Literatura postapokaliptyczna złapała drugi oddech, a najciekawsza jest w niej wizja człowieka. Jak na tym tle wygląda powieść posłanki Joanny Muchy?

Wieść o tym, że posłanka PO napisała powieść „Wszystko się stało”, obiegła media lotem błyskawicy. Szczególne poruszenie wywołała wśród miłośników fantastyki. Nic dziwnego. Joanna Mucha zdecydowała się zmierzyć z gatunkiem dość trudnym, bo w ostatnich latach mocno eksploatowanym – literaturą postapokaliptyczną.

Czym jest literatura postapokaliptyczna albo jak ją nazywają fani – postapo? Jak sama nazwa wskazuje to książki (komiksy, filmy, gry komputerowe), których akcja dzieje się po światowym kataklizmie – takim jak wojna nuklearna, epidemia, gwałtowne zmiany klimatu, uderzenie w Ziemię przez gigantyczny meteoryt, który spowodował zagładę cywilizacji. Autorzy skupiają się na pokazaniu losów nielicznych ocalałych.

Gatunek ten rozkwitł w okresie zimnej wojny, z przyczyn chyba oczywistych. To wtedy powstały takie dzieła  jak „Ostatni Brzeg”, „Kantyk dla św. Leibowitza” czy wreszcie filmowy „Mad Max”. Po 1989 roku przyszło pewne uspokojenie. Co prawda ciągle się straszyliśmy końcem świata, zwłaszcza w kinie, ale miało to walor głównie rozrywkowy.

Literatura postapo zakłada, że w skrajnych warunkach człowiek objawi prawdziwą naturę

Ostatnio gatunek złapał jednak drugi oddech. A to dzięki trzem kulturowym fenomenom. Pierwszym jest „Droga” Cormaca McCarthy’ego, wstrząsające arcydzieło z 2006 roku. To jedna z najbardziej przygnębiających, depresyjnych, odbierających nadzieję i wiarę w człowieczeństwo książek, jakie kiedykolwiek powstały. Powieść opisuje wędrówkę Ojca i Syna przez zniszczone Stany Zjednoczone, a popularność zyskała, kiedy nieoczekiwanie poleciła ją w swoim programie Oprah Winfrey.

Drugi to komiks i przede wszystkim serial „The Walking Dead”. Obserwujemy w nim zmagania grupy ocaleńców, którzy próbują przeżyć w świecie opanowanym przez krwiożercze zombie. Wreszcie trzeci fenomen, który dotarł do nas tym razem ze Wschodu. Mowa o serii (a właściwie książkowym uniwersum) „Metro” Dmitrija Głuchowskiego (Dmitry Glukhovsky). Tutaj z kolei opisany jest świat po wojnie atomowej, a ci którzy przeżyli, egzystują w podziemiach moskiewskiego metra. Tworzą tam dziwaczne, podzielone na quasipaństwa społeczeństwo. Seria okazała się na tyle popularna, że powstały wariacje napisane przez innych autorów, dziejące się we Włoszech, Szkocji, a także Polsce.

Najciekawsza w tych postapokaliptycznych dziełach jest wizja człowieka. Wynika to z przekonania autorów, że w skrajnych warunkach człowiek objawi prawdziwą naturę. Nieodmiennie jest ona skrajnie pesymistyczna. Najbardziej widać to u McCarthy’ego, gdzie każde spotkanie z innym oznacza ryzyko śmierci. Nie lepiej jest w „The Walking Dead”. Tylko na początku myślimy, że największym zagrożeniem są zombie. Już wkrótce okazuje się, że bohaterowie powinni najbardziej obawiać się innych ocalonych. W serialu przedstawiono świat, w którym umarła nadzieja i wszelkie zasady. Liczy się tylko brutalna siła i bezwzględność. Ludzie powoli zmieniają w bestie. I, co najgorsze, dotyczy to także naszych bohaterów. Najlepiej jest w „Metrze”. Resztki cywilizacji jako tako się jeszcze trzymają. Ale nawet tam ludzie dzielą się na grupy, które toczą ze sobą nieustające wojny, a życie nie ma wielkiej wartości.

Jak na tym tle wygląda powieść Joanny Muchy? Ta książka niestety raczej się autorce nie udała. Jest niespójna fabularnie i źle skonstruowana.

