Polsko-czeski festiwal Kino na Granicy czerpie siłę i popularność z wpisanej w to wydarzenie rozmowy bliskich sobie kultur.

Cieszynianie, zamieszkujący wspólne miasto, mówią po dwóch stronach mostu dwoma różnymi językami, ale piją to samo piwo i zajadają się takim samym serem smażonym, który urósł do rangi kulinarnego symbolu festiwalu. Zamiast dwóch stron barykady – zaprojektowana, także dla turystów, osmoza; przenikanie się wzorców polskich i czeskich. A mówiąc ściślej: świadectwo, że związków między sąsiadami nie da się zadekretować, ani tym bardziej uciąć decyzją o zmianie granic. W Cieszynie granica okazuje się zresztą kategorią pojemną i, paradoksalnie, łączy zamiast rozdzielać.

Pogoda na kino

Uczestnicy 19. Kina na Granicy, tradycyjnie rozpoczynającego się wraz z majówką, musieli zmierzyć się z kiepską pogodą, która rozpostarła nad całym krajem czarne chmury. I bardzo dobrze, powiedziałby ktoś złośliwy – chcieli siedzieć w kinie, to niech siedzą. Choć pogląd, że oglądanie filmów jest rozrywką zasadniczo antyplenerową, wydaje się zgodny ze zdrowym rozsądkiem, to przeczy podstawowej prawdziwe o sezonowych festiwalach kulturalnych. Cała przyjemność właśnie w tym, by scenerią wiosennych i letnich imprez dla kinomanów była pora roku w pełnym rozkwicie, żeby wyjście z kina napawało radością, a nie lękiem. Nawet Cieszyn traci wiele ze swojego uroku, jeśli trzeba przemykać z knajpki do knajpki w zimowym płaszczu i ze składanym parasolem w ręce. Nie o taki klimat walczą łowcy filmowych nowości.

A także klasyki, która zajmuje pokaźną część festiwalowego programu. Często właśnie w niej najlepiej jest pobuszować, by odreagować bieżące porażki rodzimego kina (o których poniżej). Z wielką satysfakcją nadrobiłem „Mniejsze niebo” Janusza Morgensterna z Romanem Wilhelmim z 1980 r., czyli poczętą z ducha egzystencjalizmu i przesiąkniętą rozpaczą kameralną opowieść o mężczyźnie, który próbował wycofać się ze świata, by nawiązać z nim relację na nowo (film pokazywany był w ramach retrospektywy Allana Starskiego). Odrestaurowana cyfrowo „Smuga cienia” z 1976 r., polsko-brytyjska adaptacja prozy Josepha Conrada, należy do mniej znanych filmów Andrzeja Wajdy, lecz w arcyciekawy sposób udowadnia, że nasz reżyser czuł się jak ryba w wodzie również w produkcjach międzynarodowych (Kino na Granicy pokazało też jego francuskojęzycznego „Dantona” z 1982 r.). Miłośnicy kina czeskiego także mieli w czym przebierać: od „Żartu” Jaromila Jireša na podstawie powieści Milana Kundery z 1968 r. do czechosłowackich komedii w rodzaju rubasznego „Drodzy przyjaciele, tak!” Dušana Kleina o perypetiach dyrektora przedsiębiorstwa produkującego ceramikę sanitarną. Bezpretensjonalna atmosfera festiwalu sprzyja temu, by kuriozalne niekiedy starocie oglądać z odpowiednim przymrużeniem oka.

Miłość w kraju ogrodów

Inaczej wygląda to w przypadku najnowszego kina polskiego, które siebie – i widza – traktuje zwykle bardzo poważnie. Kino na Granicy to świetna okazja, by nadrobić najważniejsze tytuły z ostatniego roku (w programie znalazły się m.in. „Ostatnia rodzina”, „Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham”, „Pokot”) – a także obejrzeć kilka z tych, które dopiero wchodzą na nasze ekrany. „Szatan kazał tańczyć” Katarzyny Rosłaniec, „Wspomnienie lata” Adama Guzińskiego, „Miłość w mieście ogrodów” Ingmara Villqista i Adama Sikory oraz angielskie „Butterfly Kisses” Rafała vel. Rafaela Kapelińskiego to niezwykle różnorodny zestaw dzieł, które realizują własną wizję kina autorskiego.

Kino autorów – brzmi dostojnie, choć seanse tych filmów były raczej bolesne. Bynajmniej nie dlatego, że widzowie dzielnie towarzyszyli pogrążonym w bolączkach bohaterom. Tzw. kino autorskie to miecz obosieczny: może wprowadzić nas do fascynującego świata twórcy lub do czegoś, co przypomina raczej jego karykaturę. Czy „autorskość” nie przesłania nam czasem innych, ważniejszych elementów filmu?

