W religii nie chodzi o to, abyśmy odkryli Boga, ale o to, abyśmy przywołali Boga na ten świat.

Źródłem naszego pytania o więź dziś jest przenikający nas niepokój rozbicia. Jesteśmy dziś świadkami, a nawet ofiarami zry­wania więzi. Jesteśmy wszyscy mniej lub bardziej dojrzałym owo­cem rozłamów, które przechodzą poprzez naszą historię. Te pęknię­cia idą także pomiędzy nami i po­przez nas. Płyniemy na falach historii jak popękana lodowa kra, która jeszcze wczoraj była zwartą taflą lodową, a dziś jest tylko to­pniejącą bryłą. Czy jesteśmy jesz­cze dziś jednym rodem? Czy je­steśmy jeszcze jednym narodem? Czy jesteśmy jednym Kościołem?

To jakiś paradoks, ale szczegól­nie kruche wydają się te więzi, które łączą nas, naszą teraźniej­szość z naszą przyszłością – więzi nadziei. Ile naszych za­miarów wzięło już w łeb? Ile obietnic zmieniło się w mgłę? A jaką niespodziankę przyniesie nam jeszcze nasze ju­tro, nasza przyszłość? Ale także nasza przeszłość jest pękającą krą. Lata płyną. Bledną wspo­mnienia. Nowi bohaterowie za­stępują starych. Rosną popioły, spod których trudno zauważyć ja­kikolwiek diament. I stąd nasz niepokój rozbicia. I stąd pytanie o więź.

Napisał kiedyś Søren Kierkegaard: „Doba dzisiejsza przypomina roz­kład państwowości greckiej: wszystko istnieje nadal, a mimo to nie ma nikogo, kto by w to wierzył. Niewidoczne więzy duchowe, które nadawały jej charakter i znaczenie, znikły i tym sposobem cała ta epoka jest zarazem komi­czna i tragiczna: tragiczna, bo ginie, i komiczna, bo istnieje na­dal…”. Tak to jest – „nie ma nikogo, kto by w to wierzył […]”.

Wybranie

Oto jeden z pierwszych opisów wiary podany przez świętego Łu­kasza: „…posłał Bóg anioła Ga­briela… do Dziewicy poślubionej mężowi… Anioł… rzekł: »Bądź po­zdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami«… »Nie bój się Maryjo, znalazłaś bowiem ła­skę u Boga. Oto poczniesz i poro­dzisz Syna«”. I na końcu opowie­ści: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Ewangelia opowiada tutaj o tym, czym jest wiara i jakie są jej owoce. Wiara w życie. Mówi o tym, że wiara to więź, taka więź, dzięki której Słowo ciałem się staje i mieszka między ludźmi.

Anioł mówi: „Maryjo”. Anioł przemawia po imieniu. Czymże jest dla człowieka jego imię? Imię jest nazwaniem człowieka, ale nazwaniem szczególnym. Każde nazwanie zawiera jakąś wiedzę o człowieku, o jego rzeczach, o jego sprawach, tymczasem imię żadnej ogólnej wiedzy nie zawiera. A przecież dla nazwanego własnym imieniem człowieka imię jest wszystkim. Nikt z nas nie powie, że zna czło­wieka, jeśli nie będzie znał jego imienia. Imię wydaje się niczym, tymczasem dla nazwanego czło­wieka ono jest wszystkim. Imię to jedyne własne słowo człowieka. Ktokolwiek używa imienia, używa go dla człowieka – dla mnie, dla ciebie. Wywołuje go i przywołuje. Dotyka go, na niego wskazuje. Kto mówi imieniem, ten wybiera.

