Potwierdza się w Polsce wizja Ratzingera z 1958 r.: instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa, Kościół funkcjonuje po staremu, ale realny świat oddalił się w znacznym stopniu. Jaki ma być Kościół przyszłości?

W najnowszej „Więzi” (lato 2017) ks. Grzegorz Strzelczyk w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim opowiada o doświadczeniach II Synodu Archidiecezji Katowickiej, którego był sekretarzem generalnym. Żeby wiedzieć, jakie podjąć działania duszpasterskie, trzeba najpierw dokonać diagnozy sytuacji. Diagnoza sformułowana w tym wywiadzie skojarzyła mi się w z tym, co w roku 1958 pisał ks. Joseph Ratzinger w artykule „Die neuen Heiden und die Kirche” (Neopoganie i Kościół). Artykuł ten można przeczytać po polsku w książce Benedykta XVI i Petera Seewalda „Ostatnie rozmowy”.

Scenariusz zmian w łonie wspólnoty Kościoła, dramatycznie opisany przed sześćdziesięciu laty przez młodego profesora teologii, zdaje się powtarzać w Polsce. Polski Śląsk i niemiecka Bawaria to dość podobne społeczeństwa i Kościoły, w których tradycja odgrywa(ła) bardzo ważną rolę. Ale jeśli drenaż następuje już w takich społeczeństwach i Kościołach, to co powiedzieć o wspólnocie Kościoła, który żyje w społeczeństwie o wiele bardziej zatomizowanym?

Jaki scenariusz rozwoju sytuacji czeka nas w najbliższych latach, choćby tu, gdzie mieszkam, w Kościele, który jest na tzw. Ziemiach Odzyskanych?

Szara strefa (nie)wiary

Ks. Strzelczyk mówi, że największym wyzwaniem są „letni” katolicy, którzy w stosunku do Kościoła „nie bardzo szukają i nie bardzo są w domu”. „Są na progu, to znaczy nie wiedzą, czy do Kościoła wejść, czy z niego wyjść; znajdują się pomiędzy wiarą a niewiarą”.

Trzeba dodać, że prawie wszyscy oni w sposób formalny i sakramentalny oczywiście w Kościele są, w dzieciństwie przyjęli przecież sakrament chrztu, byli także katechizowani. Pytanie o to, czy wejść czy wyjść, dotyczy nie tyle formalnej przynależności (wszak „wypisywanie się” z Kościoła to w Polsce wciąż promilowy margines), ale podjęcia jakiegoś decydującego kroku ku wierze albo ku niewierze, by nie zostać „pomiędzy”. Strzelczyk nazywa ich także „szarą strefą”, składającą się „z tych, których wiara wyrosła na tradycyjnym wychowaniu religijnym, ale nie jest zakorzeniona”, w efekcie są oni w Kościele „bardziej ciałem niż duchem”.

Ratzinger pisze, że Kościół dotrze do pogan czy neopogan, gdy „przestanie być tanią oczywistością”

Śląski teolog przyznaje także, że „wraz z przemianami kulturowymi wyraźnie ubywa nam katolików pochodzących z organicznie odziedziczonej wiary. Albo przyjmują oni wiarę świadomie, albo gdzieś znikają”. Myślę, że obserwacje te można sprowadzić do wniosku, że dotychczasowy przekaz wiary oparty na tradycyjnym wychowaniu religijnym i tradycyjnej duchowości, który to przekaz bazował przede wszystkim na katechumenacie domowym, nie wytwarza już trwałej struktury wiary. Jeśli socjologia religii mówi często o tzw. wierze bez przynależności (believing without belonging), to można mówić także o odwrotnym zjawisku, czyli o przynależności bez wiary (belonging without believing).

Utożsamienie z Kościołem pozostaje na płaszczyźnie sakramentu chrztu, ogólnego przyznania się do mniej lub bardziej (nie)precyzyjnego „wierzenia w Boga” czy też społecznego zapotrzebowania na Kościół. Trudno tutaj jednak mówić o świadomej przynależności i o kroczeniu w procesie rozwoju wiary.

