Helmut Kohl nie był herosem bez zmazy, lecz politykiem, któremu mimo licznych wad i ograniczeń udało się zrealizować kilka bardzo ważnych celów dla jego kraju i kontynentu.

Krótko przed wyborami do Bundestagu w 1998 r. zapytałem niemieckiego znajomego, konserwatywnego katolika, czy po raz kolejny odda głos na kandydata chadecji – dotychczasowego kanclerza Helmuta Kohla. Ku mojemu zdziwieniu odparł, że nie zamierza tego zrobić. „Potrafię pogodzić się z faktem, że moje kilkunastoletnie dzieci nie znają innego papieża niż Jan Paweł II” – tłumaczył – „ale nie godzę się z faktem, że wejdą w dorosłość w przekonaniu, że kanclerzem Niemiec jest zawsze Helmut Kohl”.

Kohl rządził Republiką Federalną przez szesnaście lat. Nawet uwzględniając, że Niemcy dokonują politycznych wyborów w sposób nieco zachowawczy, uznać to trzeba za niezwykły sukces, świadczący o wielkiej klasie Kohla jako polityka. Jego rekordu w utrzymywaniu się u władzy nie pobił w powojennych Niemczech nikt, a i w demokratycznych krajach całego świata mało kto może się z nim równać.

Pocieszny olbrzym

A dokonał tego właśnie on. Człowiek, nazywający się Helmut Kapusta, o aparycji, która przyniosła mu złośliwą ksywkę „gruszka”. Otyły, nieporadny motorycznie, z wadą wymowy. Był wymarzonym i chyba najpopularniejszym obiektem satyry politycznej w powojennych Niemczech. Komicy nie musieli zbytnio się wysilać, by parodiując Kohla, doprowadzać publiczność do śmiechu. Wystarczyło po prostu jak najlepiej go imitować, nieco tylko ubarwiając autentyczne fragmenty jego przemówień – bo talentu krasomówczego również nie miał.

Jak zatem ów ociężały i pocieszny olbrzym (blisko dwa metry wzrostu), opowiadający publicznie z zachwytem o swych ulubionych faszerowanych świńskich żołądkach, lokalnym przysmaku z rodzinnego Palatynatu, stał się jednym z najważniejszych europejskich polityków XX wieku?

Może rzucające się w oczy mankamenty Kohla usypiały czujność przeciwników i utrudniały dostrzeganie jego zalet? Bo był politykiem nietuzinkowym, o czym świadczy tempo jego kariery, której kolejne stopnie pokonywał jakby na przekór krytykom i prześmiewcom.

Mur berliński runął dokładnie wtedy, gdy kanclerz Kohl przebywał z wizytą w Polsce

Niemal co trzy lata zaliczał kolejne spektakularne sukcesy: W 1963 r. (w wieku 33 lat) zostaje przewodniczącym frakcji CDU w parlamencie kraju związkowym Nadrenia-Palatynat. W roku 1966 (ma 36 lat) – przewodniczącym całej partii w tymże kraju związkowym. W 1969 r. (jeszcze przed czterdziestką) – premierem Nadrenii-Palatynatu. W 1973 r. członkowie CDU wybierają go na przewodniczącego partii (pozostanie nim przez 25 lat, do 1998 r.). W 1976 r. chadecja wysuwa go jako kandydata na kanclerza federalnego w wyborach do Bundestagu. Zdobywa blisko 49 procent głosów (jeden z najlepszych wyników chadecji w powojennych Niemczech), ale nie zostaje kanclerzem, bo socjaldemokraci i liberałowie montują koalicję, posiadającą minimalną większość.

Jak na ironię losu, kanclerzem zostaje w sposób niepasujący do tego pasma sukcesów – trochę przez przypadek. W 1982 r. rozpada się koalicja SPD i FDP, liberałowie tworzą nową koalicję z CDU, dotychczasowy rząd upada (pierwsze i jedyne jak dotąd konstruktywne wotum nieufności w historii RFN), powstaje nowy rząd, a na jego czele staje szef większego z koalicjantów, czyli Kohl. Kanclerzem pozostanie, jak wiemy, przez następne 16 lat, wygrywając kolejne wybory, potwierdzające jego skuteczność w politycznych rozgrywkach i popularność w społeczeństwie.

