Zmiana na stanowisku prefekta watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary może być powodem do bicia na alarm wyłącznie przy wysokiej podejrzliwości wobec wszystkiego, co zrobi papież.

Jeszcze nie ogłoszono decyzji papieża w sprawie zmiany na stanowisku prefekta watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary ani nie było znane nazwisko następcy kard. Gerharda Ludwiga Müllera – a już tradycjonalistyczne portale (włoski i amerykański) przedstawiły oczywistą dla siebie interpretację tej decyzji.

Oto jakoby papież liberał odwołuje konserwatywnego strażnika ortodoksji po to, żeby dalej rozmiękczać doktrynę Kościoła. Interpretacja ta szybko się rozprzestrzeniła w różnych wersjach. Uważam ją za bezpodstawną. Rzecz jasna, nieprzedłużenie kadencji młodszemu, 69-letniemu  kardynałowi, aby powołać w jego miejsce starszego, 73-letniego arcybiskupa, jest decyzją nietypową, ale można ją dobrze zrozumieć bez sensacyjnego i alarmistycznego tonu.

Mistrzowie podejrzeń i tak wiedzieliby lepiej

Nie dziwię się zatem tym, którzy zadają pytania o znaczenie tej decyzji personalnej. Uważam jednak, że nie ma podstaw, aby ta zmiana była powodem do niepokoju o Kościół – chyba że ktoś wychodzi z założenia, iż problemy z prawowiernością ma sam papież, więc musi on być pilnowany przez niezłomnego strażnika ortodoksji, którym jakoby miał być niemiecki kardynał, broniący Franciszka przed zbyt silnym uleganiem wpływom innych, liberalnych niemieckich teologów i hierarchów.

Rzecz jasna, nie należy się spodziewać, aby oficjalnie podano powody decyzji papieża. Zresztą nawet gdyby je przedstawiono, to mistrzowie podejrzeń i tak wiedzieliby lepiej. Można więc poszukać własnej interpretacji zdarzeń.

Benedykt XVI chwali Franciszka za nowy powiew w Kościele. Czemu więc ich sobie przeciwstawiać?

Przede wszystkim trzeba przypomnieć, że trudno traktować Franciszka jako wroga Müllera. Papież raz już bowiem potwierdził go na stanowisku prefekta KNW – i to w sposób uprzywilejowany. Po konklawe wszystkie osoby kierujące watykańskimi dykasteriami składają na ręce nowego papieża rezygnacje ze swoich funkcji, aby pozwolić mu na swobodne kształtowanie personalne Kurii Rzymskiej. Jej celem jest bowiem służyć papieżowi, a nie odwrotnie.

Co ciekawe, Franciszek potwierdził większość kurialnych kierowników na stanowiskach, w tym Müllera – i to jako pierwszego (zresztą wraz z hiszpańskim sekretarzem, który obecnie został jego następcą). Kilka miesięcy później papież mianował prefekta KNW kardynałem. Powierzał mu rozmaite delikatne misje. O co więc może chodzić?

Zderzenie osobowości

Nie wykluczałbym, że na pierwszy plan mogą się wysuwać kwestie osobowościowe. Poznałem ks. prof. Müllera podczas Synodu Biskupów w 2001 roku, kiedy był ekspertem teologicznym. Miałem okazję obserwować go z bliska w małej grupie roboczej. Był człowiekiem mocno przekonanym o słuszności swego sposobu myślenia. Jego cechą osobowościową, która najbardziej rzucała się w oczy, była wyraźna sztywność.

Cztery lata później, gdy ponownie byłem świeckim audytorem Synodu, on był już jednym z ojców synodalnych – jako biskup Ratyzbony. Przy każdym kolejnym osobistym spotkaniu (aż po to znaczące, w Pałacu Prezydenckim w czerwcu 2014 r., gdy prefekt KNW uczestniczył na zaproszenie Bronisława Komorowskiego w konferencji „Osoba i czyn w państwie demokratycznym i prawnym – Wolność i odpowiedzialność”, którą prowadziłem) wyraźnie zauważalna była wspomniana sztywność.

