Dzieci wysiedleńców z akcji „Wisła” rosły w aurze tajemnicy i niedopowiedzeń – istniejące, ale niewyjaśnione napięcia kształtowały ich tożsamość. Trauma przechodziła z pokolenia na pokolenie.

28 kwietnia 2017 r. społeczność ukraińska w Polsce obchodziła 70. rocznicę wysiedlenia przeprowadzonego w ramach akcji „Wisła”. Obchody zdominowało poczucie krzywdy, gdyż pierwszy raz w Polsce po 1989 r. organizacje ukraińskie nie otrzymały państwowego dofinansowania na tę rocznicę. Poczucie krzywdy zostało więc niejako zdublowane – z jednej strony wynikało z ciągle jeszcze niezagojonych ran po wypędzeniu z ojcowizny w 1947 r., z drugiej łączyło się z wrażeniem opuszczenia przez własne państwo. I choć ta świadomość „krzywdy” wydaje się usprawiedliwiona, to warto postawić pytanie: czy pozycjonowanie się w roli ofiary jest rozwojowe?

Wysiedlenie Ukraińców w 1947 r. miało wszelkie cechy rytuału przejścia – według modelu zaproponowanego przez etnologa Arnolda van Gennepa, a dopracowanego przez antropologa Victora Turnera – który zakłada trzy fazy: separacji, liminalną i reagregacji.

Tyle tylko, że w normalnym, a więc nieprzymuszonym rytmie trójfazowość rites de passages (czy to będzie ślub, zmiana statusu ucznia na studenta, czy choćby okres ciąży przygotowujący do macierzyństwa) spełnia funkcję kulturowej poręczy, która pozwala ludziom przejść przez różne poziomy stanów mentalnych towarzyszących odmiennym rolom społecznym. Takiego luksusu nie miał Ukrainiec w Bieszczadach, Beskidzie Niskim, na Pogórzu Przemyskim czy na Chełmszczyźnie, gdyż nakaz opuszczenia domu w dwie godziny był tak zredukowaną fazą wyłączenia, iż żadną miarą nie mógł dać szansy na oswojenie się z faktem wyrwania. Nie dziwią relacje wysiedlonych o szoku, który wynikał nie tylko z rozpadu ustalonego ładu, ale również z dezorientacji po przybyciu do „nowego świata”.

Pospieszny i przymusowy rytuał przejścia był fundamentem kolektywnej tożsamości Ukraińców w Polsce. Jej budulcem został mit raju utraconego, poczucie krzywdy, braku bezpieczeństwa, strach i rozpad ładu. Akcja „Wisła” stała się cezurą, która nie tyle rozdzielała czas przed i po, ile konstruowała nową społeczną rzeczywistość. Ojcowizna jawiła się wielu wysiedlonym jako mityczny raj i choć z czasem mogli ją odwiedzać, czy nawet przy sporym logistycznym wysiłku na nią powrócić, to jednak zasadnicza większość się na to nie decydowała. Raj pozostał mityczny, sakralny i nieosiągalny, a wraz z nim materialne dziedzictwo tworzone przez wiele stuleci: cerkwie, cmentarze, krzyże i kaplice przydrożne.

Stygmatyzacja

Pokolenie wysiedlonych zaczęło żyć nie tylko w geograficznie, społecznie czy kulturowo odmiennym otoczeniu, ale przede wszystkim w warunkach ciągłej deprywacji potrzeb. Jedną z najbardziej niezaspokojonych była potrzeba szacunku i sprawiedliwości. Funkcjonowanie z piętnem „Ukraińca” kończyło się zazwyczaj izolacją bądź asymilacją. Poczucie niższości, wynikające z faktu bycia obywatelem drugiej kategorii, było dojmujące. Część Ukraińców zdecydowała się na zredukowanie swoich kontaktów z polskim światem, swoje poczucie niższości transformując w poczucie inności. Niektórzy zaś ukrywali swoje pochodzenie, dźwigając brzemię tajemnicy. Wśród samych wysiedlonych te zjawiska dopiero zaczynały kiełkować, by w pokoleniu ich dzieci i wnuków nabrać tempa i okrzepnąć.

Pozornie dobre społeczne funkcjonowanie rodzin wysiedleńców było w istocie usilnym przystosowywaniem się, które paradoksalnie podkreślało nie łatwość, a wręcz odwrotnie – olbrzymią trudność życia w nowych warunkach. W niektórych rodzinach mężczyźni mieli za sobą epizody przynależności do UPA, co wzmagało czujność i zmuszało do nieskazitelności. Więzi społeczne ze współpracownikami czy sąsiadami były często powierzchowne i spełniały funkcję ochronną. Najlepiej było nie wzbudzać podejrzeń, nie rzucać się w oczy i być społecznie nijakim. Główną grupą odniesienia stawali się „swoi”, to wśród nich można było poczuć bliskość i autentyczność kontaktów. „Swoimi obcymi” stawali się też Niemcy, którzy nieśli piętno zbrodniarzy, podobnie jak Ukraińcy piętno bandytów. Funkcjonowanie w ciągłym udawaniu oraz potrzebie społecznej akceptacji rodziło napięcia i konflikty, które rozgrywały się wewnątrz rodzin.

W takiej frustracji rosło drugie pokolenie. Trauma wysiedlenia była wszechobecna, lecz w trosce o dzieci zazwyczaj mniej lub bardziej objęta tabu. One miały być szczęśliwsze, lepiej przystosowane i bez paraliżującej etykietki „Ukrainiec”. Miały się uczyć, zakładać rodziny oraz dobrze funkcjonować społecznie. Ci, którzy swojej szansy na przetrwanie upatrywali w asymilacji, nadawali dzieciom polskie imiona i cieszyli się, gdy po wysiedleniu w czasie spisywania przez urzędników dostawali spolszczone nazwiska. Z Iwaneczków powstawali Iwanieczki, z Olijnyków – Olejniki.

Reszta budowała wokół siebie mur odgradzający od środowiska, które etykietowało i stygmatyzowało. Gwarancją przetrwania stało się getto, w którym spoiwem tożsamości był szeptany język i potajemna religia. Nawet w tych rodzinach, w których o pochodzeniu mówiło się otwarcie, tabu objęto przeżycia wojenne lub działalność w UPA. Dzieci wysiedleńców rosły więc w aurze tajemnicy i niedopowiedzeń – istniejące, ale niewyjaśnione napięcia kształtowały ich tożsamość. Świadomość wspólnej traumy wysiedlenia, wspólnego lęku i boleśnie odczuwanego wykluczenia społecznego scalała, odgradzała od większości i stawała się kolejnym budulcem kolektywnej tożsamości Ukraińców w Polsce.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, lato 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, lato 2017

Kwartalnik „Więź”, lato 2017: Ojczyzna europejska