„W Kraju rośnie jakiś dziki antysemityzm w łonie partii” – pisał Jerzy Giedroyc Juliuszowi Mieroszewskiemu na dziewięć miesięcy przed Marcem. Ich korespondencję można przeczytać w książce wydanej przez „Więź”.

Howard Fast, zmarły kilka lat temu amerykański powieściopisarz, swego czasu był działaczem Komunistycznej Partii USA. W 1957 r. wystąpił z szeregów tej partii, w przenikliwie napisanym szkicu obnażając jej grzechy. Jako, rzec by można, dysydent do kwadratu, Fast stanął więc ramię w ramię z innym byłym prominentnym komunistą, Jugosłowianinem Milovanem Dżilasem, którego zwierzenia czytano wówczas z wypiekami na twarzy. Dla Jerzego Giedroycia szybkie wydanie po polsku książki Fasta stało się priorytetem. Tłumaczenie powierzył swojemu najważniejszemu współpracownikowi, Juliuszowi Mieroszewskiemu. Czytając dziś korespondencję obydwu panów, możemy śledzić postępy dzieła, przy okazji podziwiając kunszt, z jakim zarówno doświadczony redaktor z Paryża, jak i nie mniej doświadczony autor oraz korespondent z Londynu wyważali proporcje ofensywy i defensywy swojej współpracy.

To tylko jeden z wielu, naprawdę bardzo wielu wątków, które można śledzić, czytając tę rozległą korespondencję, udostępnioną nam po pół wieku wspólnym wysiłkiem Instytutu Literackiego (spadkobiercy paryskiej „Kultury”), Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską oraz Wydawnictwa „Więź”. W ciągu trwającej kilkadziesiąt lat znajomości i współpracy Jerzy Giedroyc i Juliusz Mieroszewski napisali do siebie w sumie 3374 listy, z czego ponad dwa tysiące w interesującym nas okresie lat 1957–1975.

Rafał Habielski, który z owego stosu papieru wyselekcjonował i opracował do druku 636 listów, całkiem słusznie ocenia korespondencję obu panów jako „jeden z najważniejszych porządków epistolograficznych w dziejach polskiej kultury”. I oczywiście nie tylko z racji obszerności – Giedroyc i Mieroszewski to przecież postacie, bez których uwzględnienia niemożliwy jest jakikolwiek opis powojennych dziejów polskiej myśli.

Ta wymiana listów miała – jak zauważa we wstępie Habielski – „charakter wymiany permanentnej, list za list. Dłuższe przerwy w odpowiedzi wywoływały niepokój i zdziwienie któregoś z respondentów”. Trzeba pamiętać, że są to listy robocze. Racją ich nieustannego tworzenia jest „Kultura”, zawartość miesięcznika zajmującego się mnóstwem tematów, z których większość ma wagę nowości.

Na tle całej tej korespondencji rozwija się nam historia Polski, Europy i świata. Panowie o tych współczesnych im sprawach wspominają lakonicznie, nie dlatego, że one ich mało obchodzą, ale przeciwnie: oni siedzą w nich tak głęboko, że nie mają czasu na ich epistolarne analizy, a rozumiejąc się wzajemnie, rzucają jedynie hasła. Jest tu jednakowoż także miejsce na obszerniejsze wywody. List Giedroycia z 13 sierpnia 1963 r. to właściwie obszerne exposé, naszpikowane oryginalnymi, czasem zaskakującymi – zważywszy osobę autora – tezami, jak chociażby: „Przekonaliśmy się, że złudzenia na liberalizację komunizmu, jakie mieliśmy w związku z Październikiem i Gomułką, były wykorzystane przez partię. W pewnym sensie rewolucja bardziej się opłaciła Węgrom niż pokojowy Październik Polsce”. Do tej opinii nawiązuje polemicznie Mieroszewski w długim, ciągnącym się przez kilka listów (wiosna 1968) ideowym sporze z Giedroyciem o to, co lepsze dla zniewolonych przez ZSSR krajów środkowej i wschodniej Europy: rewolucja czy ewolucja?

Niejednokrotnie uderza nas trafność analiz Giedroycia, gdy ten opisuje sytuację w Polsce. „W Kraju rośnie jakiś dziki antysemityzm w łonie partii” – donosi Mieroszewskiemu w liście z 24 czerwca 1967 r., na dziewięć miesięcy przed pamiętnym Marcem. „Społeczeństwo przynajmniej w okresie wojny [na Bliskim Wschodzie – przyp. J. B.] było murem proizraelskie. Natomiast partia (Gomułka i Kliszko. Tak, Kliszko) prowadzą politykę Moczara czy Piaseckiego”.

Koneserskiej przyjemności z pewnością dostarczą czytelnikowi charakterystyki osób, pisane językiem lakonicznym i jędrnym. Oto próbka z 5 kwietnia 1967 r.: Giedroyc stara się znaleźć publicystę, który – w myśl zasady: źle, byle z nazwiskiem – napisze o „Kulturze” w sposób odpowiednio ostry. „Ten pomysł z artykułem krytycznym jakiegoś naszego przeciwnika jest dobry. Niestety, nie widzę, kto mógłby to zrobić. Ciołkoszowi zamierzam dać nagrodę, jesteśmy z nim w bardzo dobrych stosunkach: zrobi laurkę. Morawski jest miękusz, który nie potrafi nikomu nic złego powiedzieć. Będzie to różana woda ze szpileczkami”.

W innym liście (7 lipca 1967 r.) redaktor rzuca mimochodem: „Miłosz się załamał i jest rozkoszny jak świnka w deszcz”.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, lato 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, lato 2017