Rzucającą się w oczy cechą osobowościową kard. Müllera była wyraźna sztywność

Jego sposób bycia mógł więc stanowić pewien kłopot dla papieża, który cechuje się otwartością wobec ludzi i stara się widzieć przede wszystkim grzesznika, a dopiero potem grzech – i tego samego oczekuje od najbliższych współpracowników. A w tym przypadku, nieco stereotypowo myśląc, niemiecka solidność i oficjalność zderzały się z latynoską otwartością i serdecznością.

Dobrym przykładem mało pastoralnego stylu kard. Müllera może być obcesowa uwaga rzucona przez prefekta KNW podczas jednego z niedawnych wywiadów w odpowiedzi na pytanie o możliwość udzielania komunii świętej osobom rozwiedzionym żyjącym w powtórnych związkach małżeńskich: „Nie akceptujemy poligamii”. Za poligamię uznał on bowiem sytuację mężczyzny, który ma jedną żonę sakramentalną, a drugą cywilną. Duszpasterską życzliwością wobec grzesznika słowa te raczej nie grzeszą…

Marie Collins miała rację

Widzę też drugi istotny powód, dla którego papież mógł uznać misję kardynała Müllera w Kongregacji Nauki Wiary za zakończoną. Chodzi o trudną współpracę między KNW (odpowiedzialną za badanie przypadków pedofilii wśród duchownych) a nową Papieską Komisją ds. Ochrony Małoletnich. O nikłym entuzjazmie urzędników Kongregacji wobec postulatów Komisji mówiła ostatnio wiele Irlandka Marie Collins. Sama była ona ponad 50 lat temu wykorzystana seksualnie przez księdza. W 2014 r. Franciszek powołał ją do grona Papieskiej Komisji ds. Ochrony Małoletnich, gdzie zaangażowała się zwłaszcza w edukację, m.in. w kursy dla nowomianowanych biskupów.

Gdy przed czterema miesiącami Marie Collins zrezygnowała z członkostwa w Komisji, jako powód swojej decyzji podała trudności we współpracy pomiędzy Komisją a niektórymi dykasteriami watykańskimi. W wywiadach doprecyzowała, że chodzi zwłaszcza o „opór” wewnątrz Kongregacji Nauki Wiary. W marcu 2017 r. kard. Müller publicznie odpierał te zarzuty, po czym Collins nadal je podtrzymywała, szczegółowo uzasadniając swoje stanowisko.

Jedną z głównych kwestii spornych była wtedy kwestia odpowiadania na listy ofiar kierowane do Watykanu. Papieska Komisja ds. Ochrony Małoletnich stanowczo zalecała, aby na wszystkie listy kierowane do Kurii Rzymskiej nadawcy otrzymywali z Watykanu odpowiedź. KNW postępowała jednak inaczej. Kard. Müller wyjaśniał, że listy takie kierowano do poszczególnych diecezji czy zakonów – i bronił tej decyzji, twierdząc, że inny sposób postępowania podważałby autonomię diecezji w życiu Kościoła.

Jak głosił marcowy watykański komunikat, papież „przyjął rezygnację pani Collins, wyrażając głębokie uznanie za jej pracę na rzecz ofiar nadużyć, jakich dopuścili się niektórzy duchowni”. Później, 13 maja br., podczas konferencji prasowej w samolocie, wracając z Fatimy, papież wyraził się, że Marie Collins „miała rację w pewnych sprawach”, bo w Watykanie (czytaj: w Kongregacji Nauki Wiary, która tym się zajmuje) jest w tych sprawach „za dużo opóźnień”.