Jednocześnie jednak daje się zaobserwować inny proces, jakim jest traktowanie wiary jako osobistego wyboru, czyli nawrócenia. Często proces ten dotyczy właśnie „katolików tradycyjnych”, których pozostanie w Kościele łączy się z podjęciem świadomej decyzji wiary i jej interioryzacji. W ten sposób stają się oni „katolikami z wyboru”. Nie znaczy to oczywiście jednak, że „dziedziczenie wiary” nie może być procesem, który prowadzi do jej dojrzałości. Słusznie mówi ks. Strzelczyk o „organicznie odziedziczonej wierze”. Ja to rozumiem tak, że nie chodzi tutaj o jakiś czysto zewnętrzny proces przekazu, ale o proces „organiczny”, a więc wspomagany przez katechumenat rodzinny, który jest prawdziwym matecznikiem wiary.

Bycie chrześcijaninem jako polityczno-kulturowa wytyczna 

Zajrzyjmy teraz do tekstu Ratzingera. Punktem wyjścia jest dla niego początek Kościoła w jego historycznym ujęciu, „kiedy to doszło do powstania Kościoła z pogan, którzy stali się chrześcijanami”. Pierwotnie Kościół „zasadzał się na fundamencie duchowej decyzji jednostki wybierającej wiarę, na akcie nawrócenia”.  Rodzący się w ten sposób Kościół „pozostawał wspólnotą przekonanych, osób, które wzięły na siebie określoną duchową decyzję i tym odróżniali się od innych, którzy z jej podjęcia zrezygnowali”. Członkiem Kościoła nie można się było stać inaczej jak przez osobistą decyzję potwierdzoną chrztem.

Radykalna zmiana paradygmatu nastąpiła w średniowieczu. W tym okresie „Kościół i świat stały się tożsame”. Przynależność do Kościoła przestała być skutkiem osobistego wyboru, „bycie chrześcijaninem przestało być właściwie własnym stanowiskiem”, a stało się „raczej polityczno-kulturową wytyczną”. Bycie chrześcijaninem stało się bardziej tradycją, czymś wręcz oczywistym, niż świadomym wyborem. Oczywiście, chodzi o pewien dominujący model, który nie wyklucza osobistych decyzji, świadomej przynależności czy głębokiej wiary, co potwierdza nam choćby cały zastęp świętych tego i późniejszego okresu.

Chrześcijaństwo stało się bardziej tradycją, czymś wręcz oczywistym, niż świadomym wyborem

W tym modelu, który zasadniczo przetrwał do czasów współczesnych, bycie chrześcijaninem i przynależność do Kościoła były czymś naturalnym nie tylko społecznie, ale i duszpastersko. Od zakończenia tzw. pierwszej ewangelizacji Europy, czyli nawrócenia wszystkich ludów pogańskich, Kościół nie prowadził zasadniczo wewnętrznej działalności misyjnej, której celem byłoby budzenie wiary u kolejnych generacji. Nie było takiej potrzeby, skoro wiarę się dziedziczyło niczym geny. Wbrew tezie Tertuliana, według którego „Fiunt non nascuntur christiani”, Europejczyk przez wieki „rodził się” chrześcijaninem, co nie znaczy wcale, iż automatycznie stawał się człowiekiem wierzącym w teologicznym sensie tego słowa. Ratzinger nazywa to nawet „niechcianą przynależnością do Kościoła”. Ten model odchodzi jednak w przeszłość.

Jaka ma być przyszłość Kościoła? Tutaj rodzi się pytanie, „czy ponownie nie należałoby przekształcić Kościoła w mniejszą wspólnotę żyjących jednym przekonaniem”? Aby tak się mogło jednak stać, Ratzinger twierdzi, że trzeba przede wszystkim rozerwać owo utożsamienie Kościoła ze światem. Cena tego procesu będzie duża. Warunkiem jest „rygorystyczne zrzeknięcie się zajmowanych stanowisk”, Dzięki czemu Kościół pozbędzie się „pozornego bogactwa”, które stanowi dla niego zagrożenie, gdyż „staje na drodze prawdzie”. Tylko taki Kościół odzyska utracony autorytet, będzie zdolny ukazywać prawdę i może stać się skuteczny misjonarsko.

Ten inny Kościół przyszłości będzie musiał także inaczej objawiać się w świecie. Ratzinger formułuje trzy postulaty. Udzielanie sakramentów należy ograniczyć jedynie wobec tych, którzy wierzą – inaczej Kościół będzie zwodził sam siebie oraz ludzi. W konsekwencji, jeśli w płaszczyźnie sakramentalnej Kościół będzie musiał się zamykać na nie-Kościoł, gestem zaproszenia musi się stać głoszone słowo, a na płaszczyźnie międzyludzkiej Kościół będzie musiał odbudować „braterstwo komunikujących”.

