hartwig.

Wiersze Julii Hartwig zacząłem czytać w 1992 roku, ukazał się wtedy tom „Czułość”. Wcześniej znałem trochę jej świetnych przekładów poetów francuskich i amerykańskich, mogłem oczywiście podejrzewać, że tak tłumaczyć potrafi tylko wybitna poetka, ale nie sięgałem jeszcze po jej wiersze. Przeczytałem też, wydany w 1980 r., „Dziennik amerykański”, który ktoś mi podarował po mojej własnej młodzieńczej podróży za ocean – podziwiałem zmysł obserwacji, fascynację i dystans.

Od 1992 roku przez dwie dekady każdy poetycki tom Julii Hartwig przyjmowałem z entuzjazmem. Teraz w lipcowe w burzowe dni czytam „Wiersze wybrane” – ukazały się w zeszłym roku nakładem Wydawnictwa a5 – i odkrywam pełniej niż na to pozwalał wybór wierszy „Nim opatrzy się zieleń” (Znak 1995) mało znaną mi półkulę wcześniejszych wierszy poetki, która debiutowała w 1956 tomem Pożegnania”.

Już na początku „Wierszy wybranych” pojawia się coś nieoczekiwanego i intrygującego – wiersz „Arles”.

Nie płacze nikt na starożytnym
Cmentarzu rzymskim w Arles.
Umarli krewni i potomni,
Ucichły jęki, wystygł żal.

Na sarkofagi cień się kładzie
Od naszych głów.
Wieczorne słońce napis czyta
Przez płowy bluszcz.

Szczęśliwi, którzy idą pod ręce
Przez Aliscamps,
Nie wiedzą jeszcze: ktoś z nas samotny
Powróci tam.

Ależ ja ten wiersz już czytałem! Czy rzeczywiście ten sam wiersz? Wertuję tomiki i znajduję w „Bez pożegnania” (Sic! 2004) wiersz „Arles”, ale nie wszystko jest w nim tak samo.

Nie płacze nikt na starożytnym cmentarzu rzymskim w Arles.
Umarli krewni i potomni, ucichły jęki, wystygł żal.

Na sarkofagu cień się kładzie od naszych głów,
wieczorne słońce napis czyta przez płowy bluszcz.

Szczęśliwi, którzy idą pod ręce przez Aliscamps,
nie wiedzą jeszcze: ktoś z nas samotny
powróci tam.

W wersji z 2004 roku nie ma ani jednego słowa więcej i ani jednego słowa mniej niż w wersji z 1956 (data publikacji, ale wiersz jest chyba wcześniejszy). Należy sądzić, że przetworzenie tego wiersza po pół wieku to nie jakiś kulturowy recycling. Intymna treść – „ktoś samotny powróci tam” – dotyka wszak wydarzeń z biografii i nowy wiersz przerzuca czasowy łuk pomiędzy odległymi wydarzeniami. Wiersz z 2004 roku jest jednak innym wierszem, śmiem powiedzieć zupełnie innym wierszem. Ukazuje on drogę, jaką przebyła poezja polska dzięki wytrwałej pracy nad językiem Czesława Miłosza i Julii Hartwig. Jednostką języka poetyckiego uczynili oni zdanie.

Rytmika pierwszego wiersza zależna jest od układu stroficznego, jest raczej zewnętrzna, nałożona na język jak gorset. Rytmika drugiego wiersza, nieuchylającego się bynajmniej od struktury stroficznej, jest wewnętrzna, zgodna z rytmem myśli. Wers, zdanie i myśl tworzą jedną linię, oszczędną i klarowną. Jean Guitton, filozof i malarz, zanotował, że potrzeba ćwiczyć oko przez dziesięciolecia, aby nauczyć się właściwie odróżniać odcienie kolorów. Ile potrzeba lat, aby język ustawić bezbłędnie na progu czystości i prostoty?

Mikroobserwacje

Usłyszałem kiedyś wspomnienie Julii Hartwig o tym, jak razem ze szkolną koleżanką Anną Kamieńską poprosiły Józefa Czechowicza o ocenę swych młodocianych wierszy. Podkreślał on ołówkiem wersy, które uważał za udane. Bardzo wiele autorka „Elegii lubelskiej” wyniosła z tej lekcji.

