Książka „Lekarz z Lampedusy” ukazuje piękną twarz Europy, przyciągającą ludzi ze wszystkich kultur. Ale przypomina też o jej brzydkiej twarzy – o hedonizmie, nihilizmie i narcyzmie.

Ilekroć ksenofobiczne media, publicyści – a czasem także księża – ostrzegają czytelników i słuchaczy przed islamską inwazją na Europę, utożsamiając niewpuszczanie muzułmańskich imigrantów do Europy z obroną cywilizacji zachodniej (w różnych wersjach także europejskiej lub chrześcijańskiej), zastanawiam się, co właściwie kryje się pod postulowanym przez nich pojęciem „cywilizacji zachodniej”.

Zazwyczaj te same media, publicyści – i duchowni – są niezwykle skłonni do krytyki współczesnej Europy i, być może nieco upraszczając (a może wcale nie?), najchętniej widzieliby ją w gruzach. W zasadzie zatem islamskich ekstremistów i europejskich antyislamistów łączy sojusz postulatów.

Jeśli chodzi o Europę – którą cenię i w której, daj Boże, będzie mi dane żyć – to rzeczywiście potrzebuje ona obrońców. Zaangażowanych, wytrwałych, mężnych i cierpliwych obrońców cywilizacji zachodniej. Takich jak Pietro Bartolo, 60-letni lekarz z maleńkiej wysepki Lampedusy na Morzu Śródziemnym.

Bartolo od wielu lat jest na niej ordynatorem Centrum Pomocy i Przyjęć, w związku z czym jest lekarzem pierwszego kontaktu dla przybywających na wyspę z pobliskiej Afryki uchodźców i migrantów. Bardzo często dokonuje także sekcji zwłok tych, których śmierć przyczyniła się do tego, że Mare Nostrum bywa dziś określane „morzem czerwonym od krwi uchodźców i migrantów”.

„Lekarz z Lampedusy” to tytuł książki wydanej przez „Jedność”, która oddaje głos Bartolowi. Ten prosty syn rybaka (jak niemal każdy na Lampedusie) jest świadkiem gigantycznej katastrofy humanitarnej, która każdego roku kosztuje życie tysięcy ludzi marzących o życiu w bogatej, wolnej od wojen i głodu Europie. Statystyki są nieubłagane, każdego roku rośnie liczba ofiar Morza Śródziemnego. W roku 2015 było to 3784 osób, w roku minionym już 5143. W tym roku (stan na 9 czerwca 2017 r.) centralną drogą śródziemnomorską, której najistotniejszym punktem przyjmowania imigrantów jest Lampedusa, dotarło do Europy już 61 234 osób. A ta liczba wzrośnie zdecydowanie, choćby ze względu na zamknięcie przez Unię Europejską i Turcję wschodniej drogi śródziemnomorskiej.

Lekarz z Lampedusy

Pietro Bartolo, Lidia Tilotta, „Lekarz z Lampedusy”. Wydawnictwo „Jedność”, Kielce 2017

Lampedusę z peryferii zainteresowań europejskiej opinii publicznej do jej centrum przeniósł papież Franciszek, który w lipcu 2013 r. odbył tam swoją pierwszą wizytę apostolską. Przypomniał nam wtedy o zbrodni Kaina na bracie Ablu: „«Gdzie jest twój brat?» (Rdz 4,9). To pytanie nie jest skierowane do innych – jest skierowane do mnie, do ciebie, do każdego z nas. Ci nasi bracia i siostry usiłowali wyjść z trudnych sytuacji, by znaleźć odrobinę równowagi i pokoju; poszukiwali lepszego miejsca dla siebie i dla swoich rodzin, a znaleźli śmierć. Jak wiele razy ci, którzy tego szukają, nie znajdują zrozumienia, przyjęcia, solidarności!”. Kilka miesięcy później miało miejsce najtragiczniejsze wydarzenie w historii Lampedusy. 3 października 2013 r. u wybrzeży wyspy zatonął statek, a wraz z nim przynajmniej 360 osób.

Wyspę następnie rozsławił film dokumentalny „Fuocoammare” (pol. „Ogień na morzu”) nakręcony przez Gianfranco Rossiego. Opowiadał on o mieszkańcach wyspy, ich zmaganiach z życiem w tym dość ubogim zakątku Europy. Pokazywał też ich zaangażowanie w udzielanie pomocy humanitarnej tym ludziom, którzy dotarli na ich wyspę, do Europy, w nadziei znalezienia lepszego życia. „Fuocoammare” odniosło wielki sukces, zdobyło główną nagrodę Złotego Niedźwiedzia na festiwalu filmowym w Berlinie w 2016 r.

Między innymi o tych wydarzeniach opowiada „Lekarz z Lampedusy”. Książka unaocznia nam to, co kiedyś o uchodźcach powiedział papież Franciszek „Uchodźcy to nie liczby, tylko osoby: to twarze, imiona, historie życia”.

Pietro Bartolo – z pomocą dziennikarki Lidii Tilotty – przybliża nam rysy ich twarzy, obrazuje ich cierpienia, troski i nadzieje. Wszystko to wpisuje w codzienne życie swojej wysepki, która znajduje się w symbiozie z otaczającym ją morzem. Z jednej strony jest ono dla lokalnych mieszkańców źródłem pożywienia (nierzadko jedynym), a zatem przetrwania, z drugiej jednak jest ono źródłem przekleństwa, śmierci i tragedii. Bartolo odsłania kulisy swojego życia, typowego chłopaka urodzonego na Lampedusie, który strzelał niegdyś z procy do ptaków, pomagał ojcu w połowach, sam niemal nie stracił życia w morzu, a dziś jest świadkiem heroicznej walki mieszkańców o ocalenie uciekinierów od wojny i biedy. Opowiada o kobietach i dzieciach, których mężowie zostali na ich oczach zabici przez terrorystów, opowiada o okaleczonych przez bandytów mężczyznach, o fatalnych warunkach na łodziach przemytników, o niegojących się bliznach i oparzeniach, o sprzedawaniu organów za cenę niepewnego transportu do Europy.

Lektura książki, jak łatwo się domyślić, nie przyniesie pięknych doznań estetycznych. Jest jednak znakomitym przyczynkiem do refleksji nad Europą. Czym ona dla nas jest, jaką wartość stanowi przywilej mieszkania w niej? Czy odpowiedzią na jej kryzys, o którym mówią właściwie wszyscy współcześni myśliciele, ma być jej zniszczenie, jak chcieliby tego fundamentaliści: czy to islamscy, czy to konserwatywno-chrześcijańscy?

„Lekarz z Lampedusy” streszcza jak w pigułce to, czym jest Europa. Z jej piękną twarzą, która przyciąga tu co raz to nowych ludzi ze wszystkich kultur świata, aby partycypować w jej dobrocie społecznym, politycznym i ekonomicznym, ale przypomina także o brzydkiej twarzy Europy: hedonizmie, nihilizmie i narcyzmie.

Jest kilka miejsc, gdzie naprawdę wytrwale broni się pięknych wartości cywilizacji zachodniej. Z tego punktu widzenia dziś stolicą Europy nie jest Berlin, Paryż ani Bruksela. Jest nią Lampedusa.