Składa się z dwóch niezależnych części. Pierwsza to dziennik (chociaż nie do końca) głównej bohaterki, Anny, czterdziestoletniej niezależnej kobiety, zajmującej się prowadzeniem kampanii wyborczych. To właśnie ona jest główną bohaterką książki. Druga część ma już tradycyjnego, trzecioosobowego i wszechwiedzącego narratora. Ale i tutaj główną bohaterką jest Anna. Dlaczego Mucha przyjęła takie rozwiązanie? Trudno powiedzieć. Jeszcze gorzej, że każdej z tych części brakuje wyraźnej puenty. Kończą się nagle, zostawiając bohaterów w zawieszeniu. I znów nie wiadomo, czemu taki zabieg miał służyć. Pojawia się tylko podejrzenie, że autorce brakowało pomysłów. Czy dostaliśmy powieść nieskończoną? Trzeba jednak na obronę „Wszytko się stało” powiedzieć, że całkiem przyjemnie się ją czyta, a autorka nieźle operuje językiem. Gdyby Mucha popracowała nad książką dłużej z redaktorem, mogłoby wyjść coś dużo lepszego.

Natomiast warto tę powieść poznać choćby po to, by dowiedzieć się, jaką wizję człowieka przedstawi nam jedna z najważniejszych i najbardziej znanych posłanek największej partii opozycyjnej.

Powieść Muchy przyjemnie się czyta, choć jest niestety niespójna fabularnie i źle skonstruowana  

U Muchy nie wiadomo, co spowodowało koniec świata. Wiadomo jednak, jakie były jego skutki. Większość ludzi zmieniła się w tzw. dzikich. Pozbawieni ludzkiego rozumu, stali się, działającymi zgodnie z pierwotnymi instynktami, bestiami. Pojawia się tutaj więc pierwszy wielki temat u Muchy – rozmyślania na temat tego, na ile takie istoty można nazwać ludźmi i co z nimi zrobić (takich dylematów nie mają np. bohaterowie „The Walking Dead”). Czy do tego, by nazwać się człowiekiem, wystarczy działające ciało, czy potrzeba czegoś więcej? 

Anna, bohaterka „Wszystko się stało”, mimo wszystko uznaje „dzikich” za ludzi. I konsekwentnie próbuje traktować ich z szacunkiem (nie rezygnując z ostrożności). Udziela im pomocy. Walczy o to, by w choć najmniejszym stopniu przywrócić ich do dawnego świata. Jest to dość optymistyczny obraz postapokalipsy. A wiara Muchy, że jej bohaterka – mimo wszystkiego, co ją spotyka – potrafi zachować życzliwość nawet wobec dzikich, niesie duży ładunek optymizmu. To rzadkie przekonanie wśród twórców gatunku.

Joanna Mucha, „Wszystko się stało”

Joanna Mucha, „Wszystko się stało”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017

Drugim wielkim tematem jest zderzenie współczesnego człowieka z przyrodą. Pokazanie naszej bezradności, gdy nie jesteśmy w stanie pójść do osiedlowego sklepiku, by kupić mleko w kartonie. Wykonywanie czynności, które dla naszych przodków jeszcze sto lat temu było zupełnie naturalne, dla nas stało się niemożliwością. Większość współczesnych straciła podstawowe umiejętności umożliwiające przetrwanie. Jak sugeruje Mucha, zostaliśmy oderwani od realnego świata. Zderzeni z katastrofą, okazujemy się bezbronni jak dzieci.

A co z innymi ludźmi poza Anną? Tutaj wracamy do gatunkowego standardu. Jest źle. Cywilizacja nie jest w stanie podnieść się z upadku. Ludzie w najlepszym wypadku zbierają się w niewielkie grupki. Rzadko współpracują, wolą walczyć. Zwyciężają najniższe instynkty i egoizm. Niewiele się więc różnimy od dzikich, jak zdaje się sugerować autorka. A może być, jak wynika z puenty, tylko gorzej.

Powieść Joanny Muchy pozostawia więc słodko-gorzki posmak i wydaje się potwierdzać diagnozy innych autorów postapokaliptycznych. Ludzka dobroć jest w stanie przetrwać nawet apokalipsę. Ale zniszczy ją spotkanie z drugim człowiekiem.