Jak my, którzy lata 1939–1945 znamy wyłącznie z przekazów rodzinnych, książek oraz filmów, wyobrażamy sobie wojnę?

Bardzo się obawiam, że kiedy ta relacja dotrze do PT Czytelników, będzie już tylko zapisem pewnej przeszłości. Ale nawet jeśli, to i tak warto chyba go sporządzić. Ponieważ mamy (mieliśmy) w Gdańsku muzeum ze znakomitą ekspozycją stałą. Która, jakkolwiek odnosi się do historii sprzed blisko osiemdziesięciu lat, stała się przedmiotem bieżącej gry politycznej.

Chodzi o Muzeum II Wojny Światowej, scalone przez ministra kultury z inną, znajdującą się dopiero we wczesnym stadium realizacji placówką, czyli z Muzeum Westerplatte. Korzystając z tego aktu scalającego, usunięto ze stanowiska dyrektora prof. Pawła Machcewicza, kompetentnego historyka. Ministerstwo, powołując się na treść zamówionych przez siebie recenzji, twierdzi, że otwarta w marcu ekspozycja ma liczne wady: jej wymowa jest nadmiernie pacyfistyczna i nie pokazuje wojny jako okazji do kształtowania się charakteru człowieka, niedostatecznie podkreśla polski punkt widzenia, za mało pokazuje rolę religii katolickiej jako podstawy przetrwania narodu… Nawiasem mówiąc, wspomniane recenzje nie mogły odnosić się do samej wystawy, której gdy je pisano, jeszcze nie było – autorzy krytykowali jedynie założenia koncepcji.

Nie zamierzam tu polemizować z krytyką ekspozycji stałej w Muzeum II Wojny. Zwłaszcza że nasz polsko-polski konflikt nie sprzyja, wyrażając się łagodnie, wymianie poglądów. Wolę opowiedzieć Państwu o wrażeniach wyniesionych z wystawy.

Jak my, którzy lata 1939–1945 znamy wyłącznie z przekazów rodzinnych, książek oraz filmów, wyobrażamy sobie wojnę? Sądzę, że w naturalnym odruchu obsadzamy siebie w roli czynnych uczestników walk: żołnierzy i żołnierek, członkiń i członków ruchu oporu, powstańców. Głośna książka, która próbowała przeciwstawić temu wszystkiemu los cywila, czyli „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, do dziś chyba wywołuje kontrowersje z tego właśnie powodu (wiele osób nie pamięta, że w recenzjach atakowali ją jako „defetystyczną” entuzjaści Mieczysława Moczara). No więc gdańska wystawa w podobny jak u Białoszewskiego sposób przeciwdziała naszej skłonności. To nie muzeum wojska, ale wojny. Skupia się więc przede wszystkim na doświadczeniu… większości. To znaczy na walce z poczuciem bezradności, na destrukcji bezpiecznego świata, na klęsce głodu, śmierci od ostrzału czy bomb, na grozie eksterminacji.

W przejmujący sposób pokazuje to ta część ekspozycji, która przeznaczona jest dla dzieci. Organizatorzy zakładają, że w salach tworzących główny szlak zwiedzania prezentowane są nieraz obrazy zbyt drastyczne, i odwiedzających mających mniej niż dwanaście lat kierują do alternatywnego ciągu pomieszczeń. Jest to niezwykła instalacja scenograficzna. Wchodzimy mianowicie do mieszkania warszawskich inteligentów. Kalendarz na ścianie informuje nas, że mamy 3 września 1939 roku. W rozwartej szafie widać bogate stroje właścicieli, z galowym mundurem oficera – ojca rodziny. Na stole rozłożone są gazety, informujące o ataku wojsk hitlerowskich. Ściany ozdabia niewielka kolekcja obrazów. W kącie stoi gramofon, na sekretarzyku widać zdjęcia rodzinne. Za oknem projekcja wygenerowanego w komputerze filmu pozwala zobaczyć tętniącą życiem ulicę.

Po czym przechodzimy przez drzwi i znajdujemy się, jak we śnie, w tym samym pokoju, tyle że dwa i pół roku później. W rozwartej szafie widać dwie skromne sukienki pani domu. Na stole – gadzinówka. Zamiast gramofonu – piecyk. Część obrazów już wysprzedano. Na niektórych fotografiach – kir. Za oknem znajoma ulica, ale już co innego się tam dzieje: w przecznicy widać bramę do getta; nieopodal na murze członkowie „małego sabotażu” malują znak Polski Walczącej; po jezdni mkną riksze. Po czym przechodzimy przez następne drzwi i – jeszcze raz ten sam pokój. Dogasa powstanie warszawskie. Większość sprzętów jest zniszczona, niektóre wyraźnie porąbano na opał. Na podłodze walają się jakieś brudne posłania. W ścianie naprzeciw przez wybitą przez pocisk dziurę widać płonące gruzy.

Rzeczywiście nie ma tu potrząsania szabelką, nie podsuwa się dzieciom myśli, że dulce et decorum est pro patria mori. Jest, owszem, konieczność wykształcenia w sobie charakteru – żeby przetrwać. Przyjąć do wiadomości śmierć bliskich i zniszczenie domu. Nie załamywać się, tylko znaleźć sposób na zdobycie pożywienia, opału, wody i lekarstw. I żyć dalej.

To jest fragment tekstu opublikowanego w kwartalniku „Więź”, lato 2017.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

„Więź”, lato 2017

Kwartalnik „Więź”, lato 2017: Ojczyzna europejska