„Fafarułej” może uchodzić za powieść osobną w dorobku Jerzego Sosnowskiego. Ale wierni fani pisarza znajdą w niej charakterystyczne cechy jego twórczości. 

Nowa powieść Jerzego Sosnowskiego mówi o potrzebie wiary i drodze, jaką należy przejść, aby przy zachowaniu dziecięcej wrażliwości umieć odnaleźć prawdziwy cud, który w dorosłym życiu niezwykle łatwo zgubić. Chociaż może się mylę – mogę, bo przecież wszystko wydarzyło się tak bardzo dawno temu.

Może uchodzić „Fafarułej” za powieść osobną w dorobku pisarza. Pozycję trudną, bo wymagającą od czytelnika maksymalnego skupienia, aby poznając pozornie błahe historie zatopione w banalnej codzienności gierkowskiej Polski, nie przegapił momentów ważnych, dla samego bohatera najważniejszych. Nie jest natomiast nowa książka Jerzego Sosnowskiego rzeczą zaskakującą jego wiernych czytelników, ponieważ w dalszym ciągu trzyma się pisarz swoich ulubionych literackich zabiegów i trików, wpisując „Fafarułej” w charakterystyczny dla swojej twórczości schemat.

W banalnej codzienności gierkowskiej Polski bohater „Fafarułej” przeżywa drobne zderzenia z tajemnicą

Cud, czy raczej potrzeba cudu, która wyrwie bohatera z szarej rzeczywistości zagonionej Warszawy, to motyw pojawiający się w twórczości pisarza od debiutu, czyli „Apokryfu Agłai” (2001), gdzie bohater – zdolny pianista – zakochuje się nieszczęśliwie, co prowadzi do przerwania jego muzycznej kariery, w którą wierzy jego toksyczna matka. W „Prądzie zatokowym” (2003) redaktor telewizyjnego programu o zjawiskach paranormalnych trafia na trop kobiety, która przed laty przewidziała przyszłość Polski, zaś w „Instalacji Idziego” (2009) dziennikarz poznaje dorosłego syna, który podobno posiada nadprzyrodzone zdolności (narrator uprzedza, że jest to historia, w którą czytelnik nie uwierzy). W jednej z ostatnich powieści, „Spotkamy się w Honolulu” (2014), cudem wyrywającym bohatera z codziennej rutyny jest miłość wykraczająca poza ramy „zwyczajnego” uczucia.

A jak rzecz ma się w nowej książce? Jarek Wolski przeżywa pierwsze zauroczenia. Jest druga połowa lat siedemdziesiątych w gierkowskiej Polsce, która na kilka lat iluzorycznie otworzyła się na Zachód, ale kto mógł wtedy wiedzieć, że chodzi tylko o iluzję wolności, a co dopiero nastolatek, dla którego liczyła się piłkarska reprezentacja Holandii, płyty Abby, szkolne dyskoteki, sklep muzyczny i lektury książek fantastyczno-naukowych. Z czasem, jak to w życiu, młodzieńcze fascynacje muszą ustąpić miejsca tym bardziej ambitnym i poważniejszym, więc pojawiają się płyty SBB, muzyka Karola Szymanowskiego, dramaty Witkacego, „Gra w klasy” Cortazara, spektakle Adama Hanuszkiewicza w warszawskim Teatrze Narodowym, filozoficzne rozmowy z rówieśnikami w stworzonym przez przyjaciół klubie dyskusyjnym „Ponad”… Ot, przygody nastolatka, który głodny poznania tajemnic świata przechodzi kolejne kręgi intelektualnego wtajemniczenia, wierząc, że stanowi to drogę do czegoś więcej.

W pewnym momencie w tym kalejdoskopie młodzieńczych doświadczeń Wolskiego (polityka jest tutaj sprowadzona do koniecznego minimum) pojawia się potrzeba tajemnicy, bo to w życiu dorastającego dziecka jest znacznie silniejsze niż chęć gromadzenia wiedzy, która okazuje się tylko środkiem do celu. Tak więc Jarko jest kuszony, początkowo nienachalnie, przez religijne i światopoglądowe prądy – ateizm, buddyzm, katolicyzm, racjonalizm… Ze strony chłopaka jest w tym oczywiście więcej ciekawości niż sumiennego poznawania, więcej intuicji i podejrzeń niż światopoglądowej dyskusji – na to przyjdzie jeszcze czas. Niemniej to te drobne zderzenia z tajemnicą kształtują wrażliwość bohatera i one wzbudzają w nim metafizyczny niepokój, że to, co zna i co go otacza, nie jest wszystkim, co poznał człowiek.