Trzeba, abyśmy to wyraźnie zo­baczyli. Gdzieś w oddali, poza imieniem – daleko, ale nie tak daleko, żeby tego nie można było dojrzeć – promieniuje blask wolności. Gdzie jest wybór, tam jest wolność. Ktokolwiek prze­mawia przy pomocy imienia, przemawia w imię wolności. Sły­sząc me imię, czuję, że dzieje się coś niezwykłego. Wciąż jeszcze pełen niepokoju i pełen niepew­ności, ale przecież wiem: jestem odkryty, nazwany, uznany. Jest tyle ziaren na piaskach pustyni i jest tylu ludzi w wielkich mrowi­skach miasta, a jednak ja nie zgi­nąłem. Nagle przenika człowieka bojaźń i drżenie, jakaś miłość, jakieś męstwo. Coś podobnego czuł kiedyś Abraham, Mojżesz. Teraz, w świetle Ewangelii świę­tego Łukasza, przyszedł czas, ażeby poczuła to nieznana prawie nikomu mieszkanka Nazaretu.

Zostałem wybrany… Pozo­stawmy w tej chwili na boku pyta­nie, kto mnie wybrał. Matka? Oj­ciec? Przyjaciel? Ukochany? Uko­chana? Bóg? W pewnym sensie jest to mniej ważne, bo to, co istotne, powtarza się za każdym razem. Pochylmy się z wielką czcią, z namysłem nad tym sło­wem: wybrany. Dopiero teraz, tak, dopiero teraz mogę wiedzieć, czym naprawdę jest wolność. Człowiek nie rozumie wolności dopóty, dopóki nie zostanie wy­brany. Być może przedtem znał człowiek dźwięk tego słowa, może nawet znał jego teorię. Ale od dźwięku, od teorii do życia droga jest bardzo daleka. Ta znana teoretycznie wolność wcale nie musiała wtedy być szczęściem człowieka. Może nawet była jego ciężarem. Może mu się wydawało, że jest skazany na wolność. Ta wolność znana teoretycznie, przed wybraniem, jest jak nie­skończona ilość rozmaitych mo­żliwości. Tam, gdzie jest wiele możliwości wolności, człowiek jest skazany na bezruch, na konie­czność. Ale w momencie, w któ­rym człowiek czuje, że został wy­brany, wszystko zmienia sens. Dopiero teraz wie, czym jest wol­ność. Wolność jest tym, że mogę wybrać tego, kto mnie wybrał. Wybór za wybór, imię za imię.

I na tym właśnie polega miłość. Miłość to nie oczarowanie, to nie zwodzenie, miłość to nie uwodze­nie, to nie przemoc intrygi i nawet nie przemoc piękna nad wzrokiem człowieka. Miłość to wybór. Im bardziej dojrzała jest miłość, tym bardziej dojrzały jest wybór. A miłować Boga to znaczy wy­bierać tego, kto nas pierwej wybrał.

Kiedy do człowieka przychodzi miłość, człowiek rośnie w pokorę

Pisał święty Paweł: „Wybrał nas, kiedyśmy jeszcze grzesznikami byli”. Skrucha – piękne polskie słowo. Skrucha to coś więcej niż pokora. A trzeba powiedzieć, że motyw pewnej pokory pojawia się przy każdej rzetelnej miłości. Kiedy do człowieka przychodzi miłość, człowiek rośnie w pokorę i wie, że nie jest jej godny. Miłość jest łaską. A miłość, która jest łaską, wtrąca w jakieś uniżenie, w jakąś niegodność, w jakąś ogromną wdzięczność. Ale prze­cież nie jest to jeszcze skrucha. Skrucha sięga głębiej. To wszystko prze­wraca, przenika do szpiku kości. Ale nie tak przenika, jak przenika strach lub rozpacz, ale przenika twórczo. Raczej tak, jak przenika w ziemię pług, kiedy wiosną rolnik wychodzi na swą rolę, by wrzucić w tę rolę nowy siew.