Verdun i Krzyżowa

Do historii przejdzie jednak nie tylko jako wirtuoz władzy, lecz także mąż stanu, który wywarł ogromny wpływ na rozwój Niemiec i Europy. Już u progu swojej pierwszej kadencji jako kanclerz federalny sformułował dwa cele strategiczne swojej polityki zagranicznej: zjednoczenie Europy i zjednoczenie Niemiec. Uśmiech historii, ale i osobista determinacja i sprawność polityczna sprawiły, że w obu procesach odegrał kluczową rolę.

Symbolicznym wyrazem udziału Kohla w procesie jednoczenia się Europy są dwa obrazy. Pierwszy, to stojący obok siebie w milczeniu, trzymający się za ręce, Kohl i prezydent Francji François Mitterand, na polu bitwy pod Verdun w 1984 r. Drugi – to Kohl i pierwszy niekomunistyczny premier Polski, Tadeusz Mazowiecki, przekazujący sobie znak pokoju w trakcie mszy pojednania w Krzyżowej, pięć lat później.

Aktom symbolicznym towarzyszyły działania pragmatyczne. Układ z Schengen (zniesienie kontroli na granicach wewnętrznych państw sygnatariuszy, 1985 r.), układ z Maastricht (narodziny Unii Europejskiej, 1992 r.), wprowadzenie wspólnej waluty euro (lata 90., wprowadzenie euro już po odejściu Kohla ze stanowiska kanclerza). To wszystko kroki milowe w historii integracji europejskiej, w których Helmut Kohl miał decydujący udział.

Dążył do pojednania z Polską, ale zwlekał z uznaniem granicy na Odrze i Nysie

Jednocześnie rząd Kohla wspierał dążenia niepodległościowe Polaków, udzielając poparcia opozycji antykomunistycznej i ułatwiając pomoc humanitarną niemieckiego społeczeństwa w latach stanu wojennego. Potem zaś, już po upadku komunizmu, wypracował kluczowe umowy z Polską: traktat graniczny (uznanie granicy na Odrze i Nysie, 1990 r.) i traktat o dobrym sąsiedztwie (szereg zapisów na rzecz współpracy, 1991 r.), kładące podwaliny pod polsko-niemieckie partnerstwo, a w szerszej perspektywie otwierające drogę Polski do NATO i UE.

Kohl spełnił również swoje drugie polityczne marzenie, przeżył zjednoczenie Niemiec i przeszedł do historii jako „kanclerz zjednoczenia”, nie tylko dlatego, że się do niego walnie przyczynił, ale i dlatego, że po wygranych wyborach do Bundestagu w 1991 r., tym razem już ogólnoniemieckich, stanął na czele pierwszego rządu nowej Republiki Federalnej.

Warto na marginesie przypomnieć fakt, że mur berliński runął dokładnie wtedy, gdy kanclerz Kohl przebywał z wizytą w Polsce. Przerwał ją i udał się do Berlina, by następnie wrócić do Polski i dokonać symbolicznego aktu pojednania w Krzyżowej. Ta koincydencja wskazuje w sposób symboliczny na związek między pojednaniem polsko-niemieckim a przywróceniem jedności Niemiec i Europy, czy w szerszej perspektywie – między pojednaniem a wolnością. Ale to temat na inny artykuł…

Odwlekał uznanie granicy z Polską

Stosunek Kohla do Polski nie był wolny od ambiwalencji. Dążył do pojednania, ale odwlekał uznanie przez Niemcy granicy na Odrze i Nysie do momentu, w którym zachodni alianci po prostu go do tego zmusili. Nie chciał ryzykować straty głosów narodowo-konserwatywnych wyborców w zbliżających się wyborach do Bundestagu, choć sondaże wskazywały na dużą przewagę jego partii nad przeciwnikami (podobnych oporów nie miał później, forsując wprowadzenie euro wbrew opinii większości społeczeństwa niemieckiego). A przecież musiał rozumieć, że stanowisko w sprawie granicy jest dla polskich partnerów probierzem prawdziwych intencji zachodnich sąsiadów, zaś uporczywe odmawianie jej uznania w 45 lat po wojnie znacząco utrudnia pojednanie, a być może wręcz je uniemożliwia.

