Ksiądz Józef Ratzinger pisał, że neopogaństwo rodzi się w sercu Kościoła. To prawda. Bo ono się rodzi w sercu każdego z nas.

„Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto miłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” – mówi dzisiaj Jezus. W wersji zapisanej przez św. Łukasza brzmi to jeszcze bardziej stanowczo: „Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26). Kochać bardziej lub mniej ze względu na Jezusa, to jeszcze wydaje się nam do przyjęcia, ale nienawidzić – to wywołuje w nas oburzenie i protest.

Aby dobrze zrozumieć dzisiejszą Ewangelię, trzeba wziąć pod uwagę semicką retorykę, czyli żydowski sposób wyrażania myśli. Retoryka ta – między innymi oczywiście – charakteryzuje się skłonnością do przesady oraz zamiłowaniem do opozycji i przeciwstawieństw. Dlatego tak często w Jezusowych wypowiedziach pojawiają się takie właśnie zestawienia: życie i śmieć, błogosławieństwo i przekleństwo (błogosławienie i biadanie), panny mądre i głupie, droga wąska i szeroka, miłość i nienawiść, zachować i stracić – by przestać tylko na tych przykładach.

Dokonywane w ten sposób zestawianie ze sobą skrajności czy wykluczających się postaw ma wzmocnić kategoryczność wyboru. W postępowaniu za Jezusem nie ma stanów pośrednich. Jest za to opowiedzenie się za albo przeciw. Jest wezwanie, by kierować się pewnym fundamentalnym wyborem, który ma się wciąż ponawiać i realizować w kolejnych – małych, codziennych wyborach, jak to genialnie wyraził niegdyś Jerzy Liebert w dobrze znanym wierszu „Jeździec”: „Uczyniwszy na wieki wybór, / W każdej chwili wybierać muszę”. Ten, kto chce iść za Nim, musi dokonać wyboru.

W roku 1958 młody, 31-letni ksiądz Józef Ratzinger, świeżo mianowany profesor na uniwersytecie w Bonn, opublikował artykuł zatytułowany „Neopoganie i Kościół”. Ten artykuł wywołał wówczas bardzo duże zamieszanie. Jak stwierdził sam Ratzinger, reakcje były „ogólnie bardzo negatywne”. Co takiego bulwersującego napisał Ratzinger? Otóż postawił on bardzo śmiałą jak na tamte lata – i na dzisiaj też – diagnozę. Pisał, że „mamy do czynienia z pogaństwem w Kościele oraz z Kościołem, w którego sercu krzewi się pogaństwo”.

To rzeczywiście śmiała teza. Żeby wyjaśnić, co ma na myśli, mówiąc o neopogaństwie, Ratzinger wraca do początków chrześcijaństwa, „kiedy to doszło do powstania Kościoła z pogan, którzy stali się chrześcijanami”. Pierwotnie Kościół „zasadzał się na fundamencie duchowej decyzji jednostki wybierającej wiarę, na akcie nawrócenia”. Rodzący się w ten sposób Kościół „pozostawał wspólnotą przekonanych, osób, które wzięły na siebie określoną duchową decyzję i tym odróżniali się od innych, którzy z jej podjęcia zrezygnowali”. Co się później wydarzyło z Kościołem? Radykalna zmiana nastąpiła w średniowieczu. Ratzinger pisze, że w tym okresie „Kościół i świat stały się tożsame”. Przynależność do Kościoła przestała być skutkiem osobistego wyboru, „bycie chrześcijaninem przestało być właściwie własnym stanowiskiem”, a w stało się „raczej polityczno-kulturową wytyczną”.

W ten sposób członkami Kościoła stali się także ci, którzy – owszem – zostali ochrzczeni, ale nigdy nie dokonali osobistego wyboru, faktycznie nigdy nie uwierzyli, a byli częścią Kościoła z tradycji, układu politycznego, z powodu dominującej kultury. Z mamy i z taty, ale nie z siebie. W pewnym sensie bycie chrześcijaninem było czymś naturalnym i oczywistym. Jaka ma być przyszłość Kościoła? Sam Ratzinger stawia pytanie, „czy ponownie nie należałoby przekształcić Kościoła w mniejszą wspólnotę żyjących jednym przekonaniem”? Tak więc – jak sugeruje późniejszy papież Bendykt XVI – od formalnej przynależności wynikającej z chrztu należy przejść do osobistego wyboru, świadomej przynależności, indywidualnej decyzji wiary.

