Wybór Polski do Rady Bezpieczeństwa ONZ nie jest świadectwem zaufania do polskiej demokracji, jak chciałby to widzieć rząd.

Rząd i pozostające pod jego kontrolą media odtrąbiły sukces. 190 głosami do zera Polska została przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych wybrana na najbliższe dwa lata rotacyjnym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Ponowne dołączenie Polski do grona niestałych członków najważniejszego gremium odpowiedzialnego za bezpieczeństwo globalne (oficjalnie rozpoczniemy kadencję 1 stycznia 2018 roku) to dobra wiadomość. Jednak przekaz, zgodnie z którym wybór ten stanowi dowód rosnącej pozycji międzynarodowej naszego kraju – a być może nawet jest ważniejszy od uczestnictwa w Unii Europejskiej lub innych organizacjach świata euroatlantyckiego – wyraża bezradność naszej dyplomacji.

Polskie władze starają się odnieść jakiekolwiek zwycięstwo w polityce międzynarodowej

Niedawna porażka rządu w związku z odnowieniem mandatu przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, niewielkie realne osiągnięcia na rocznicowym szczycie Unii w Rzymie, mało odczuwalny w praktyce sukces lansowanej przez ośrodek prezydencki koncepcji Trójmorza czy w końcu, przewlekły konflikt z Komisją Europejską oraz organami Rady Europy w kwestii przestrzegania praworządności powodują, że władze dramatycznie starają się odnieść jakiekolwiek zwycięstwo w polityce międzynarodowej.

Gdy dodamy do tego słabą pozycję szefa naszej dyplomacji zmuszonego po tak wielu porażkach i wpadkach wizerunkowych do stałej walki o przetrwanie w składzie gabinetu Beaty Szydło, nasuwa się prosty wniosek, iż z dołączenia Polski do Rady Bezpieczeństwa próbuje robić się spektakl, zacierając przy tym w świadomości publicznej zadania, jakie moglibyśmy postawić przed sobą przy okazji pełnienia dwuletniego mandatu niestałego członka RB ONZ.

Długoletnia obecność

Od początku istnienia ONZ Polska pięciokrotnie zasiadała w gronie niestałych członków Rady, w tym cztery razy w okresie PRL. Po raz pierwszy znaleźliśmy się na tym forum w latach 1946-47, jeszcze w czasach, gdy w Warszawie urzędował Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego, w którego skład, obok polityków PPR, wchodził również wicepremier Stanisław Mikołajczyk i działacze PSL.

Dwa razy zostaliśmy wybrani na niestałego członka RB w czasach rządów Władysława Gomułki (lata 1960-61 oraz 1970-71), kończąc kadencję już w epoce gierkowskiej. Po raz ostatni w PRL okazja taka przydarzyła się w czasie apogeum stanu wojennego (lata 1982-83). Potem, po 1989 roku, zostaliśmy wybrani do Rady, gdy władzę sprawowało SLD, a premierem był Włodzimierz Cimoszewicz.

Siłą rzeczy – i chcąc uniknąć dysonansu poznawczego wśród swoich zwolenników wyznających twardą narrację antykomunistyczną i negującą osiągnięcia III RP – rząd i prorządowe media nie eksponowały liczącej od powstania ONZ dziewięć lat historii polskiej obecności na forum RB. Niemniej MSZ cytuje na swojej stronie internetowej ministra Waszczykowskiego, który mówi, że „czekaliśmy ponad dwadzieścia lat na powrót do RB jako niestały członek”.

Dowód uznania, czy zwykła praktyka?

Obok pięciu stałych członków RB, ciało to liczy 10 niestałych członków, wybieranych na dwuletnią kadencję. Od co najmniej dwóch dekad w międzynarodowej debacie publicznej mówi się o konieczności reformy tego ważnego organu, którego skład bardziej odpowiada realiom świata tuż po zakończeniu II wojny światowej niż XXI wieku.

Sama obecność danego kraju w grupie niestałych członków RB ONZ wynika w sposób pośredni z  ustroju ONZ i zapisów Karty Narodów Zjednoczonych. Już w preambule tego dokumentu podpisanego w 1945 roku znajdziemy fragment mówiący o „równości narodów wielkich i małych”. Dlatego prawo wyboru na niestałego członka przysługuje bez wyjątku każdemu krajowi członkowskiemu ONZ, przyporządkowanemu do konkretnych regionów, którym z kolei należy się określona ilość rotacyjnych miejsc.

