Patriarcha ekumeniczny Atenagoras I otworzył nam drzwi do cerkwi, do każdej cerkwi. A Paweł VI wszystkim prawosławnym otworzył drzwi do każdego kościoła rzymskokatolickiego.

7 lipca br., [tj. 1972 roku, tekst ukazał się w miesięczniku „Więź”, nr 9/1972] w dzień świętych Cyryla i Metodego – Greków dalmatyńskich, sprawujących święte obrzędy podług zwyczajów wschodnich, apostołów ludów słowiańskich – zmarł w Konstantynopolu prawosławny biskup tego miasta i patriarcha ekumeniczny, Atenagoras I, w 87 roku życia.

Czytelnicy „Więzi” już kilkakrotnie mieli i jeszcze będą mieć możność zapoznania się z myślami i nadziejami tego człowieka. Dziś, łącząc się w żalu i żałobie z całym światem, starajmy się przeżyć ten czas prawdziwie po chrześcijańsku, a więc nie w odczuwaniu tylko jakiejś pustki po nim, lecz w gorliwszym braniu na siebie obowiązków, jakich domaga się sprawa, której on służył.

A w tej wierze i w tym Bożym Kościele – pustki nigdy nie ma

Atenagoras I osadzony był mocno w tej rzeczywistości, której na imię nieprzerwana ciągłość wiary świętego Kościoła Powszechnego. A w tej wierze i w tym Bożym Kościele – pustki nigdy nie ma. Nie było jej w społeczności apostołów i uczniów Jezusa Chrystusa po Jego widzialnym odejściu do nieba. Z miejsca, na którym na zawsze zniknął im sprzed oczu, wrócili do Jeruzalem z „weselem wielkim”, rozważając Jego ostatnie słowa: „A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Tak powiedział i tego dotrzymuje. Jest z nami, jest z każdym z nas i On, przez Ducha Świętego, buduje swój Kościół w dziejach ludzkości.

Dla światłych oczu i dla myśli chrześcijańskiej nie ma też pustki dziś po patriarsze Atenagorasie I i to nie dlatego, że wybrano już jego następcę. Inicjatywie patriarchy Atenagorasa I zawdzięczamy bowiem to, że 7 grudnia 1965 roku doszło do oficjalnego cofnięcia wzajemnych ekskomunik, rzuconych w roku 1054, a rozdzierających jedność Kościoła.

To znaczy, że dzięki inicjatywie tego człowieka weszliśmy w okres dalszego ciągu pierwotnej, tysiącletniej „jedności w różnorodności” niepodzielonego Kościoła od czasów apostolskich do połowy wieku dziewiętnastego. To znaczy, że dzisiejsi tzw. „katolicy” i dzisiejsi tzw. „prawosławni” – od 7 grudnia 1965 r. prawnie (ale od wewnątrz, od ducha prawa) stanowimy ponownie jeden Kościół.

Różnice w zwyczajach liturgicznych, w karności kościelnej, a nawet w poglądach i teoriach teologicznych były w Kościele niepodzielonym, tak samo na Zachodzie, wśród ludzi Zachodu, jak i na Wschodzie, wśród ludzi Wschodu, i jak między branym ogólnie Zachodem a branym ogólnie Wschodem. I tak jest też dzisiaj, i tak może być do końca świata – ale zawsze w jednym niepodzielonym i niepodzielnym Kościele, tak niepodzielnym, jak niepodzielony jest Chrystus. Nie wszyscy „noszący imię chrześcijańskie” dostatecznie jasno zdają sobie z tego sprawę. I nie wszyscy dość mocno cieszymy się z tego, co nam zajaśniało 7 grudnia 1965 r. z inicjatywy patriarchy Atenagorasa I w jego patriarszej świątyni św. Jerzego na Fanarze w Stambule. Odtąd, ponownie, stanowimy z prawosławnymi nie tylko „dwa bratnie (siostrzane) Kościoły”, jak zaczęliśmy ostrożnie mówić, ale jesteśmy jednym Kościołem, jak w pierwszym tysiącleciu ery chrześcijańskiej.

Zapytany o to jeden z biskupów odpowiedział: „Tak jest istotnie. Ale na przeszkodzie są niektóre sprawy praktyczne”. Otóż to! W tej dziedzinie „praktycznej” – nad świeżą mogiłą patriarchy Atenagorasa I, wspominając jego najgorętsze umiłowanie jedynego niepodzielonego Kościoła i jego niezmordowany trud dla realizacji tej sprawy — przyznać trzeba istnienie jakiejś pustki. Ale nie z powodu jego śmierci. Ta pustka była jeszcze za jego życia. Bo ta pustka jest w nas. Atenagoras I współtworzył i zostawił po sobie jakąś pełnię, powód do wielkiego wewnętrznego wesela i drogę otwartą do nowego życia. Pustka jest w nas. Norwid mógłby ją wskazać palcem i nazwać po imieniu:

Nie trzeba się kłaniać okolicznościom
a prawdom – kazać, by za drzwiami słały.