Chciał przejść do historii jako kanclerz zjednoczonych Niemiec, a nie jako kanclerz oddanych terytoriów

Wydaje się, że odsuwając w czasie uznanie granicy, Kohl kierował się motywami nie tylko pragmatycznymi. Chciał przejść do historii jako kanclerz zjednoczonych Niemiec, a nie jako kanclerz oddanych terytoriów. To zrozumiałe, gdy przyjrzeć się światopoglądowi i obrazowi historii, jakiemu hołdował Kohl. Gdy parę lat temu w trakcie jednego z seminariów na berlińskim Wolnym Uniwersytecie analizowaliśmy przemówienia, które kanclerz wygłosił podczas historycznej wizyty w Polsce w 1989 r., niemieccy studenci nie kryli niedowierzania i zażenowania. Wspominanie przez Kohla „na jednym oddechu” losu Polaków w trakcie II wojny i Niemców po niej, a także inne „uproszczenia” dotyczące historii wzajemnych relacji, nie wynikały tylko i wyłącznie z potrzeby czynienia gestów wobec narodowo-konserwatywnego elektoratu, ale były wyrazem poglądów kanclerza, charakterystycznych dla wielu podobnie myślących Niemców.

Dlatego trudno się dziwić, że kilka miesięcy później Kohl przeszedł do porządku dziennego nad faktem, że kilkunastu posłów frakcji CDU/CSU, w tym Erika Steinbach, głosowało w Bundestagu przeciw uznaniu granicy. Kierując się wyłącznie zmysłem narodowym, zapewne uczyniłby tak samo. Tyle że znacznie bardziej czuł i rozumiał odpowiedzialność – swoją i Niemiec – za pokój i jedność Europy. Również dlatego przejdzie do historii jako polityk wybitny, prawdziwie europejski mąż stanu.

Nie przeszkodziły mu afery

Nie zmieni tego faktu wiedza o aferach i oszustwach z jego udziałem.

W latach 70. XX wieku zachodnioniemiecką opinią publiczną wstrząsnęła tzw. afera Flicka. Przedstawiciele tego koncernu przez lata korumpowali polityków, przekazując wielomilionowe łapówki poszczególnym partiom politycznym. Najwięcej, bo 15 milionów marek, otrzymała kierowana przez Kohla CDU. Gdy kanclerz stanął przed parlamentarną komisją śledczą, jego pamięć wykazała olbrzymie i trudne do wyjaśnienia luki.

Historia powtórzyła się niejako pod koniec lat 90. Kohl musiał znów tłumaczyć się z milionowych kwot, które w bardzo niejasny sposób wpłynęły na konta jego partii. Odmówił wtedy wyjaśnień, tłumacząc, że dał sponsorom słowo, iż nie zdradzi ich tożsamości. To stojące w sprzeczności z prawem stanowisko, a także inne okoliczności sprawy, doprowadziły do dochodzenia prokuratorskiego przeciw Kohlowi, które w końcu umorzono, po wpłaceniu przez niego kary w wysokości kilkuset tysięcy marek.

Wpłacenie tej sumy nie stanowiło dla byłego kanclerza większego problemu. Kilka lat później wyszło na jaw, że po wycofaniu się z polityki otrzymywał przez parę lat znacznie większe  honoraria „za doradztwo” od jednego z najbogatszych niemieckich magnatów medialnych, który w przeszłości bardzo dobrze wychodził na decyzjach rządu Kohla.

Cień pada też na życie prywatne Kohla. Uchodził za przykładnego męża i ojca, dopóki jego żona nie popełniła samobójstwa (w 2001 r.), a synowie nie zaczęli publicznie go krytykować. Wszystko to nie przeszkadzało Kohlowi podkreślać swego przywiązania do wiary w Boga, moralności katolickiej i wartości humanistycznych.

Kohl nie był zatem herosem, świętym bez zmazy ze świata polityki, lecz człowiekiem, któremu mimo licznych wad i ograniczeń udało się zrealizować kilka bardzo ważnych celów dla jego kraju i kontynentu. I nie różnił się w tym od wielu innych wybitnych polityków.

W polskiej pamięci powinien pozostać w uścisku z Tadeuszem Mazowieckim z 1989 roku. W Berlinie właśnie walił się mur, a oni w Krzyżowej kładli podwaliny pod nową Europę. Jesteśmy ich dłużnikami.