Zombie, churching i christoteka

Dziedzictwo średniowiecznej symbiozy Kościoła i społeczeństwa przetrwało bardzo długo. Struktury społeczne były naturalną matrycą dla więzi wspólnoty Kościoła. W tradycyjnej, homogenicznej strukturze społecznej, obok siebie mieszkali ludzie do siebie podobni. Rodzina, sąsiedztwo, środowisko pracy i spędzania wolnego – te cztery substruktury społeczne praktycznie się pokrywały, czy chodzi o środowisko rolnicze (wiejskie), robotnicze (miejskie) czy też bardziej elitarnych grup społecznych. Tworzyli oni także lokalną wspólnotę eklezjalną, jednocześnie – na zasadzie sprzężenia zwrotnego – parafia spełniała rolę społecznotwórczą. Widać to bardzo dobrze w filmie „Ostatni wierni” (hol. Grote genade), gdzie wierni zamykanej parafii – dziś już ludzie wiekowi – opowiadają o swojej młodości spędzonej „w cieniu kościoła”, który stanowił społeczne centrum gminy.

Taka struktura sprzyjała także społecznej kontroli wobec postawy religijnej. „Chodzenie do kościoła” było zachowaniem społecznie pożądanym, a moralność chrześcijańska była normą przyzwoitości. Dzisiaj ludzie coraz rzadziej przejmują się tym, „co ludzie powiedzą”. Ten mechanizm kontroli społecznej prawie nie istnieje.

Moralność chrześcijańska była normą przyzwoitości; dziś ten mechanizm kontroli społecznej prawie nie istnieje

Na naszych oczach taka struktura społeczna ulega przemianie. Tworzy się społeczeństwo heteronomiczne, gdzie obok siebie mieszkają ludzie do siebie „niepodobni”, gdzie rodzina, sąsiedztwo, środowisko pracy i spędzenia wolnego czasu zupełnie ze sobą się nie pokrywają. Kto inny jest sąsiadem, z kim innym się pracuje, a jeszcze z kim innym spędza się czas wolny. W literaturze socjologicznej pojawiają się dzisiaj tezy, że we współczesnym liberalnym i rozczłonkowanym społeczeństwie rodzina i sąsiedztwo to „kategorie zombie”, a więc faktycznie nieistniejące. Oczywiście stopień przemiany społeczeństwa nie jest wszędzie taki sam. Inaczej będzie się dokonywał w Polsce południowej i wschodniej, inaczej na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie społeczeństwo tradycyjne nie miało silnych korzeni.

Więzi społeczne coraz rzadziej stają się matrycą dla więzi parafialnych. Nie jest już tak na pewno w wielkich miastach, gdzie ludzie najpierw „znają się z kościoła” (na przykład z udziału w tzw. liturgii przedsoborowej), a potem – na ich podstawie – nawiązują więzi innego rodzaju. Proroczo pisał o tym Ratzinger: o wiernych, którzy „ze względu na wspólną przynależność do Stołu Pańskiego czują się związani również w życiu prywatnym i wiedzą, że mogą liczyć na siebie także w sytuacjach kryzysowych, a więc faktycznie tworzą poniekąd rodzinę”. W tym modelu to nie relacje panujące w lokalnej społeczności, ale więzi wynikające z przynależności do wspólnoty Kościoła stają się pierwotne, co wzmacniane jest jeszcze poprzez zjawisko churchingu, a więc swobodnego wyboru parafii odpowiadającej gustom i upodobaniom. Tu znajduje swoje źródło zjawisko „kawiarni dla katolików” czy tzw. christoteki, czyli dyskoteki dla wierzących.

Oddalający się świat

Czy da się tego uniknąć? Moim zdaniem nie. Ratzinger mówi o tym, że „prędzej czy później, za przyzwoleniem czy też wbrew przyzwoleniu ze strony Kościoła, dojdzie do wewnętrznej przemiany struktur, do również zewnętrznej, mającej wymiar pasillius grex, małej trzody”. Przemiana ta „nastąpi niezależnie od udziału w nim Kościoła, na co musi on być przygotowany”.

Dlaczego zmiany te są nieuchronne? Ponieważ Kościół nie funkcjonuje w próżni społecznej, a jego struktura, sposób działania, w tym także sposób „rekrutacji” nowych członków musi się do tej struktury dopasować. „Prawie już nikt nie wierzy – pisał przed laty Ratzinger – że od przypadkowej kulturalno-politycznej rekomendacji miałoby zależeć wieczne zbawienie”. Sama przynależność do pewnej, bardziej struktury cywilizacyjno-kościelnej niż samego Kościoła – czasami przymusowa, a jednocześnie niewynikająca z osobistej decyzji – nie zbawia.