Ten świeży spór mógł istotnie zaważyć (być może nawet w sposób decydujący) na papieskiej decyzji, jeśli Franciszek uznał, że to dotychczasowy prefekt KNW odpowiada za powstanie wspomnianych opóźnień.

Co wolno kurialiście

Warto też pamiętać o przygotowywanej przez papieża reformie Kurii Rzymskiej. Jej kierunek ma zmierzać ku zmniejszeniu znaczenia tej instytucji. Franciszek nie chce, by Kuria była postrzegana jako centralny urząd sterujący Kościołem. Jego model zarządzania Kościołem kładzie akcent na zwiększenie kolegialności i pomocniczości, czyli po świecku mówiąc – decentralizację. Niejednokrotnie papież mówił wprost o pokusach czyhających na watykańskich kurialistów.

W Kongregacji Nauki Wiary istniały opóźnienia w kwestiach pedofilii duchownych

W pierwszym wywiadzie po odejściu z funkcji kard. Müller powiedział, że papież poinformował go, iż pragnie generalnie ograniczyć czas pełnienia urzędów w Kurii Rzymskiej do pięciu lat, „a ja byłem pierwszym, którego ta zasada objęła”. Do tej pory pięcioletnie kadencje były przestrzegane raczej jedynie formalnie, tzn. zwyczajowo po upływie danego okresu przedłużało się zainteresowanemu kadencję na kolejny okres. Wprowadzenie wyraźnej zasady kadencyjności byłoby krokiem podkreślającym służebny charakter Kurii i podcinającym korzenie największej choroby tej instytucji, czyli karierowiczostwa.

Styl publicznego sprawowania urzędu przez niemieckiego kardynała był odmienny od tej Franciszkowej wizji. Wyraźnie chciał on być rozpoznawalny dla opinii publicznej. Ochoczo udzielał mediom licznych wywiadów, w których mało czytelne stawało się rozróżnienie między jego osobistymi przekonaniami a stanowiskiem urzędowym. Müller był zresztą najchętniej udzielającym wywiadów prefektem KNW za mojej pamięci. Jego bezpośredni poprzednik, Amerykanin kard. William Joseph Levada, wolał pracować w ciszy i unikał medialnego rozgłosu. Wcześniej tej kongregacji przewodniczył zaś kard. Joseph Ratzinger, który wywiadów udzielał rzadko (i zawsze były one niezwykle ważne), ale precyzyjnie dobierał słowa i jasne było, czy wypowiada się w imieniu własnym czy także papieża Jana Pawła II.

Różnice, ale…

Jako powód zmiany na stanowisku prefekta KNW zazwyczaj podaje się teologiczne różnice między Müllerem a papieżem. Owszem, takie różnice były, nie widzę ich jednak tak ostro jak wielu krytyków Franciszka. Są to różnice mieszczące się w szerokich granicach katolickiej ortodoksji (np. papież zachęcał lokalne konferencje episkopatów do przygotowywania własnych wskazówek w oparciu o adhortację Amoris laetitia, a prefekt KNW takie dokumenty publicznie krytykował).

Trzeba jednak przypomnieć, że Müller dziwił się czterem konserwatywnym kardynałom, którzy opublikowali swój list do papieża wzywający go do tablicy w kwestii rzekomej nieprawomyślności Amoris laetitia. Uznał ich krok za szkodliwy dla Kościoła, gdyż – jak mówił – nie ma takiego zagrożenia dla wiary, jakiego istnienie sugerują czterej purpuraci. Za nieodpowiedzialne uznał zwłaszcza jakiekolwiek zapowiedzi „braterskiej korekty” nauczania papieża.

