To wspaniale, że mieliśmy w Polsce tak wyjątkowego naukowca, prawnika i socjologa. Choć twierdził, że nie jest żadnym z nich, ustanowił swoisty wzorzec każdego z tych zawodów.

Na początku swoich studiów prawniczych przechodziłem głęboki kryzys związany z serwowaną mi przez kadrę naukową nieżyciową, martwą literą prawa. Miałem dojmujące wrażenie, że trafiłem na kurs łopatologicznego kształcenia czeladników, którzy mają specjalizować się w klasyfikowaniu rzeczywistości pod taką czy inną normę prawną.

W wyjściu z tego stanu przygnębienia pomógł mi m.in. wywiad z prof. Wiktorem Osiatyńskim, który okazał się wiosną 1999 roku w niszowym czasopiśmie „Edukacja Prawnicza”. Zrobił na mnie duże wrażenie – mimo że był kolejną rozmową z „prawniczym VIP-em”, to właściwie w ogóle nie dotyczył kwestii prawnych, natomiast bardzo dobitnie nazywał problemy, które podskórnie wyczuwałem od momentu uzyskania indeksu.

Z tego krótkiego wywiadu udzielonego Piotrowi Grabarczykowi wyłania się obraz wyjątkowego człowieka, jego motywacji i pasji, którymi zaraził bardzo wiele osób, w szczególności prawników młodszych pokoleń (mnie pchnął do spotkań z Wiktorem Osiatyńskim m.in. w ramach Szkoły Praw Człowieka Fundacji Helsińskiej).

Prowadził wykłady i na czołowych światowych uniwersytetach, i w najcięższych zakładach karnych

W rozmowie Profesor bardzo krytycznie oceniał nie tylko ścieżkę edukacyjną prawników, ale generalnie polską metodę akademicką, którą określił wręcz jako „destrukcyjną”. Przytaczał wyniki badań, wedle których wiedza polskiego absolwenta szkoły średniej plasuje się na dwa razy wyższym poziomie niż wiedza jego odpowiednika na Zachodzie, ale po paru latach studiowania relacje są odwrotne – absolwent studiów w Polsce reprezentuje trzykrotnie niższy poziom wiedzy niż absolwent uczelni zachodnich.

Mimo że Osiatyński pracę doktorską napisał z zakresu socjologii, a habilitował się z dziedziny prawa, to nie czuł się zbyt się dobrze ani w skórze socjologa, ani prawnika. Ścieżkę prawniczą wybrał z uwagi na to, że… interesował go teatr i literatura. Stosunkowo nieskomplikowany charakter kształcenia prawników umożliwiał zarówno regularne wizyty w teatrze (głównie od II aktu, z racji braku biletu…), jak i w bibliotece, gdzie Osiatyński przeczytał wiele książek, z których – jak opowiada – żadna nie dotyczyła prawa. Zdobyte uniwersalne wykształcenie prawnicze dawało mu przede wszystkim szansę na zostanie w przyszłości reżyserem teatralnym (sic!).

Swojej fascynującej osobowości zawdzięcza, że nie stał się taśmowo produkowanym „rzemieślnikiem od prawa”. Z jednej strony nigdy nie przestał szukać odpowiedzi na fundamentalne pytania, które towarzyszyły mu od czasów licealnych: „skąd się wzięło dobro i zło, skąd się bierze poznanie, na ile ono jest pewne, na ile jest niepewne, na ile poznanie jest obiektywne?”. Z drugiej zaś strony, starając się „zrozumieć” i „poznać świat” (takie tytuł nosiły jego wywiady rzeki z naukowcami, a później także audycja radiowa), potrafił niemal z dnia na dzień porzucić„wielkie naukowe pytania i sprawy” (w tym tak bardzo kojarzone z nim prawa człowieka i konstytucję). Robił to, żeby zająć się tak „przyziemnymi” tematami, jak: uczucia, emocje, pojęcie wstydu, lęku, wdzięczności, wybaczenia, jako te cechy życia duchowego i psychicznego, które potrzebne są człowiekowi do satysfakcji z życia.

Z niesłychaną maestrią potrafił w swoich wypowiedziach łączyć różne dziedziny, dochodząc do fenomenalnych i zaskakujących dla słuchaczy wniosków. Pod tym względem był wśród polskich prawników, w tym konstytucjonalistów, absolutnym ewenementem. Prowadził wykłady i warsztaty zarówno na czołowych amerykańskich i europejskich uniwersytetach (m.in. Columbia, Stanford, Harvard, Budapeszt), jak i w najcięższych zakładach karnych. Imponował ogromną wiedzą, erudycją i dorobkiem. Trudno wskazać innych Polaków, którzy tak dogłębnie przeanalizowaliby amerykańską myśl społeczno-polityczną, wydając na przełomie lat 70. i 80. aż sześć wyczerpujących monografii.

Mówił: codziennie się modlę do Boga, jakkolwiek go nie rozumiem

Szczególnie ujmująca dla mnie była jego otwartość na drugiego człowieka, wrażliwość oraz, tak rzadki wśród prawników i „akademików”, brak wyniosłości i zorientowanie na człowieka z jego „ludzkimi biedami”, jak powiedziałby ks. Józef Tischner. Wynikało to z jednej strony z wszechstronnych zainteresowań Profesora, z drugiej zaś z przebycia wyjątkowej, jak na polskie warunki, ścieżki wychodzenia z wieloletniego alkoholizmu. To ostatnie doświadczenie – jak mówił potem Brygidzie Grysiak w TVN – stanowiło drogę poznawania i kształtowania własnych uczuć, zdolności relacji i wyznaczania granic. Mam wrażenie, że to właśnie ta zdolność do krytycznej autorefleksji czyniła jego osobę autentyczną i tak pociągającą dla wielu, którzy się z nim spotkali.

Pisząc tekst dla „Więzi”, trudno nie przypomnieć jego słów dotyczących istoty człowieczeństwa i stosunku do Boga. „Tak naprawdę człowieka nie określa maska, tylko to, co jest w środku. To, co robię, jest obojętne, ważne że wiem, kim jestem”. I dalej (z wywiadu z red. Grysiak): „[…] nie mogę zmienić ludzi, nie mogę zmienić miejsc, nie mogę zmienić także różnych decyzji, ale mogę zmienić swoje nastawienie, mogę zmienić siebie. To jest bardzo ważne. Ja w ogóle codziennie się modlę do Boga, jakkolwiek go nie rozumiem. Tak samo jak parę razy dziennie wyliczam sobie przynajmniej pięć rzeczy, za które mogę być wdzięczny. Tu i w tej chwili. Bo nauczono mnie, że jednocześnie nie można mieć emocji przykrej, dolegliwej i pozytywnej”.

To wspaniale, że mieliśmy w Polsce tak wyjątkowego naukowca, prawnika i socjologa. Choć wielokrotnie twierdził, że nie jest żadnym z nich, ustanowił swoisty wzorzec każdego z tych zawodów. Jestem też przekonany, że z bogatej biblioteki jego tekstów i wypowiedzi, które pozostawił  – nie tylko na prawnicze tematy – będziemy jeszcze długo korzystać, niezależnie od tego, jak bardzo będzie zmieniać się rzeczywistość wokół.