Młody kapłan z katolickiej Bawarii miał świadomość, że na jego oczach dawny porządek społeczno-eklezjalny odchodzi w przeszłość: „Czuło się, że instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa, lecz realny świat oddalił się w znacznym stopniu”.

Kościół jako tania oczywistość ani nie przekonuje, ani nie zbawia

Przez maj i czerwiec starałem się chodzić do różnych kościołów na tradycyjne nabożeństwa majowe i czerwcowe, w tym na procesję oktawy Bożego Ciała. Liczba wiernych i średnia wieku, faktyczny brak dzieci i młodzieży na nabożeństwach, które stanowiły niegdyś clou duszpasterstwa tradycyjnego (podobnie bywa z pierwszymi piątkami, które w wielu parafiach obumarły) – wszystko to utrwaliło we mnie przekonanie, że i u nas „instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa”, Kościół w dużej mierze wciąż jeszcze funkcjonuje „po staremu”, ale „realny świat oddalił się w znacznym stopniu” i poszedł swoją drogą.

To, co mówi ks. Strzelczyk, napawa jednak nadzieją: „Zmienia się kultura, w jakiej żyjemy, i to w sposób niepodobny do żadnych innych wcześniejszych przemian — zarówno pod względem ich szybkości, jak i kierunku. Nie wiemy dokładnie, dokąd ten proces prowadzi, ale wiemy, że musimy się z nim zmierzyć. Świadomość oddziaływania takich procesów, które dotyczą nie tylko nas na Śląsku, prowadzi do przeczucia, że prawdopodobnie będziemy jakoś cierpieć z tego powodu jako Kościół, ale musimy się z tym zmierzyć”. Jak? Na przykład tak: „żeby równolegle z tym tradycyjnym duszpasterstwem rozwijać nowe formy, w których odnajdą się ludzie z nowszej formacji kulturowej”.

Takich konkretnych idei pastoralnych w cytowanej rozmowie jest wiele, a wszystkie w epoce „nawrócenia duszpasterskiego”, do którego wzywa papież Franciszek, są niby takie oczywiste…

Poruszająca diagnoza

Ratzinger przyznaje po latach, że reakcje na jego publikację były „ogólnie bardzo negatywne”, „nastąpiło trzęsienie ziemi”. Mówiono nawet, że napisał „coś heretyckiego”. Pojawiły się nawet wątpliwości, czy powinien zostać profesorem na uniwersytecie w Bonn, mimo że posiadał już nominację profesorską. Sam Ratzinger w opublikowanym tekście nie widział nic niepokojącego czy niebezpiecznego. „Dziwne, ale jeszcze dzisiaj muszę stwierdzić, że nie miałem pojęcia, co mogło wzbudzić aż takie poruszenie”. To poruszenie było w pewnym sensie zrozumiałe. Młody, początkujący teolog miał odwagę poddać krytyce dotychczasowy sposób funkcjonowania Kościoła w świecie. Z perspektywy czasu trzeba stwierdzić, iż była to diagnoza słuszna.

Ratzinger pisze, że Kościół dotrze do uszu pogan czy neopogan tylko pod jednym warunkiem – „gdy przestanie być tanią oczywistością”. Dla wielu polskich ochrzczonych wciąż jest czymś takim – oczywistością. A Kościół jako tania oczywistość ani nie nawraca, ani nie głosi, ani nie przekonuje, ani nie zbawia, „a w jego sercu krzewi się pogaństwo”. Czy re-lektura tekstu Ratzingera, na którego przecież tak bardzo lubimy się powoływać, wzbudzi w Polsce poruszenie? Czy skłoni nas do poważnej refleksji nad stanem Kościoła w zmieniającej się kulturze i w nowym społeczeństwie?

Późniejszy papież Benedykt XVI napisał ten tekst – jak sam mówił – na podstawie doświadczenia pracy parafialnej, a pracował tylko rok jako wikariusz w Bogenhausen. Ten rok mu wystarczył, by skonfrontować świat, z którego wyszedł, i świat, w którym przyszło mu pracować. To zderzenie musiało być silne, skoro dał mu wyraz w  tak radykalnym tekście. Bo diagnozy o Kościele trzeba pisać z pozycji parafialnej, a nie z poziomu jednostkowych, nadzwyczajnych „eventów”. Tylko wtedy są prawdziwe.