Jerzy Sosnowski, „Fafarułej, czyli pastylki z pomarańczy”, Wielka Litera, Warszawa 2017

Jerzy Sosnowski,
„Fafarułej, czyli pastylki z pomarańczy”, Wielka Litera, Warszawa 2017

Czytelnik obeznany z twórczością Sosnowskiego łatwo dostrzeże mniej lub bardziej świadome wpisanie „Fafarułej” w – tak to nazwijmy – „młodzieńczą trylogię” Sosnowskiego, obok jego poprzedniej powieści „Sen sów” (która pozwala poznać ważny dla autora Kołobrzeg) oraz „Wielościanu” (2001), rozpoczynającego się równo w roku 1980, czyli w końcówce karnawału „Solidarności”, czasie cenzury politycznej i występu Kory Jackowskiej na festiwalu w Opolu ’80, gdzie charyzmatyczna wokalistka rzucała słynną frazę „Boskiego Buenos”, będącego parafrazą fragmentu powieści „Żeby cię lepiej zjeść” Eduarda Kieffera i niejako ścieżką muzyczną ówczesnych czasów.

To, co łączy te trzy powieści, to zakorzenienie ich we wspomnieniach samego pisarza, czego autor raczej nie ukrywa, bo już na początku swojej pisarskiej drogi o „Wielościanie” mówił m.in., że to „prawdziwe i zmyślone historie moich rówieśników. Losy ludzi, z którymi minąłem się w czasie. Kilka ważnych miejsc. A wszystko, żeby powstała z tego wielościenna mapa świata. Żeby się odnaleźć”. Ale nie to jest najważniejsze, bo ciągle najważniejsza jest tajemnica i potrzeba cudu. W posłowiu do „Fafarułej” pisarz również przyznaje się do korzystania z własnych doświadczeń, a nawet do sięgania do młodzieńczych notatek, gdzie zapisywał wrażenia po teatralnych spektaklach.

Czytając powieści Sosnowskiego, lubię (mimo że dzieli nas pokoleniowa przepaść) wyszukiwać tropy i zagadki, które autor zostawia czytelnikowi. Nazwisko Jarka (Wolski) odnosi się oczywiście do dzielnicy Warszawy, której młodzieniec jest kronikarzem, związanym z nią nie tylko przez adres i przyjaciół, ale i w sposób metafizyczny – to tutaj bohater ciągle powraca (również kiedy jest to podróż w czasie). Interesująca jest też metoda zmian w sposobie prowadzenia narracji, które pisarz wprowadza w zależności od etapu w dorastaniu bohatera – zaczynając od skupiania się na dziecięcej naiwności i kronikarstwie (tak charakterystycznych dla poznającego świat młodego człowieka), po dojrzałe w mniemaniu nastoletnich bohaterów dyskusje światopoglądowe (powtarzane w kolejnych powieściach pisarza), swoiste parafrazy dialogów z czytanej przez nich „Gry w klasy”.

U Sosnowskiego najważniejsza jest tajemnica i potrzeba cudu

Odnajduję też tropy wykraczające poza zamiary samego pisarza. Tak jest już w przypadku samej konstrukcji powieści, która przypomina mi świetny amerykański film „Donnie Darko” (2001). Tytułowy Donnie to nastolatek z zaburzeniami osobowości. Budzi się pewnego razu w środku nocy i za namową tajemniczego przybysza człowieka-królika wychodzi z domu, co ratuje go przed śmiercią. Od tego momentu zostaje zaburzona linearność czasu, zaś sam Donnie musi wykonywać kolejne zadania, których sensu nie rozumie, ale z czasem widz (i sam bohater) dowiaduje się, że wszystko dzieje się, aby zapobiec przeznaczeniu.

U Sosnowskiego linearność opowieści również zostaje przerwana, a co jakiś czas pojawia się tajemnicza maskotka Myślikrólik, który opowiada historię ze swojej perspektywy – jest kimś pomiędzy porzuconym artefaktem dzieciństwa a mędrcem wiedzącym, jakie pułapki czekają na bohatera, gdy dzieciństwo się zakończy. A kiedy to nastąpi? Ano wtedy, gdy naiwność i wiarę zajmie twardy racjonalizm – wtedy bohater zrozumie, że poznany w dzieciństwie hit zespołu Slade to nie „Fafarułej”, lecz „Far far away”. Ale przecież to się nigdy nie musi stać, prawda?