Ciężarna Bogiem

Taki jest początek więzi – reli­gii. Religia to więź między istotami wolnymi, istotami, które posiadają imię – istotami, które czyniąc użytek z własnej wolności, wybie­rają siebie. Religia nie polega na przemocy: Bóg nie przechodzi przez człowieka jak potężny stru­mień wezbranej rzeki ani jak poryw gwałtownego wichru. Bóg przychodzi przez wybór. Trzeba ten wybór ciągle powtarzać. Któż nie zna słów poety: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Ten trwający i ten ponawiany na wieki wybór; to właśnie nazywa się wiernością. Religia to więź, więź to wybór, a wybór to wierność. Nie należy wyobrażać sobie nigdy wiary jako rela­cji pomiędzy człowiekiem a te­kstem, książką, nawet jeśli będzie to święta księga. Wiara to relacja między człowiekiem a człowie­kiem, między człowiekiem a Bo­giem. Taka wiara rodzi się z wy­boru. To nie nadmiar wolności jest przeszkodą dla wiary – prze­szkodą jest jej brak. Nie ma wiary tam, gdzie nie ma jeszcze wybra­nia, gdzie nie ma jeszcze wolno­ści, gdzie jest tyle możliwości, że sama ilość możliwości odbiera siłę do marszu. Kiedyś Reiner M. Rilke mówił do Boga: „Ja Ciebie na krwi mojej będę niósł”. Krwią, na której człowiek niesie Boga, jest wolność. A jeśli czło­wiek chce nieść inaczej, nie niesie już Boga.

Lecz oto jeszcze jedna wielka sprawa. Maryja słyszy: „»Oto po­czniesz i porodzisz Syna…«”. Co to znaczy? Znaczy bardzo prosto: oto staniesz się ciężarna Bogiem, Twoja wierność rodzić będzie Boga. Właściwie każda wierność jest ciężarna Bogiem. Abraham, który uwierzył, stał się ciężarny Bogiem i został ojcem narodu wybranego. Mojżesz… Ale najbar­dziej i do końca – Maryja. Wier­ność oznacza przecież przyjęcie ciężaru odpowiedzialności, a wierność Bogu oznacza przyję­cie odpowiedzialności za obec­ność Boga na świecie. Każdy człowiek wierny niesie na sobie ciężar odpowiedzialności. Dzięki wierności Słowo staje się ciałem i mieszka między ludźmi.

Tu dochodzimy do czegoś niezmiernie ważnego. Nie rozu­miemy sprawy religii, gdy wciąż pytamy Boga: czy jest, czy Go nie ma, czy jest na początku świata, czy jest na końcu, czy między początkiem a końcem. Pytając w ten sposób, czekamy, aż Bóg sam przyjdzie i przyniesie nam odpowiedź na nasze pytanie. Pytając tak, możemy pytać do końca życia: nigdy nie trafimy na religię, na więź, na wierność. Bo w istocie rzeczy, w religii nie chodzi o to, abyśmy odkryli Boga, ale o to, abyśmy przywołali Boga na ten świat. Bóg mówi: „Jam jest, który Jest”. Jestem. Jestem na początku i na końcu świata, jestem na morzu i na nie­bie, jestem w drzewach i gwia­zdach, ale to wszystko nie jest jeszcze religią. Dopóki nie ma Boga między ludźmi, nie ma reli­gii. A nie będzie Go między lu­dźmi, jeśli ludzie nie wybiorą Boga poprzez wierność, poprzez wybór, poprzez imię, poprzez wolność.

Pytamy tutaj o istotę więzi, która jest religią. Opowieść o Zwiastowaniu ukazuje nam, jakby w zarysie, istotę owej więzi. To bardzo pię­knie pokazane. Więź zaczyna się od wezwania poprzez imię, bez­imienni nie są zdolni do wierności; biegnie poprzez wolność; gdzie nie ma wolności, tam nie można wybrać Boga i tam nie ma Boga między ludźmi; dojrzewa w wier­ności, znajduje zwieńczenie w od­powiedzialności – w tej jedynej, wielkiej, godnej człowieka odpo­wiedzialności nawet nie za siebie, nawet nie za bliźniego – odpowie­dzialności za obecność Boga mię­dzy ludźmi. W tej odpowiedzial­ności za obecność Boga między ludźmi jest odpowiedzialność za brata, za siostrę, za siebie sa­mego. […]

Ofiara

Czytamy u świętego Pawła: Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chry­stus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bar­dziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostali­śmy usprawiedliwieni. Jeżeli bo­wiem, będąc nieprzyjaciółmi, zo­staliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, do­stąpimy zbawienia przez Jego ży­cie” (Rz 5, 8-10).