Nowy prefekt Kongregacji Nauki Wiary bynajmniej nie jest jakimś progresistą

Mało tego, trzeba pamiętać, że dotychczasowy prefekt KNW jest jednym ze (jeśli nie współautorów, to przynajmniej) współsygnatariuszy raportu, który umożliwił podczas obrad Synodu Biskupów znalezienie silnej większości w najtrudniejszej kwestii Komunii świętej dla osób rozwiedzionych żyjących w powtórnych związkach małżeńskich – i tym samym otworzył drogę dla adhortacji Amoris laetitia. Chodzi tu o zasadę odwołania do „forum wewnętrznego”, czyli rozmowy duchowej z duszpasterzem, która została podczas synodu zaproponowana przez niemieckojęzyczną grupę roboczą. Ważne jednak, że biskupi języka niemieckiego przyjęli to sformułowanie jednomyślnie – czyli uznał je za odpowiednie także kard. Gerhard Müller. Pisałem o tym w „Więzi”: „Skoro tak, to można mieć pewność, że rozwiązanie takie jest zgodne z kościelną Tradycją (która rzeczywiście zawsze uwzględniała «miejsce dla sumienia», tyle że bardziej w teorii niż w praktyce)”.

W tej najbardziej drażliwej kwestii adhortacja Amoris laetitia idzie właśnie za opinią Synodu Biskupów. Wymaganą większością głosów, głosując punkt po punkcie, przyjęto wtedy relację końcową z obrad synodu. W punkcie 86, stosunkiem głosów 190:64, ojcowie synodalni zaakceptowali sformułowanie: „Proces towarzyszenia i rozeznania kieruje tych wiernych do uświadomienia sobie swojej sytuacji przed Bogiem. Rozmowa z księdzem, na forum wewnętrznym, przyczynia się do tworzenia prawidłowej oceny tego, co utrudnia możliwość pełniejszego uczestnictwa w życiu Kościoła oraz kroków mogących jemu sprzyjać i je rozwijać. Biorąc pod uwagę, że w samym prawie nie ma stopniowalności (por. Familiaris consortio, 34), to rozeznanie nigdy nie może obyć się bez wymagań ewangelicznej prawdy i miłości proponowanej przez Kościół”. Za odwołaniem do „forum wewnętrznego” głosowało zatem trzy czwarte biskupów.

Trzeba też pamiętać o zaangażowaniu Müllera jako teologa na rzecz teologii wyzwolenia, a zwłaszcza jego współpracy z peruwiańskim twórcą tego nurtu teologicznego, dominikaninem Gustavo Gutiérrezem. Fakt ten czyni Müllera mniej ratzingerowskim niż się powszechnie uważa, choć jego fascynacja myślą obecnego papieża emeryta jest oczywista, poczynając od wyboru własnego biskupiego zawołania Dominus Iesus. Swoją drogą, sam Benedykt XVI jest mniej (w potocznym, uproszczonym sensie) ratzingerowski niż się powszechnie uważa – zob. mój artykuł „Zrozumieć nowość” o jego spojrzeniu na przemiany II Soboru Watykańskiego.

Tajemnicze zwolnienie

Znany jest jeszcze jeden powód napięcia między papieżem a kard. Müllerem. Wiadomo, że prefekt KNW poczuł się dotknięty żądaniem papieża przedstawionym pod koniec grudnia 2016 r., aby zwolnił trzech pracowników Kongregacji. Prefekt długo zwlekał z realizacją tego polecenia. We wczorajszym wywiadzie dla mogunckiej „Allgemeine Zeitung” Müller wraca do tej sprawy, narzekając, że byli to ludzie bardzo kompetentni.

Niewiele jednak więcej wiadomo o tej sprawie, nie są znane nazwiska zwolnionych duchownych ani powody papieskiej decyzji. Nie chcę więc tu snuć hipotez, które sięgać mogą od spraw doktrynalnych przez kwestie, o których mówiła Mari Collins, aż po sprawy obyczajowe. Interpretacyjny kłopot sprawia też fakt, że o tej sprawie piszą jedynie watykaniści związani z tradycjonalistycznym nurtem Kościoła, którzy w tego typu sprawach są zazwyczaj świadomie stronniczy.

