Oscar 2017 za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dopóki nie dostrzeżemy i nie zaakceptujemy tego, o czym opowiada Farhadi, nie zrozumiemy ani islamu, ani islamskiej teokracji.

Kino irańskie ma wiele twarzy, a hasło o najważniejszej ze sztuk ma w przypadku tej kinematografii znaczenie szczególne.

Kiedy w 1979 roku został obalony szach Reza Pahlavi i władzę w Teheranie przejęli ajatollahowie, świat Zachodu zamknął się na Iran. Nieważne, że szach wręcz manifestujący tęsknotę za zachodnią demokracją w istocie rządził żelazną ręką państwem policyjnym. Powołanie republiki islamskiej, a więc de facto powołanie do życia teokracji, budziło co najmniej mieszane uczucia. Świat zwyczajnie nie rozumiał tego, co się w Iranie stało.

Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z pojawieniem się Abbasa Kiarostamiego. Instruktor filmowy w Instytucie Intelektualnego i Artystycznego Rozwoju Dzieci w Teheranie zaczął kręcić filmy tak, by nawet dzieci go zrozumiały, sięgając w ten sposób do korzeni kina. A że jego opowieści o najprostszych emocjach były jednocześnie opowieściami o filmowcach i ich pracy, wzbudził zainteresowanie krytyki i otworzył świat na kino irańskie. Bohaterowie jego filmów (nagrodzony Złotą Palmą „Smak wiśni” czy „Uniesie nas wiatr”) mówili: spójrzcie na nas, jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wy, teokracja – rozumiana jako nadrzędność religii w życiu codziennym – nie przeszkadza nam żyć i choć wyjaskrawia pewne problemy natury uniwersalnej, ale też pomaga w utrzymaniu moralnej czystości.

To tylko jedno z obliczy tamtego kina. Równie mocno zabrzmiały głosy neorealistycznego poety Majida Madijiego (Oscar za „Dzieci niebios”), buntownika Jafara Panahiego („Biały balonik”, „To nie jest film”, „Teheran-Taxi”), który za swoją postawę płaci 20-letnim zakazem pracy w zawodzie, czy radykała Mohsena Makhmalbafa („Dywan”, „Cisza”, „Kandahar”), który zapędził do kamery swoją żonę i córki.

Dzisiejsze kino Iranu ma twarz Asghara Farhadiego, w ciągu pięciu lat dwukrotnego laureata Oscara (za „Rozstanie” i „Klienta”), a także – między innymi – Złotego Globu, Złotego Niedźwiedzia i nagrody za reżyserię w Cannes.

Jego filmy nie muszą już nikogo przekonywać, że Irańczycy są takimi samymi ludźmi jak my. Farhadi każe się zatrzymać przy swoich bohaterach i pytać o sens podejmowanych przez nich działań. „Wszystko o Elly” opowiada o grupie przyjaciół, którzy szukają dziewczyny dla jednego z nich, by go zniechęcić do ponownego wyjazdu za granicę. Z kolei bohaterka „Rozstania” gotowa jest do emigracji, ale jej mąż wolałby na miejscu opiekować się cierpiącym na Alzheimera ojcem. Wreszcie bohater „Klienta” jest świadkiem napaści obcego mężczyzny na żonę: jak powinien zareagować? Każda z postaci odczuwa pewien dyskomfort: stanowione w imię religii prawo, obyczaj, wreszcie konwenans nakazują postąpić inaczej, niż podpowiada serce czy rozum.

W świecie Farhadiego rozwiązania podpowiadane przez kulturę Zachodu nie sprawdzają się

Przyjrzyjmy się bliżej bohaterom „Klienta”: Rana i Emad (jakże wyraziście, jakkolwiek subtelnie zagrani przez Taraneh Alidoosti i Shahaba Hosseiniego, laureata festiwalu w Cannes za tę rolę) z powodu katastrofy budowlanej zmuszeni są szukać nowego mieszkania. Przyjaciel poleca im lokal nie do końca jeszcze opuszczony przez poprzednią lokatorkę – jak się okaże, prostytutkę. Profesja kobiety budzi niesmak Rany, z czasem jednak będzie dla pary kluczowa i brzemienna w skutki. Kiedy pewnego dnia Emad wraca do domu, nie zastaje żony, zaś w łazience jest mnóstwo potłuczonego szkła i ślady krwi. Wszystko wyjaśnia się w szpitalu: do mieszkania wtargnął obcy i zaatakował Ranę. Nie jest to powiedziane wprost, ale można domyślać się charakteru ataku: kobieta została zgwałcona. To dlatego mąż nie chce wzywać policji, sam podejmuje próbę odnalezienia sprawcy, który pozostawił po sobie w mieszkaniu mnóstwo śladów – w tym telefon komórkowy i kluczyki do samochodu, a także pewną odliczoną kwotę.

Potrzeba pomszczenia zniewagi, jaka go dotknęła, jest Emadowi w gruncie rzeczy obca. Czuje się człowiekiem nowoczesnym, otwartym na świat, wraz z żoną wystawił przecież „Śmierć komiwojażera” Arthura Millera na deskach amatorskiego(?) teatru, przy pełnej widowni. Mając w ręku wiele nitek prowadzących do intruza, który wtargnął do jego domu, zwleka z podjęciem działania. Ale pewnego dnia…

W ostatniej scenie filmu Rana i Emad szykują się do kolejnego spektaklu „Śmierci komiwojażera” – bez dawnej emocji i radosnego oczekiwania na wyjście na scenę. Na ich twarzach maluje się zobojętnienie, ale i świadomość gorzkiej porażki: w ich świecie rozwiązania podpowiadane przez kulturę Zachodu nie sprawdzają się. Być może jesteśmy częścią tej samej cywilizacji, ale mamy prawo do różnego spojrzenia na świat. Nie dlatego, że islam rządzi się innymi prawami, ale dlatego, że mamy różną – choć podobną – wrażliwość, kształtowaną przez inną tradycję i wzorce kulturowe.

Dopóki tego nie dostrzeżemy i nie zaakceptujemy, nie zrozumiemy ani islamu, ani islamskiej teokracji. I zawsze zaskakiwać nas będą ludzie szukający własnych rozwiązań dobrze znanych, także nam, spraw i problemów.