Nie sposób zaprzeczyć, że „Miłość w mieście ogrodów” to dzieło dwóch artystycznych osobowości. Operator Adam Sikora i dramatopisarz Ingmar Villqist mają na koncie wiele wybitnych osiągnięć i są ważnymi postaciami życia kulturalnego Katowic, w których toczy się akcja ich filmu. Jest jednak rzeczą wręcz niebywałą, jak fatalny film podpisali jako reżyserzy. Nie siląc się na złośliwości – byłoby to kopanie leżącego – powiem tylko, że być może doczekaliśmy się w końcu polskiej wersji „The Room”, kultowego dzieła Tommy’ego Wiseau, nazywanego „Obywatelem Kane’em złych filmów”. W tej opowieści o kryzysie małżeńskiej pary w wieku średnim (Ireneusz Czop i Urszula Grabowska) stężenie pierwiastka autorskiego jest wysokie: świadczą o tym i impresyjne zdjęcia Sikory, pokazującego Katowice jakby zza pokrytej deszczem szyby, i skupienie twórców na teatralnym dialogu Villqista. Całość nie składa się jednak w kameralny dramat sceniczny, ale w niezamierzoną komedię (na premierze niemal cała sala śmiała się głośno w zaskakujących momentach). Żal tylko Michaliny Olszańskiej, jednej z najbardziej obiecujących aktorek młodego pokolenia, która znowu musiała wcielić się w męską fantazję o młodej dziewczynie – zawsze uległej i gotowej na seks (w filmie jest go pod dostatkiem) oraz zainteresowanej nade wszystko starszymi mężczyznami.

Wspomnienie nie lada

W fantazjach o kobiecej i dziecięcej seksualności zanurzone są też „Wspomnienie lata” Adama Guzińskiego oraz „Szatan kazał tańczyć” Katarzyny Rosłaniec. Pierwszy z filmów może uwieść nieśpiesznym, starannie cyzelowanym rytmem oraz skupieniem kamery na twarzach aktorów. W tej opowieści o samotnym chłopcu spędzającym w latach 60. wakacje z matką (znów Urszula Grabowska), podczas gdy ojciec pracuje w odległym mieście, zastanawia perwersyjne niemal skupienie na kompleksie Edypa, jaki miałby podprogowo pojawiać się u chłopca podglądającego najbliższą sobie kobietę, z którą spędzał te wakacje. Choć zapewne pojawią się opinie, że „Guziński maluje ich relację półcieniami”, tak naprawdę jest zupełnie inaczej. W obrębie jednoznacznie zmontowanych ujęć, podkreślających fascynację chłopca ciałem matki, poruszają się papierowe postaci, którym autor nie pozwolił na wewnętrzny rozwój lub rozkwit. Nie wystarczy zaproponować osobisty ton i rozrzucić w scenariuszu tropy kina inicjacyjnego – fałsz kina tworzonego pod tezę zawsze wyjdzie na jaw.

Podobnie z bardziej energetyzującą, lecz równie rozczarowującą propozycją, czyli „Szatan kazał tańczyć” Katarzyny Rosłaniec. Już od czasu debiutu Rosłaniec, „Galerianek”, krzykliwość jest cechą rozpoznawczą jej kina, lecz w najnowszym filmie wynosi ją ona na nowy poziom. „Szatan…” to dzieło otwarte, zbiór kilkudziesięciu wycinków z życia młodej artystki Karoliny (intrygująca Magdalena Berus), które – jak informują plansze początkowe – można ułożyć w dowolny sposób. Przed oczami widzów tasują się więc sceny spontanicznych imprez i spotkań z kochankami, wyjazdów do Berlina, zażywania narkotyków, hipsterskich sesji fotograficznych, słowem: kalejdoskop scenek, w których odnajduje się być może żyjąca na krawędzi aspirująca elita artystyczna. Film nakręcony został w kwadratowym formacie charakterystycznym dla Instagrama, ale daleko mu do radochy, jaką może dawać przewijanie zdjęć znajomych i nieznajomych na smartfonie. W odróżnieniu od bohaterów wspaniałych „Wszystkich nieprzespanych nocy” Michała Marczaka z zeszłego roku życie imprezowo-kryzysowe Karoliny jest wyzute ze słodkiej przyjemności i zwyczajności, odarte z zabawy, która jest przecież często udziałem tych, którzy nie martwią się o to, co przyniesie jutro. Zamiast beztroski – dziwaczny moralitet, portret dziewczyny, który gubi się we własnym mroku.

Pocałunek motyla

Na tle tych autorskich porażek tym większe wrażenie zrobił „Butterfly Kisses” Rafała Kapelińskiego, urodzonego w Toruniu reżysera mieszkającego i tworzącego w Anglii. Czarno-biała opowieść o kilku kumplach z niezamożnej londyńskiej dzielnicy śmiało przekracza ramy małego realizmu, by poszybować w kierunku niemal poetyckiego kina społecznego. Choć oglądamy świat regulowany często zasadą przemocy i pozbawiony sentymentów, to spowija go atmosfera duchowości i refleksji – to zarazem historia chłopca, w którym dojrzewają zakazane przez prawo impulsy seksualne, jak i namysł reżysera nad tym, jak zbliżyć się do takiej postaci, by oddać jej sprawiedliwość. „Butterfly Kisses”, podobnie jak wiele innych filmów zbudowanych wokół finałowego ujawnienia sugerowanej wcześniej tajemnicy, nie spełnia złożonej na początku obietnicy. Portret bohatera z konieczności musi pozostać niedokończony, jego motywy niejasne, a psychologiczna głębia – poza zasięgiem kamery i reżysera. Niemniej, z opisanej czwórki tylko Kapelińskiemu udało się stworzyć pełnoprawny, przekonujący i niekiedy przerażający autorski świat. Metaforyczny pocałunek motyla z jego filmu zawiera w sobie jak najprawdziwszą truciznę.