W tych kilku zdaniach świętego Pawła pojawia się motyw ofiary i motyw pojednania, a więc po­jednanie przez ofiarę. Idea pojed­nania poprzez ofiarę jest nie tylko kluczem do chrześcijaństwa, ale jest kluczem do teologii historii, szczególnie do naszej historii. Ale zanim do tego nawiążemy, chciałbym zrobić taką uwagę. Słowa świętego Pawła zostały napisane przed blisko dwoma ty­siącami lat, w czasie, kiedy u szczytu potęgi stał świat pogań­ski. Dziś jest rzeczą niemożliwą zliczyć wszystkie okrucieństwa i wszystkie męczeństwa, dzięki którym mógł istnieć ten świat: począwszy od męczeństwa Sokratesa, poprzez męczeństwo pokonanych niewolników Sparta­kusa aż do męczeństwa osta­tniego chrześcijanina. Okrucień­stwo było, w istocie rzeczy, wa­runkiem istnienia tego świata, broniło go przed wrogami zarówno zewnę­trznymi, jak i we­wnętrznymi, zarówno rzeczywi­stymi, jak i możliwymi. Okrucień­stwo było potrzebne temu światu tak samo jak powietrze i woda.

Ale nadeszła jednak chwila, gdy okrucieństwo świata odwróciło się przeciwko światu, kiedy okru­cieństwo ówczesnej władzy zwró­ciło się przeciwko tej władzy. Na peryferiach Imperium, gdzieś daleko w Jerozolimie został ukrzyżowany nikomu nieznany Je­zus z Nazaretu. I wtedy stało się coś niezwykłego – tylu już krzy­żowano przedtem i potem, tylu ukamienowano, tylu ścinano i… nic. Krew wsiąkała w ziemię, były łzy – jeśli w ogóle były – krew wysychała i łzy wysychały. Długo, bardzo długo ze śmierci rzeczywi­stych, możliwych albo podejrza­nych przeciwników rosła potęga państwa. Ale ta śmierć Jezusa z Nazaretu okazała się czymś niezwykłym. Zadała cios w plecy ówczesnemu okrucieństwu. Do­prowadziła do niespodziewanego przewrotu. Świat okrucieństwa musiał się w końcu ugiąć przed krzyżem, który sam na Golgocie postawił.

Jest jakaś granica okrucień­stwa, jakiś próg, jakiś punkt zwrotny, który sprawia, że okru­cieństwo traci sens i zwraca się przeciwko swoim sprawcom, a moc rażenia, którą okrucieństwo się odznacza, zamiast celować i razić przeciwników i umacniać potęgę państwa, zaczyna działać odwrotnie, zaczyna tę potęgę roz­kładać. A decydujące jest to, jak się umiera. Decydujący jest mę­czennik, jego sposób umierania, jego umieranie, jego śmierć. Za­miast dzielić, tworzyć nowe pę­knięcia, nowe rozłamy, zaczyna łączyć, zaczyna budować więź i tworzyć religio. Ta więź począ­tkowo mała, między nielicznymi jest zapowiedzią rodzenia się no­wego świata. Święty Paweł w tym samym mniej więcej czasie, pa­trząc na ten zwrot okrucieństwa przeciwko sobie, może napisać „przemija postać świata”.