I tutaj muszę zrobić nawias. Przygotowywałem to kazanie zanim pojawił się dym, a potem płomienie na wieży katedry gorzowskiej, zaczym ogarnął ją pożar. Wczoraj, w trakcie transmisji na żywo, bp Tadeusz Lityński na tle zwalistej bryły wieży katedry otoczonej drabinami strażaków powiedział: „Patrząc na katedrę czuję, jakby cierpiała. To matka wszystkich kościołów i ona jest cierpiąca”. Nie, oczywiście, emocje, które wywołuje pożar kościoła, to jeszcze nie jest sprawdzian wiary ani przynależności do Kościoła czy Chrystusa. Ale pamiętam broszurę wydaną na kolejną rocznicę katedry w Reims. A na niej tytuł „Katedra zbudowana na miarę wiary jej budowniczych”. A w musicalu „Notre Dame de Paris” Gringoire śpiewał: „Człowiek chciał wznieść się ku gwiazdom / By napisać swą historię / W szkle i kamieniu”. Może i takie przynosi nam Pan próby wiary? Z jaką wiarą ją odbudujemy, przywrócimy do użytku, by znów można w niej było sławić Boga? Jak wysoko wzniesiemy ją ku gwiazdom?

Ale wróćmy do naszej dzisiejszej Ewangelii. Czymże jest w tej perspektywie neopogaństwo? Dobrze to wyjaśnia sam Chrystus w dzisiejszej Ewangelii: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Neopogaństwo to formalna deklaracja wiary bez jednoczesnego dokonania wyboru, by pójść za Chrystusem ze wszystkimi wymaganiami, które wynikają z krzyża. To chrześcijaństwo bez wyboru Jezusa, to przynależność do Kościoła bez wiary. Pogan nie trzeba szukać na misjach. Poganie są wśród nas. To ci, co żyją tak jakby nie wybrali Jezusa, choć często mówią, że są wierzący.

A jak to się ma do wezwania Jezusa, aby kochać Go bardziej niż ojca i matkę? O. Jacek Salij, nestor polskich teologów, tak pisał komentując dzisiejszą Ewangelię: „Otóż stary poganin, który ciągle jeszcze w każdym z nas siedzi, gotów [jest] zareagować na te słowa następującą wątpliwością: Dlaczego Pan Jezus, domagając się naszej miłości, jest taki zaborczy? Rzecz jasna, nowy człowiek – w jakiego, ufajmy, że się przemieniamy – rozumie to doskonale, iż kochać kogokolwiek więcej niż Boga znaczy kochać nieprawdziwie. Bo w ogóle świat, w którym Bóg nie jest Kimś Pierwszym, jest światem nieprawdziwym wypaczonym przez nasz grzech”. No właśnie: pozwolić Bogu być kimś pierwszym – to fundament chrześcijańskiego życia. Na to właśnie nie chce się zgodzić, ten „stary poganin”, który jest we mnie i który gotów jest oskarżać Boga o zaborczość.

Ratzinger pisał, że neopogaństwo rodzi się w sercu Kościoła. To prawda. Bo ono się rodzi w sercu każdego z nas. I nie trzeba szukać daleko. Nie trzeba myśleć o tych, co to „do kościoła nie chodzą, a mówią, że wierzą”, albo że są „wierzący, a niepraktykujący”. Pogaństwo rodzi się zawsze wtedy, gdy kocham coś lub kogoś bardziej niż Jego. Gdy deklaruję, że niby za Nim idę, ale krzyża nie biorę, krzyż zostawiam. „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je znajdzie” – mówi dzisiaj Jezus. Pogaństwo we mnie to ten strach: że trzeba będzie dla Niego stracić życie, by je w końcu znaleźć. Ten strach przed stratą budzi mnie po nocach.