Myślę o 90. urodzinach Pani Julii i dlatego czytam znowu wiersze lubelskie, które wydano w osobnym tomie „Zaułek Hartwigów” (Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN 2006). Od czasów zakończenia II wojny światowej Poetka rzadko wracała do rodzinnego miasta. Więź z miastem została odnowiona w ostatnim dwudziestoleciu. Jak sama wyznaje, rodzinne miasto po Zagładzie było miastem okaleczonym, wymordowano jedną trzecią jego mieszkańców, zburzono dzielnicę żydowską. Pamięć tej rany była zbyt bolesna. Lublin wyłonił się dopiero w późnej poezji Julii Hartwig w formach elegijnych, wspomnieniowych, pełnych czułości i zarazem ostrości widzenia. Cykl wierszy lubelskich, rozproszonych w kilku tomikach i zebranych w „Zaułku Hartwigów”, jest portretem rodzinnym z miastem w tle. Słowo „zaułek” to najbardziej sekretne słowo lubelskiego idiomu poetyckiego, ustanowionego, jakżeby inaczej, przez Czechowicza.

Poezja Julii Hartwig zawsze wyrasta z konkretu, podobnie jest w przypadku wierszy rodzinnych, obfitują one w zapamiętane szczegóły, tworzące nasycony klimat emocjonalny. Już po pierwszej lekturze tych wierszy zapamiętałem, jak wielkim pasjonatem fotografii był jej ojciec, skoro potrafił zatrzymać pochód pierwszomajowy, aby wykonać zdjęcie ze statywu postawionego na środku ulicy. Zapamiętałem też utrapienie starszej siostry, która nieustannie poszukiwała pozostawionych przez ojca w dorożce kapeluszy. Poetka wspomina jego miłość do opery, literatury rosyjskiej, o oszczędności i zarazem fantazji w nabywaniu luksusowych przedmiotów.

Po latach próbuje zrozumieć udrękę swej matki, uciekinierki z Rosji po rewolucji, wrzuconej w obce środowisko. Przywołuje prawosławne obrzędy wielkanocne w lubelskiej cerkwi, w których uczestniczyła z matką. A tragiczna samobójcza śmierć matki zostaje wyrażona obrazem niedokonanego lotu.

Kiedy znaleźliśmy ją na dziedzińcu tamtego ranka,
wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła.
O, mamo, jak to się stać mogło?
Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać.

Podobnie nie brak szczegółów dotyczących wyglądu, charakteru, osiągnięć życiowych utalentowanych barci – medyka Walentego i fotografika Edwarda. Poezja przywołująca bliskie osoby pozostaje świadoma granic poznawczych i w końcu nie wiadomo, czy szczegóły zewnętrzne, a nawet opis cech charakteru, więcej odsłaniają czy zasłaniają z tajemnicy człowieka. Pisarska pokora kazała napisać w zakończeniu narracyjnego wiersza: „Nie umiem nakreślić portretu moich braci”. Właśnie to zdanie staje się osią wspomnieniowej poezji rodzinnej – chwiejną osią, ale jedyną możliwą, bo zakotwiczoną w prawdzie biografii, a ściślej mówiąc, autobiografii, z której czerpie sztuka i nie zawsze potrafi sobie z nią poradzić. Ale sztuka świadoma swej ułomności przekracza siebie, staje się nieoczekiwanie bardziej transparentna.

W wierszach lubelskich są również wspomnienia szkolne. Julia Hartwig była uczennicą założonego w 1921 roku żeńskiego Gimnazjum im. Unii Lubelskiej. Szkolna czytelnia dobrze przygotowywała do uczestniczenia w kulturze wielowątkowej, ideologicznie zróżnicowanej, skoro uczennicom udostępniała, jak czytamy w wierszu, „Wiadomości literackie”, „Pion” i „Prosto z mostu”.
Do szkoły chodziły także Żydówki. Im poświęcony został poruszający wiersz „Koleżanki”, osadzony w scenerii klasy:

Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy,
kiedy się do nich zwracała.
(Nigdy po imieniu)
Miriam była zawsze doskonale przygotowana,
Reginka słabsza, ale poprawna.
Trzymały się razem
i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii.

Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu ulicy Lubartowskiej,
na granicy świeżo utworzonego getta.
Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego.