Polska znajduje się w  grupie Europy Wschodniej, której przysługuje jedno miejsce. Od 1989 roku niestałymi członkami RB z naszego regionu były już: Rumunia (wybrana dwukrotnie, co ciekawe, po raz pierwszy jeszcze za czasów dyktatury Nicolae Ceaușescu!), Węgry, Czechy, Słowenia, Ukraina (również dwukrotnie), Bułgaria, Słowacja, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Azerbejdżan oraz Litwa.

Historia obecności różnych krajów świata w RB udowadnia, że wybór do grona członków niestałych wcale nie jest dowodem ani szczególnego uznania polityki danego państwa na arenie międzynarodowej, ani też wzorowego przestrzegania w ich polityce wewnętrznej standardów demokracji i praworządności.

Niemniej dla wielu państw europejskich powstałych w ostatnich dekadach (Czechy, Słowacja, kraje postjugosłowiańskie oraz z obszaru poradzieckiego) dołączenie do elitarnego grona kilkunastu niestałych członków RB stanowiło spory atut wizerunkowy, świadczący o zadomowieniu się w polityce globalnej i skomplikowanym systemie relacji międzynarodowych.

Obecny wybór Polski nie jest więc, jak chciałby to widzieć rząd, świadectwem zaufania do polskiej demokracji. Zwłaszcza, że w listopadzie ub. r. Komitet Praw Człowieka – pomocniczy organ współpracujący ze Zgromadzeniem Ogólnym ONZ – skrytykował Warszawę w swoim raporcie za brak publikacji wszystkich wyroków Trybunału Konstytucyjnego oraz nasilenie mowy nienawiści w mediach i debacie publicznej, a szczególnie za obecność w nich wypowiedzi o charakterze rasistowskim i dyskryminacyjnym ze względu na pochodzenie lub religię (dotyczących głównie imigrantów i muzułmanów).

Życzenia a rzeczywistość

Kraj dołączający do grona niestałych członków RB powinien szanować w polityce wewnętrznej i zewnętrznej zapisy Karty NZ. W artykule 23 pkt 1 tego dokumentu zwraca się uwagę, że wybór na niestałego członka dokonywany jest „mając specjalnie na uwadze przede wszystkim wkład poszczególnych członków do utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”. Rozdział VI Karty zachęca zaś, aby wszyscy członkowie RB promowali pokojowe rozwiązywanie sporów międzynarodowych w duchu dialogu, poszanowania i dążenia do konsensu.

W rozdziale IX przypomina się, że kraje członkowskie ONZ (a więc także członkowie RB) powinni „zapewnić powszechne poszanowanie i przestrzeganie praw człowieka i podstawowych wolności dla wszystkich bez względu na rasę, płeć, język lub wyznanie” (art. 55 c).

Czy obecny rząd w pełni wywiązuje się z tych zobowiązań (np. w kwestii przyjmowania imigrantów), a przynajmniej czy choćby używane przez niego retoryka i styl uprawiania polityki międzynarodowej są nastawione na dialog i koncyliację – można mieć istotne wątpliwości. Szczególnie po dość agresywnych wystąpieniach premier Szydło, zachęcającej Europę Zachodnią do „wstania z kolan” i położenia tamy poprawności politycznej.

Minister Waszczykowski tuż po wyborze Polski do grona niestałych członków RB oświadczył Polskiej Agencji Prasowej, że włączymy się w rozwiązywanie przewlekłych konfliktów: na Ukrainie, Bliskim Wschodzie i Afryce. To z pewnością dobry kierunek, choć w przypadku bardziej oddalonych od naszego kraju konfliktów powinniśmy włączyć się przede wszystkim w pomoc humanitarną.

Szef dyplomacji zauważył też, że Rada może się zająć problemem imigracji. Czy Polska będzie miała w tej sprawie jedynie niechętną przyjmowaniu uchodźców i pełną ideologicznych klisz odpowiedź, jaką głosi nieustannie rząd? Byłby to zły sygnał dla całej Rady Bezpieczeństwa.