To uproszczenie, że kiedyś sztuka była „czytelna”, a dzisiaj jest „nieczytelna”. Być może była „czytelniejsza”, ale i tak potrzebowała „tłumaczy”.

Do argumentu „niezrozumienia sztuki” odwołuje się wielu. O takim doświadczeniu mówią nie tylko ci, co przez przypadek znaleźli się na jakiejś wystawie sztuki współczesnej, ale odwołują się do niego także twórcy, którzy sami bywają niezrozumiani.

Ci pierwsi mówią tak, ponieważ uważają, że sztuka powinna być zrozumiała sama przez się, że – często pojawia się ten przymiotnik – „prawdziwa” sztuka nie potrzebuje komentarza czy wyjaśnienia. Ci drudzy odwołują się do tego argumentu, ponieważ uważają, że jest dokładnie przeciwnie, że sztuka – aby stała się czytelną – wymaga przygotowania i edukacji, że jest językiem, którego trzeba się nauczyć. A nieznajomość języka sztuki prowadzi do jej odrzucenia, niesprawiedliwej krytyki, często generując niesprawiedliwe oskarżenia o chęć epatowania skandalem, o profanację i bluźnierstwo. Kto jest „winny” temu, że sztuka bywa niezrozumiała: artysta czy odbiorca? A może wszyscy po trochę?

Sztuka bezradna?

O kwestię niezrozumienia sztuki zapytała bp. Michała Janochę Ewa Kiedio w książce „A piękno świeci w ciemności”. Odpowiedź historyka sztuki nie jest jednoznaczna. Bp Janocha podkreśla najpierw, że istnieją „nurty sztuki intelektualnej, w których kategoria rozumienia jest bardzo istotna”. Taka sztuka posługiwać się może skomplikowanym językiem figur i alegorii, który to język „trzeba […] odczytywać jak rebus”.

To prawda, bez rozszyfrowania języka alegorii wielu dzieł nigdy poprawnie się nie odbierze. Odbiór pozostanie raczej na płaszczyźnie niejasnych wrażeń, ale nie będzie właściwym „odczytaniem”. „Na ogół – kontynuuje bp Janocha – sztuka przemawia swoim własnym językiem, który niesie w sobie pewien pierwiastek racjonalny, ale nie tylko i nie przede wszystkim. Są też takie nurty, w których rozumienie w ogóle nie odgrywa żadnej roli”. Należałoby z tego wnioskować, że komunikatywność sztuki dokonuje się nie tylko na płaszczyźnie intelektualnej, ale także (a czasami przede wszystkim) w sferze pozaintelektualnej. Chodziłoby o jakąś intuicję poznawczą, emocje, wrażenia estetyczne.

Nie ma dzieł absolutnie nieczytelnych, one są niezrozumiałe dla niektórych

„Sztuka mówi po swojemu – podkreśla bp Janocha – i nie przetłumaczymy jej do końca na język dyskursywny. Krytyk czy historyk sztuki podejmuje się tego niemożliwego zadania, by mówić ludziom o sztuce, czyli jakby staje pomiędzy widzem a dziełem. To ważne powołanie, ale na końcu on musi zamilknąć, by dzieło samo przemówiło do człowieka”. To jest bardzo ważne stwierdzenie, gdyż uświadamia nam ono, że nie ma dzieł – jeśli tak można powiedzieć – absolutnie nieczytelnych. One są nieczytelne i niezrozumiałe dla niektórych, dla tych, którzy nie znają i nie rozumieją języka danej dziedziny sztuki. Właśnie dlatego między dziełem a jego odbiorcą potrzebny jest „tłumacz”.

Rozmówcy książki „A piękno świeci w ciemności” zdają się zgadzać co do tezy, że sztuka współczesna potrzebuje tych tłumaczy bardziej niż kiedykolwiek. Bp Janocha mówi tak: „Wielkie dzieła sztuki poruszają nas dzisiaj nadal, chociaż czasem nie znamy kontekstu historyczno-kulturowego, w którym powstały. […] Natomiast sztuka współczesna rzeczywiście bywa bezradna bez komentarza. To jest duży znak zapytania”.