Dramatyzm tego wiersza kulminuje w drugiej części, ale narasta od pierwszego wersu: „głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy”. Nie, nie ma tu oskarżenia, jest raczej gorzka konstatacja. Antysemityzm nauczycielki nie był ostentacyjny, a jednak unikanie imion Żydówek było napiętnowaniem i dyskryminacją. Jeszcze daleko do getta ławkowego i bardzo daleko do getta hitlerowskiego, a przecież była w tym wielka krzywda. Julia Hartwig umieszcza tę pozornie neutralną informację – „nigdy po imieniu” – w nawiasie, co sprawia, że nawias sam staje się komunikatem. Wyraża to, czego nie wyrażają słowa. W zakamuflowanej kulturze antysemickiej w nawias brano realne ludzkie osoby.
Wspomnieniowa poezja Julii Hartwig oparta na mikroobserwacjach staje się świadectwem choroby kultury polskiej w latach międzywojennych. Wraca w swej poezji do czasu młodości bez sentymentalizmu, jest w jej poezji miejsce na czułość, ale jest również miejsce na żal i wstyd. Jest to poezja głębokiej świadomości, naznaczonej doświadczeniami prywatnymi i zbiorowymi.

Moment ukojenia

Ani w „Zaułku Hartwigów”, ani w „Wierszach wybranych” nie znajduję wiersza „Spotkanie”, któremu przypisuję ważne miejsce w całym poetyckim dziele Julii Hartwig. Wiersz ten przeczytałem w tomiku „Nie ma odpowiedzi” (Sic! 2001). Są w nim obrazy nowojorskich Żydów, świętujących Paschę w Parku Brooklyńskim. Szczegóły ich ubrania i poziom radości, świadczą, że są chasydami. Ta, która patrzy – a w wierszach Julii Hartwig patrzenie i spojrzenie organizują często materię poetycką – widzi w eliptycznej kondensacji XX-wieczną historię narodu, któremu przeznaczono Endlösung. W tym patrzeniu mieści się jednocześnie i pamięć Zagłady i radość ocalenia. Trudno o bardziej pojemne ogarnięcie ludzkich losów, trudno o głębszy stopień empatii.

Moi piękni Żydzi! Patrzę na was poprzez szmat własnego życia.
w którym zawarła się również wasza historia
Nie takich widziałam was
pędzonych ulicami Lublina i Warszawy
w najokrutniejszym czasie zagłady
Widzieć was tu
spacerujących bezpiecznie wśród kwiatów i zieleni
to dla świadka tamtych dni moment ukojenia

W tekście poetyckim historia odciska się inaczej niż w historiografii, niesie ją pamięć emocjonalna i pamięć moralna. W tradycji augustyńskiej nazywano ją pamięcią serca. Julia Hartwig rzadko pisze o Szoah, ale skala emocji, jaka dochodzi do głosu w „Spotkaniu”, świadczy, jak głęboką traumę spowodowała zagłada Żydów w świadomości „świadka tamtych dni”.

Na moją lekturę tego wiersza nakłada się przeżycie związane z wizytą w Muzeum Holokaustu w Yad Vashem. Zaczyna się od filmu prezentującego sceny z życia wspólnot żydowskich w Europie z czasów sprzed Zagłady. A potem kilkadziesiąt sal dokumentacji, która odbiera zdolność mówienia. Ostatnim etapem jest wyjście na taras z panoramą na góry i współczesne osiedla izraelskie. Zamysł architekta polega na tym, aby przekazać ideę, że skazany na zagładę naród żydowski, ocalał i ma swoją przyszłość. Mimo że rozumiem sens przesłania, nie ma ono wystarczającej siły naoczności. Trzeba zejść z tego tarasu i zanurzyć się w tłumie jerozolimskiej ulicy. Albo przypomnieć sobie wiersz Julii Hartwig ewokujący „moment ukojenia” doznanego w Nowym Jorku. Moment ukojenia nieosiągalny dla mieszkańców Lublina i Warszawy, dopóki patrzą na swe miasta, w których obok nowego życia istnieją widma miast wymordowanych. W „Elegii lubelskiej” pisała:

Odwróćcie wzrok ode mnie bramy mojego miasta
bramy miejskie żarłoczne bramy
przez które uszło życie z tych ciemnych uliczek
O wieże rodzinnego miasta
goniłyście mnie po świecie groziły
nic wam nie jestem winna nieczułe olbrzymy
które przetrwałyście nie uroniwszy ani jednej łzy
nad miastem mojego dzieciństwa

Klucz

Nad poezją Julii Hartwig unoszą się obłoki. Ten poetycki dukt rozciąga się od Sępa Sarzyńskiego, parafrazującego zresztą Horacego, poprzez „Liryki lozańskie”, aż do Miłosza. Julia Hartwig przedstawia obłoki zapatrzona w nie z podobną fascynacją, jak czynił to jej brat Edward Hartwig w swych fotografiach. Krajobraz z obłokami ma jakąś nieutracalną pełnię. „Zapewniam cię jedynie na co możesz jeszcze liczyć / to te obłoki / Więc może do nich właśnie powracasz” („Wiersze wybrane”, s. 288). „A nas wszystkich zagarnia/ rajski poszum Obłoków Debussy’ego/ płynących nad koncertową salą” („Wiersze wybrane”, s. 389). Poetyckie uniwersum obejmuje świat przyrody i świat kultury. Bohaterami wierszy są rośliny, a zwłaszcza kwiaty i drzewa, rzadziej fauna, poeci i ich wiersze, malarze i ich obrazy, słuchane utwory muzyczne, przyjaciele i zwykli ludzie z ulicy, ze sklepów i restauracji, krajobrazy miejskie, górskie i nadmorskie, a także widziane z pociągu. Poetka nie przestaje wpatrywać się w urodę i kruchość istnienia.

Julia Hartwig wiele zawdzięcza malarstwu. Zna je znakomicie. Długie pobyty w Paryżu pozwalały niemal na co dzień obcować z impresjonistami. To nie przypadek, że przeniosła z poezji francuskiej na grunt poezji polskiej gatunek poematu prozą. Aby je napisać, konieczna była wyjątkowa uwaga, a to więcej niż zmysł obserwacji, i czułość dla bogactwa form świata, chłonność koloru, światła i linii. Pomocna okazała się umiejętność układania zdań i mówienia, jak zauważa Miłosz, równym głosem, aby oddać niepowtarzalną fakturę świata. Jest to poezja, nawet być może wbrew sobie, metafizyczna.

W eseju Alaina Besançona „U źródeł współczesnego obrazoburstwa” odnajduję klucz do metafizycznego sensu wierszy Julii Hartwig. Uważa on, że sztuka nowych czasów pod wpływem filozoficznego idealizmu utraciła pragnienie zajmowania się widzialnym światem i wybrała drogę na skróty – do świata niewidzialnego. Nie da się przedstawić nieba bez próby pokazania ziemi. Inną drogą poszli malarze francuscy wierni widzialnemu – jak chciałby Kant, jedynie fenomenalnemu – światu. „Faktem jest – pisze Besançon – że malarze francuscy, od Delacroix po impresjonistów, nie dali sobie narzucić jarzma geniuszu i wzniosłości. Pozostali wierni innej estetyce – tej, w której liczy się oko i ręka”. Estetyka ta nie szuka na siłę śladów boskości, nie epatuje epifaniami w każdym obrazie i w każdym wierszu. Jest oszczędna i powściągliwa, ale nie zamknięta na autentyczną epifanię w kulturze. „Jeśli szuka się tylko samego Boga, traci się ziemię i Bóg się chowa. Jeśli ma się na celu również ziemię, a nawet tylko ziemię – twierdzi Besançon – jest szansa, że Bóg się objawi”.

Czy nie to samo mówi Julia Hartwig?

Jak uniknąć zakłamania codziennej mowy
w której tyle jest panaboga
tyle litanii kierowanych przez ludzi i do ludzi
tyle odziedziczonych po praprzodkach
modlitewnych zawołań
w sąsiedztwie bluzgów i złorzeczeń

Gdy tak stoi zapatrzona w blask na wodzie
przelatująca nad jej głową mewa śmieszka
wzbija się właśnie w górę ku niebu
gdzie jest też jezioro
jezioro
jezioro
(„Wiersze wybrane”, s. 449).

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Więź” nr 8-9/2011.