Zadanie, przed którym stajemy dzisiaj, jest ważne. Chodzi wszak o lepsze zrozumienie krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa. Ale nie tylko. Chodzi również o lepsze rozumienie każdego męczeństwa, jakim nas, szczególnie Polaków, obdarzyła historia. Co to jednak znaczy, rozumieć męczeństwo? Czy rozumieć męczeństwo można tak, jak się rozumie pierwszy le­pszy tekst, pierwszą lepszą książkę? Czy rozumieć męczeń­stwo to znaczy to samo, co rozu­mieć uczucie drugiego człowieka? Czy nie chodzi o to, że rozumieć męczeństwo, to znaczy nie zmar­nować męczeństwa? […]

Jak kostki do gry i… Pieśń nad pieśniami

Zwróćmy teraz uwagę na przy­toczony na wstępie tekst świę­tego Pawła. Objaśnia on tajem­nicę ofiary Chrystusa – najwyż­szą ofiarę w przyszłość. Mówiliśmy w poprzednim roz­ważaniu o wezwaniu: Bóg wzywa człowieka po imieniu, a wezwanie po imieniu oznacza fakt wybrania. Dziś trzeba do tego dodać jeszcze coś więcej, co powiedział Paweł: „Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami”. Co znaczy: umarł za nas? Znaczy, że zamiast nas. Ktoś umiera, abym ja umierać nie musiał. Między jego śmiercią a moim życiem zachodzi związek istotny. To nie jest tak, źe ktoś umrze, na przykład obrońca ojczyzny, a ja będę żył albo nie będę: będę, jeśli się ułożą okoli­czności, jeśli nie zajdą jakieś inne przeszkody. Jesteśmy wdzięczni obrońcom ojczyzny za ich śmierć, ale więź między moim życiem a życiem i śmiercią obrońcy oj­czyzny nie jest jeszcze więzią istotną. A tutaj, wedle świętego Pawła, więź jest istotna. Jeśliby Chrystus nie umarł, ja bym nie żył. Umierać za kogoś, znaczy umierać zamiast kogoś. Ta śmierć jest moim ratunkiem, jak imię jest moim imieniem.

Kto wybiera, ten niech wie, że czeka go ofiara

Mój ratunek… Święty Paweł mówi: „usprawiedliwieni przez krew Jego”. To bardzo głębokie słowo: „usprawiedfiwieni”. Przed­tem nie byliśmy usprawiedliwieni. Byliśmy grzesznikami, to znaczy nie byliśmy sprawiedliwi. Ow­szem, żyliśmy. Ale tak, jakbyśmy nie mieli prawa do życia, do istnienia. Weszliśmy w ten świat rzuceni jak kostki do gry. Jakiej gry? Właściwie, wszystko jedno, właściwie nie wiadomo. Takiej gry, jaką sami sobie wymyślimy. Byliśmy potrzebni o tyle, o ile ta gra była potrzebna. Ale na tym świecie żadna gra nie jest potrzebna, więc w końcu jesteśmy niepotrzebni. Bez wartości. Ale przez tę śmierć zostaliśmy uspra­wiedliwieni, nie tylko stworzeni – usprawiedliwieni. Odkryto na­sze imię, naszą wolność, naszą godność – uczyniono nas warto­ścią absolutną. Dopiero w per­spektywie krzyża możemy zrozu­mieć, co znaczą te proste słowa Chrystusa: cenniejsi jesteście niż wróble. Aby pokazać to, że jeste­śmy cenniejsi niż wróble, nie wy­starczyło wezwać po imieniu, nie wystarczyło wybrać, trzeba było umrzeć. Prawdę rzekłszy, ten po­czątek umierania jest już zawarty w wyborze. Kto wybiera, ten niech wie, że czeka go ofiara. Trudno powiedzieć jaka. Ale ofiara będzie na pewno. Cząstkowa ofiara usprawiedliwia cząstkowo, ofiara zupełna usprawiedliwia absolu­tnie. Ofiara Syna Bożego uspra­wiedliwia absolutnie. To jest głę­boka tajemnica. Należy ona do tych tajemnic, nad którymi zasta­nawiamy się nieczęsto, mimo że ona się często powtarza. Właśnie powtórzyła się przed chwilą na tym ołtarzu.

