Pokrzepiwszy umiejętnie serca słuchaczy apologetyczną wersją polskiej historii, Donald Trump powiedział kilka rzeczy naprawdę istotnych.

– Donald Trump zachowuje się jak komiwojażer zachwalający zachwyconym tubylcom perkaliki i szklane paciorki – powiedział w TVN24 Marek Migalski jeszcze przed wystąpieniem amerykańskiego prezydenta na placu Krasińskich.

Najwspanialszy sojusz w historii

Właściwie po konferencji prasowej i słowach skierowanych do przywódców państw Trójmorza trudno było się z taką oceną nie zgodzić. Rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że amerykański prezydent przyjechał wyłącznie po to, by z Polską i regionem pohandlować. Sprzedać (jak najdrożej i jak najwięcej) gaz oraz („najlepsze na świecie”) rakiety „Patriot”. Do przedstawienia takiej oferty miał „upoważnienie”. Do potwierdzenia gwarancji stałej (jak chcielibyśmy) czy rotacyjnej, lecz ciągłej (jak to ma miejsce obecnie) obecności amerykańskich żołnierzy na wschodniej flance NATO – już nie.

Słowa o NATO to zmiana postawy Trumpa wobec idei globalnego przywództwa USA

I aż do połowy przemówienia na placu wydawało się, że tak już zostanie i będziemy mieli wszyscy poczucie niesmaku. Także rządzący, choć oni będą musieli mówić wyłącznie o historycznym sukcesie. Reszcie pozostanie na pocieszenie fakt, że amerykański przywódca nie zapomniał o Lechu Wałęsie. Potem jednak Donald Trump – pokrzepiwszy serca warszawiaków apologetyczną wersją polskiej historii (doprawdy powinna trafić w całości do nowej podstawy programowej) – zmienił ton. I powiedział kilka rzeczy naprawdę istotnych.

Po pierwsze, mówił o Sojuszu Północnoatlantyckim i kolektywnej obronie. Przywołanie artykułu piątego Traktatu Waszyngtońskiego i potwierdzenie jego kluczowego znaczenia dla, jak się wyraził, „najwspanialszego sojuszu w historii” – to nie tylko zasadnicza zmiana retoryki. To także zmiana postawy Trumpa wobec idei globalnego przywództwa Stanów Zjednoczonych. Wystarczy przypomnieć, że w trakcie kampanii prezydenckiej Trumpowi zdarzało się mówić, że NATO jest już niepotrzebne i należy je rozwiązać.

W tym kontekście sojuszniczego trwania „ramię przy ramieniu” brak osobnych amerykańskich gwarancji dla Polski można rozumieć inaczej – jako niechęć do tworzenia bilateralnych porozumień poza Sojuszem (choć oczywiście także niechęć do przyjmowania niekorzystnych biznesowo zobowiązań). Przy okazji Trump „wytłumaczył się” z obcesowych żądań, by europejscy członkowie NATO zwiększyli wydatki na obronę. W końcu „wypełnianie zobowiązań” brzmi znacznie lepiej niż „płaćcie za bezpieczeństwo” z kampanii. Mówił już o tym prezydent Barack Obama, znacznie bardziej dyplomatycznie – i znacznie mniej skutecznie, niestety.

Po drugie, Trump powiedział ważne rzeczy o – opartej na wartościach – wspólnocie zachodniej cywilizacji. I nie mógł wśród tych wartości nie wymienić rządów prawa, wolności słowa i wolności obywatelskich – nawet jeśli sam do tych dwóch pierwszych wartości nie jest szczególnie przywiązany i znacznie bliższe są mu rodzina i wiara w Boga. Nie mógł ich nie wymienić, ponieważ, jak każdy „prawdziwy Amerykanin” – co zresztą podkreśliła Melania Trump – głęboko wierzy w prawo każdego człowieka do wolności.

Trump traktuje Trójmorze jako wzmocnienie całej Europy

Po trzecie, prezydent USA mówił o konieczności jedności Zachodu i współpracy transatlantyckiej. Wbrew temu, czego się w Europie obawiano – a czego chyba niektórzy eurosceptyczni politycy i eksperci oczekiwali – dobitnie podkreślił, że traktuje Trójmorze jako projekt wyłącznie gospodarczy i infrastrukturalny, którego sukces wzmocni całą Europę. Żadnego wezwania do kolejnych exitów nie było.

Po czwarte wreszcie – istotne było to, co Donald Trump powiedział o Rosji: otwarte potępienie jej działań w Syrii i na Ukrainie oraz równie otwarte zaproszenie do współpracy i dialogu. Bo bez Rosji nie da się rozwiązać żadnego z najważniejszych globalnych wyzwań i zagrożeń, tym bardziej jeśli ona sama stanie się takim zagrożeniem.

Rachunek będzie niższy

Oczywiście były też w wystąpieniu Trumpa wątki wywołujące co najmniej zdziwienie, jak choćby ten o wojnie cywilizacji. I, rzecz jasna, trumpowska retoryka (pompatyczna i momentami właściwie rasistowska) często razi. Ale mogło znacznie gorzej. W zamian za bałwochwalcze show mogliśmy dostać wyłącznie rachunki do zapłacenia. Za gaz, za „Patrioty” – i ten najwyższy: za otwarte rozbijanie europejskiej wspólnoty. Politycy PiS robią to i tak, ale może rachunek będzie niższy.

Słusznie powiedziała jedna z komentatorek CNN, telewizji niechętnej Trumpowi i bardzo przez niego nielubianej, że prezydent po raz pierwszy stwierdził tak wyraźnie, że America first nie znaczy America alone („Po pierwsze Ameryka” nie znaczy „Tylko Ameryka”). I dobrze, że zrobił to w Polsce.

Co nam jeszcze po tej wizycie zostanie?

Zdumiewający kilkudniowy spektakl polityków Platformy Obywatelskiej, zastanawiających się, czy przyjąć zaproszenie amerykańskiego ambasadora. Tak jakby zaproszenie od prezydenta Dudy, którego nie cenią i nie szanują, miało być dla nich ważniejsze… I jakby nie rozumieli, że gospodarzem wydarzenia na placu Krasińskich Amerykanie zostali po to tylko, by nie stało się ono świętem wyłącznie Prawa i Sprawiedliwości. A przede wszystkim, jakby opozycja nie miała naprawdę ważnych problemów do rozwiązania.

Pozostaną w pamięci krzyki, buczenie i gwizdy zwolenników PiS na widok Lecha Wałęsy i polityków opozycji, wzmocnione jeszcze, gdy Wałęsę witał Trump. W tej jednej chwili polscy słuchacze Trumpa nie kochali.

I jeszcze najdziwniejszy ze wszystkich obrazek: Ivanka Trump, ortodoksyjna Żydówka, składająca kwiaty przed pomnikiem Bohaterów Getta… w sukience na ramiączkach.