Nominacja w duchu ciągłości

Wszelkie podejrzenia, że papieżowi chodzić mogło o usunięcie przeszkody (w osobie kard. Müllera) utrudniającej dalsze rozmywanie nauczania Kościoła, stają się całkowicie bezpodstawne, gdy przyjrzeć się, komu Franciszek powierzył sprawowanie tej funkcji.

Luis Francisco Ladaria Ferrer (ur. 1944) to hiszpański jezuita, bardziej znany w kręgach zakonnych i teologicznych niż szerszej opinii publicznej. Zrobił licencjat z prawa na Uniwersytecie Madryckim, po czym wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Studiował filozofię na Papieskim Uniwersytecie Comillas w Madrycie i teologię na Wydziale Sankt Georgen we Frankfurcie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1973 r. Doktorat z teologii uzyskał na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie w 1975 r. Do 1984 r. był profesorem teologii dogmatycznej na Wydziale Teologii Papieskiego Uniwersytetu Comillas w Madrycie. Od 1979 r. wykładał jako visiting professor na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, a od 1984 r. jako profesor zwyczajny na Wydziale Teologicznym tegoż uniwersytetu. W latach 1986–1994 był wicerektorem Uniwersytetu Gregoriańskiego.

Równocześnie już w 1992 r., czyli w połowie pontyfikatu Jana Pawła II, został członkiem watykańskiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Od 1995 r. był konsultorem Kongregacji Nauki Wiary. W 2004 r. został sekretarzem generalnym Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Koordynował prace m.in. nad dokumentem MKT z 2007 r. o nadziei zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu. 9 lipca 2008 r. Benedykt XVI mianował go sekretarzem Kongregacji Nauki Wiary i arcybiskupem tytularnym. W KNW był najbliższym współpracownikiem kard. Müllera, de facto jego zastępcą.

Nie ma więc mowy o żadnym progresiście czy liberalnym spadochroniarzu, który miałby wraz z papieżem rozmiękczać doktrynę Kościoła. Można by wręcz powiedzieć, że jest to nominacja typowa dla troski o zachowanie personalnej i doktrynalnej ciągłości – przez Franciszka zostaje doceniony człowiek, którego do struktur watykańskich i pracy w Kurii Rzymskiej zapraszali Jan Paweł II i Benedykt XVI. Ratzinger zna go z pewnością bardzo dobrze.

Uczciwy człowiek, wybitny teolog

Za bardzo dobrą wiadomość uznał powołanie Ladarii o. Wojciech Ziółek SJ, były prowincjał, dodając, że jest to „jezuita wielkiej wiary i wierności”. Moi znajomi jezuici mówią, że abp Ladaria Ferrer to dobry i ceniony wykładowca, a jako człowiek jest przede wszystkim dyskretny i małomówny. Trudno się było od niego dowiedzieć czegokolwiek o jego watykańskich działaniach.

Co ciekawe, nowy prefekt KNW jest mistrzem teologicznym Dariusza Kowalczyka SJ, obecnie dziekana Wydziału Teologicznego na Gregorianum i wziętego konserwatywnego publicysty. Ladaria był promotorem doktoratu Kowalczyka w roku 1999. Dziś polski teolog wystawił nowemu prefektowi KNW na Twitterze następującą opinię: „uczciwy, dobry człowiek, wybitny teolog czujący Ewangelię, Tradycję i Magisterium Nauczania Kościoła”.

