Plemienna logika konfliktu politycznego uczy społecznej niedojrzałości i uniemożliwia racjonalną ocenę wypowiadanych publicznie słów.

Cały problem z przemówieniem premier Beaty Szydło w byłym obozie koncentracyjnym Auschwitz z okazji obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady wynika z jego ostatniego akapitu: „Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Po wypowiedzeniu tych słów Beata Szydło odłożyła przygotowany wcześniej tekst wystąpienia i dodała jeszcze kilka osobistych podziękowań zamykających przemówienie.

Nie jest więc tak, że cytowane słowa zostały przez niechętne media lub polityków szczególnie złośliwie wyrwane z szerszego kontekstu. Konstrukcja wystąpień publicznych polityków w miejscach upamiętniających wielkie tragedie wymaga zazwyczaj, aby w ostatnim akapicie lub fragmencie albo odwołać się do jakiejś ponadczasowej myśli lub obserwacji (np. wybranego cytatu z powszechnie znanego tekstu lub dzieła kultury), albo też wezwać do kultywowania pamięci o ofiarach, stanowiącej trwałe memento dla teraźniejszych i przyszłych pokoleń.

Zapewne takie były też ogólne intencje twórcy lub twórców przemówienia, wskazujących na Auschwitz jako „wielką lekcję” i bez wątpienia słusznie postulujących, aby taka hekatomba więcej się nie powtórzyła. Intencje te zostały jednak ujęte i zapisane w sposób wybitnie nietrafiony i zdradzający przemożny wpływ bieżącej, czysto PR-owej logiki sporu politycznego w Polsce.

Jak głosi znane anonimowe porzekadło, mówca publiczny – a przede wszystkim polityk – powinien jednak brać pod uwagę trzy czynniki: czas, miejsce i okoliczności. Zakończenie przemówienia wyraźnie nawiązuje do „dzisiejszych niespokojnych czasów”. A więc epoki zamachów terrorystycznych. Czy można je powiązać i kojarzyć z państwowymi praktykami ludobójstwa stosowanymi przez reżim hitlerowski i jego fabryki śmierci? Nie. Ani nie te czasy, ani nie ci sami ludzie, ani w końcu cele i metody.

Nie ma co się dziwić, że premier zarzucono zbyt łatwe przerzucenie mostów między obydwoma zjawiskami, skoro sformułowania „bezpieczeństwo i życie obywateli” używa (przykładem może być niedawna debata w Sejmie nad wotum zaufania dla ministra obrony narodowej) niemal wyłącznie dwóch kontekstach: walki z terroryzmem i niechęci do przyjmowania uchodźców.

Tych ostatnich sama premier, jak i podległa rządowi telewizja, nieustannie, metodycznie i uporczywie łączy z zamachami terrorystycznymi i w rzeczy samej – z zagrożeniem bezpieczeństwa obywateli.

Czym innym jest w XXI wieku „bezpieczeństwo obywateli”, a czym innym tragedia Szoah

Użytego w zakończeniu przemówienia w Auschwitz retorycznego zwrotu „trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli” przy nawet najlepszej dobrej woli odbiorcy nie można rozumieć inaczej niż jako sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców, tak mocno artykułowany przez szefową rządu lub ministra spraw wewnętrznych przy bardzo wielu okazjach. Zatem: czym innym jest w XXI wieku „bezpieczeństwo obywateli”, a czym innym tragedia Szoah.

Z ostatniego akapitu przemówienia niedwuznacznie wynika też, iż Auschwitz był dowodem na to, że w jakimś momencie historii nie zrobiono „wszystkiego, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Pytanie tylko, kto tego nie zrobił? Władze II RP, prezydent Ignacy Mościcki i marszałek Edward Rydz-Śmigły? Sprzymierzeńcy z Zachodu? Zwykli obywatele Polski przedwrześniowej? A może Armia Krajowa i Państwo Podziemne?

Takie proste pytania można byłoby ironicznie mnożyć… Faktem pozostaje, że – używając najbardziej delikatnych i łagodnych określeń – zakończenie w sumie dość poprawnego przemówienia premier w dawnym obozie zagłady było niefortunne, nietrafne i nieadekwatne.

Dziwię się wszelkim karkołomnym próbom obrony tej ewidentnej wpadki komunikacyjnej. Plemienna logika konfliktu politycznego w naszym kraju wydaje się uniemożliwiać racjonalną i obiektywną dyskusję nad słowami wypowiadanymi publicznie i przed kamerami telewizyjnymi przez polityków i przywódców. Uczy też swego rodzaju niedojrzałości społecznej, gdyż utrudnia zwolennikom lub przeciwnikom danego polityka bezstronne i pozbawione emocji stwierdzenie, że ten lub ta powiedzieli lub zrobili coś złego lub dobrego, niezależnie od tego, czy darzymy ich swoim poparciem.

Święty Filaret Moskiewski (Drozdow) napisał kiedyś, że przed każdym wypowiedzianym słowem należy zastanowić się, jakie przyniesie ono skutki. Niestety, o tej prostej prawdzie nasi liderzy ze wszystkich stron barykady już dawno zapomnieli.