A my właśnie to robimy. „Prawdy” stoją za drzwiami, a różne „sprawy praktyczne” i „okoliczności” za wiele decydują i za wszechwładnie kierują naszym postępowaniem. Dlatego jeszcze wciąż każemy „mieszanej” parze małżeńskiej (jedna strona katolicka, a druga prawosławna) stawać przy ołtarzu najpierw w „kościele”, a potem w „cerkwi”, albo na odwrót; dlatego wciąż jeszcze, udzieliwszy dziecięciu chrztu świętego, „sakramentu jedności Kościoła” – rozdzieramy tę jedność po różnych kancelariach.

Prawda, w jakiej ponownie stanęliśmy po 7 grudnia 1965 r., wymaga od nas konsekwencji, odważnego wyznawstwa, trudu, a nawet cierpienia i gotowości do męczeństwa za nią. Taka jest prawda o tej Prawdzie, w jaką nas wprowadziła inicjatywa Atenagorasa I.

Więc – „pustka” jest w nas!
Kto ją wypełni? Kiedy?

Jak długo jeszcze będziemy wysławiać i zachwalać wzajemnie różne piękności i wspaniałości wschodnie czy zachodnie, a nadal trwać w podziałach ze względu na „sprawy praktyczne”, wbrew Prawdzie żywej? Są konsekwentni i odważni zwykli wierni, księża i biskupi, którzy to tu, to ówdzie już chwytają za łopatę, aby zasypywać ślady grzesznych podziałów – a natchnienie i siły czerpią z wiary żywej Janów, Atenagorasów i Pawłów, z wiary Świętego Kościoła Powszechnego.

Więc niech nad świeżą mogiłą patriarchy Atenagorasa I w Stambule i aż do otwartych bram niebieskich, w które wszedł, jak ufamy, jego duch spracowany – idą z naszej ziemi polskiej i z różnych stron świata wieści o tym, że w świątyniach z prostym krzyżem łacińskim na wieżach czy z krzyżem przekreślonym po bizantyjsku – gromadzą się wierni z całą swobodą, modląc się i śpiewając, jak im się podoba, słuchając tej samej Ewangelii i przyjmując te same sakramenty według swoich zwyczajów; niech od nas idą wieści o tym, że w naradach duszpasterskich uczestniczy niższe i wyższe duchowieństwo oraz ludzie świeccy różnych obrządków liturgicznych, wschodnich i zachodnich, a wszystkie wydawane zalecenia i przepisy zawsze sprowadzają się do jednego: abyśmy naprawdę wszyscy, wzajemnie, naprawdę się miłowali w jednym niepodzielonym i niepodzielnym Kościele Ludu Bożego.

Przed 34 laty w ogromnej wsi M. dziewięciuset współwłaścicieli centralnego placu – zanim się zdecydowali oddać ten plac pod budowę niewielkiego katolickiego kościółka tuż obok ich wielkiej cerkwi – prosiło o wyjaśnienie im pewnej wątpliwości: „Was katolików jest tu tak mało, a nasza cerkiew – wielka. Przecież zmieściłoby się w niej i waszych kilkanaście rodzin. Dlaczego chcecie budować dla siebie osobny Kościół?”. Obecny na zebraniu ksiądz katolicki odpowiedział: „Chętnie weszlibyśmy do waszej cerkwi z naszymi nabożeństwami. Ale czy wasz archirej pozwoliłby na to wam i nam? Dobrze wiecie, że nie. Ale gdy stanie nasz maleńki kościółek, gdy zobaczycie, jak się modlimy, jak rozważamy Ewangelię i jak tu obok was żyjemy i pracujemy, gdy się wzajemnie poznamy i zrozumiemy, że wszyscy kochamy tego samego Chrystusa – to już nam i archirej będzie musiał pozwolić, byśmy zbierali się razem czy w waszej wielkiej cerkwi, czy w naszym małym kościółku, bo wszyscy będziemy się czuli jednym żywym Kościołem jednego Boga i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa”. Mieszkańcy M. zrozumieli to dobrze. Plac ofiarowali i nawet przy budowie kościółka pomagali.

Przyszła i przeszła wojna. Polała się krew. Dziś tam w M. nie ma ani śladu z kościółka. Cerkiew stoi i nie bywa pusta. Kto tam tym ludziom powie, że już nadszedł czas przez nich przeczuwany i upragniony przez nas? Nowego kościoła łacińskiego my, katolicy, już w M. nie będziemy budować. Patriarcha ekumeniczny Atenagoras I otworzył nam drzwi do tamtejszej cerkwi, do każdej cerkwi; a Paweł VI wszystkim prawosławnym otworzył drzwi do każdego kościoła rzymskokatolickiego. A obaj wprowadzili nas na nowo do Świętego Kościoła Powszechnego.

Tych pootwieranych drzwi już nikt przed nami nie zamknie!

A „opoka Piotrowa”, na której Chrystus buduje swój Kościół, coraz bardziej daje się poznać światu nie jako samotna niebotyczna iglica skalista, na której zaledwie jeden człowiek oprzeć może swe stopy, ale jako miejsce przestronne, na którym wszyscy, których „Duch Święty postawił, aby rządzili Kościół Boży”, schodzą się razem w prawdzie i miłości jak znaki widzialne jednego niepodzielnego Ciała Chrystusowego.

Bądźmyż dobrymi robotnikami na tych wielkich obszarach pól, czekających na orkę i na siew, lub tych, co już dojrzały do żniwa.

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Więź”, nr 9/1972.