Nowy prefekt lepiej pasuje do Franciszkowej wizji zreformowanej Kurii Rzymskiej

Abp Ladaria w październiku 2010 r. otrzymał doktorat honoris causa Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie. Z tej okazji wykład o jego antropologii teologicznej wygłosił ks. prof. Krzysztof Góźdź („Wprowadzenie do antropologii teologicznej” to jedyna książka obecnego prefekta KNW wydana po polsku). Ks. Góźdź – dzisiejszy członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej i redaktor edycji polskiej dzieł Josepha Ratzingera – określił wizję abp. Ladarii jako Chrysto-antropologię. Jego zdaniem, „przez te oryginalne i twórcze budowanie antropologii teologicznej, opartej na wielkiej tradycji patrystycznej, a także pisanej w duchu systemu tomistycznego i personalistycznego, i w duchu nauczania II Soboru Watykańskiego – abp Ladaria wytycza kierunki na przyszłość tej dyscypliny i całej teologii”.

Wszystkie te informacje nijak nie pasują do propagandowego przekazu interpretującego decyzję papieża o zmianie na stanowisku prefekta KNW. Okazuje się, że zideologizowani komentatorzy usiłowali znaleźć kolejny bat na nielubianego przez siebie Franciszka. Inna bowiem możliwość jest chyba tylko taka, że mianując wyważonego Ladarię, papież jak prawdziwy „chytry jezuita” chce wszystkich wykiwać, doprowadzić do „jezuityzacji” Watykanu i jednak „na siłę” wprowadzić swoje rewolucyjne zmiany – tyle że przyjmując takie założenia, cokolwiek ten papież zrobi, będzie podejrzane.

Mam wrażenie, że abp Ladaria Ferrer przede wszystkim lepiej pasuje do Franciszkowej wizji zreformowanej Kurii Rzymskiej. Rzadko dotychczas pojawiał się publicznie, prawie nie udzielał wywiadów. Zapewne trochę to się zmieni, ale człowiek uznawany za przede wszystkim dyskretnego raczej się już głęboko pod tym względem nie zreformuje. A jego wiek i spodziewane wprowadzenie kadencyjności sprawiają, że za kolejne pięć lat (albo i wcześniej, gdyby niezbędne było nowe konklawe) szukanie następcy nie będzie żadną sensacją, lecz czynnością naturalną.

Na przekór rewolucyjnym interpretacjom zmiany na stanowisku prefekta KNW przemawia jeszcze jeden argument. Otóż gdyby rzeczywiście u podłoża konfliktu leżały napięcia doktrynalne, a nie personalne, pewne byłoby, że uwolniony od swoich watykańskich obowiązków kard. Müller stanie się nowym surowym publicznym krytykiem Franciszka i tym samym narzędziem rozłamów. Na to wyraźnie liczą zresztą ci wszyscy, którzy od pierwszej chwili przedstawiają papieską decyzję jako prześladowanie odmiennej opcji teologicznej czy cenzurę w Watykanie. Wyraźnie jednak takim scenariuszem papież postanowił się nie przejmować, zapewne uznając go za mało prawdopodobny w przypadku tego niemieckiego kardynała.

Benedykt chwali Franciszka

Może zatem pora, żeby rodzimi i zagraniczni Franciszkosceptycy przestali oglądać go w swoim krzywym zwierciadle, a dostrzegli jego prawdziwe oblicze? Dla nich najczęściej autorytetem jest Benedykt XVI. A on w książce „Ostatnie rozmowy” mówi, że zaraz po wyborze kard. Bergoglia przeskoczyła między nim a nowym papieżem „iskra porozumienia”. Benedykt chwali Franciszka m.in. za „bezpośredni kontakt z otoczeniem”; za to, że jest „także papieżem refleksji”, „człowiekiem namysłu, duchowo podchodzącym do wyzwań obecnego czasu”; za „odwagę, z jaką porusza problemy i szuka rozwiązań”; za jego sposób bycia.

Ta część wywiadu rzeki Petera Seewalda z papieżem emerytem kończy się następującym podsumowaniem pontyfikatu Franciszka przez Benedykta XVI: „Nowy powiew w Kościele, nowa radość, nowy charyzmat przemawiający do ludzi – to wszystko cieszy”.

Szkoda, że jakoś nie wszystkich jednak cieszy ten nowy powiew w Kościele…