Bo tego wszystkiego dokonuje Bóg przed Bogiem – Bóg Syn przed Bogiem Ojcem.

Czym jest ta Golgota Syna przed obliczem Ojca? Wiemy, że nie ma dwóch bogów, lecz Bóg jest jeden. Nie idzie tu o to, by jeden bóg sycił oczy ofiarą dru­giego boga. To, co się dzieje na Golgocie, dzieje się w głębi jednej i tej samej Boskości. Właśnie tam, w głębi Boskości, we wnętrzu stosunku Boga do samego siebie pojawia się sprawa człowieka, sprawa twoja, sprawa moja, bo dla Boga są tylko imiona. W głębi Boskości, w głębi stosunku Boga do samego siebie dzieje się nasz los, nasze jutro, nasza nadzieja. Jak kiedyś Maryja stała się odpo­wiedzialna za to, żeby Bóg za­istniał między ludźmi, tak teraz Chrystus staje się odpowiedzialny za to, aby człowiek zaistniał mię­dzy Bogiem a Bogiem. Tak teraz Syn Boży staje się odpowiedzialny za obecność człowieka w głębi stosunku Boga do samego siebie. W tym obrazie, w tym symbolu, bo w istocie rzeczy operujemy tutaj skrótowymi symbolami – kończy się bowiem nasza wyobraźnia, w tym obrazie jest zawarte wszy­stko. Tam jest wszystko, zarówno dla uszczęśliwionych, jak i dla zrozpaczonych. Pascal kiedyś po­wiedział, że poznanie Boga, sa­mego Boga, rodzi pychę, pozna­nie człowieka rodzi rozpacz. Po­znanie Chrystusa jest środkiem, bo w Nim, powiada Pascal, po­znajemy własną nędzę, ale też własną wielkość. Bóg, który umarł za człowieka udzielił absolutnego usprawiedliwienia, uczynił go słowem, przy pomocy którego Bóg mówi z Bogiem, a człowiek, który w to uwierzył, stał się no­wym człowiekiem. To bardzo piękna symbolika: stać się nowym człowiekiem przez to, że człowiek uwierzył. To tak jak oblubieniec albo oblubienica staje się nowym człowiekiem w momencie, kiedy uwierzy w miłość. Staje się no­wym, bo zasługuje tym bardziej na miłość i w ten sposób czuje się ten cud wchodzenia człowieka pomiędzy oblubieńca a oblubie­nicę. Jest to cud zamiany w egzy­stencji ludzkiej na jedną wielką pieśń nad pieśniami. Jesteśmy, drodzy Bracia i Siostry, pieśnią nad pieśniami, którą Bóg śpiewa sobie samemu.

Tak między nami dopełnia się więź – więź zbawienia. Z tej więzi bierzemy swój początek. Jeste­śmy żniwem, które wyrasta z Bo­żego siewu, na czele tego żniwa idzie Chrystus. Ofiara Chrystusa, za którym idą Jego męczennicy, jest naszym usprawiedliwieniem – usprawiedliwieniem tego, że jesteśmy i usprawiedliwieniem tego, że się o coś troszczymy, usprawiedliwieniem wszystkiego w nas, każdej naszej troski, wszy­stkiego, czym tętni serce nasze. Wiemy teraz, co znaczy być cen­niejsi niż wróble. Teraz dopiero możemy powiedzieć: dziej się wola Twoja. I wiemy teraz, co znaczy być latoroślą ogromnego winnego szczepu. A także na czym polega moc tego kwasu, który zakwasza całą kadź chlebowego ciasta. Wiemy, jak z małego ziarna gorczycy może wyrastać ogromny krzew.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” 2008 nr 2-3. Jest to zapis rekolekcji, wygłoszonych w Paryżu w 1985 roku. Jego fragmenty przedrukowaliśmy z czasopisma „Nasza Rodzina” nr 5 i 6 (1985). Śródtytuły pochodzą od redakcji.