Tłumacze

Czy rzeczywiście jednak „sztuka dawna” była tak bardzo czytelna? Nie jestem historykiem sztuki, więc mój ogląd może być nie do końca prawdziwy, ale weźmy taką sztukę średniowiecza, sztukę gotyku. Czy rzeczywiście była to sztuka – jak to się często słyszy – zrozumiała dla wszystkich? Czy człowiek wkraczający do gotyckiej katedry wszystko rozumiał?

Gdyby tak było, w czasach karolińskich nie powstawałyby skomplikowane dzieła zawierające wykład sztuki kościelnej czy liturgii jak choćby Liber officialis Amalarego z Metzu, Rationale divinorum officiorum Wilhelma Duranda czy Liber de rebus in administratione sua gestis Sugera, w którym znajdujemy teologię architektury katedry opartą na teologii światła, wywodzącej się od Pseudo-Dionizego Areopagity oraz na teologii Wcielenia. Te i inne prace z tego okresu zawierały wyjaśnienia oparte na koncepcji czterech sensów: dosłownego, alegorycznego, moralnego i anagogicznego. Mało kto z nawiedzających co niedziela katedrę znał i rozpoznawał te wszystkie sensy, uczestnicząc w liturgii. Dawał się ponieść grze świateł i mroku, ale czy znał ich dogłębny sens? Czy właściwie odczytywał związek, jaki był między znakiem a treścią, którą mu przypisywano? Wątpię.

Myślę, że ogromna większość odbierała ówczesną sztukę (a była to prawie wyłącznie sztuka sakralna) „poza wiedzą”. Było to doznanie o wiele bardziej estetyczne niż intelektualne. Funkcję „tłumaczy” wypełniali kaznodzieje, którzy – jeśli mieli wystarczającą wiedzę teologiczną – wyjaśniali sens poszczególnych znaków. Piszę o tym, aby zaprotestować przeciw uproszczonemu myśleniu, że kiedyś sztuka była „czytelna”, a dzisiaj jest „nieczytelna”. Być może była „czytelniejsza”, ale nie znaczy to wcale, że niepotrzebna była żadna hermeneutyka, by ją poprawnie odczytać. I zawsze byli ci – jednak elita – którzy tę hermeneutykę znali. Fakt ten biorą pod uwagę także definicje sztuki.

Świat sztuki i to, co poza nim

Sztukę zdefiniować nie jest łatwo. Choć intuicyjnie wyczuwamy, co jest sztuką, najczęściej nie potrafimy dokładnie określić, jakie kryteria musi spełniać dane dzieło, aby mogło zostać uznane za dzieło sztuki.

Czy możliwa jest taka edukacja artystyczna, która nauczy nas odbioru sztuki współczesnej?

Spośród wielu koncepcji zdefiniowania sztuki chciałbym przywołać definicję proceduralną amerykańskiego filozofa George’a Dickie’ego, który w centrum definicji umieścił pojęcie „świata sztuki”. Otóż według tego autora dzieło sztuki jest wytworem, który ma być przedstawione publiczności „świata sztuki”. Publiczność to według niego zbiór osób, które gotowe są choć w pewnym stopniu zrozumieć przedstawiony im przedmiot. „Świat sztuki” to historyczne i społeczne  środowisko ukształtowane  przez zmienne praktyki i konwencje artystyczne, dziedzictwo dzieł, intencje artystów, pisma krytyków, wrażliwość i smak odbiorców. Mówiąc inaczej, dzieło sztuki staje się czytelne jedynie w naturalnym dla niego środowisku, jakim jest „świat sztuki”. Poza nim dzieło zostaje skazane na niekompetencję świata, który pozostaje „poza sztuką”.

Przypomina mi się tutaj wypowiedź Doroty Nieznalskiej, która w trakcie procesu sądowego wytoczonego jej w związku z instalacją „Pasja”, wyznała, że nie przypuszczała, iż jej pracę zobaczy ktoś spoza – idąc tropem Dickie’ego – „świata sztuki”. Galerie takie jak „Wyspa” mają bowiem bardzo określone grono odbiorców: artyści, krytycy sztuki, historycy sztuki, znawcy, dziennikarze. Rzadko wchodzi tam ktoś „z ulicy”.

I jest w tym prawda. „Świat sztuki” jest światem zamkniętym, światem określonych kompetencji publiczności. Problem pojawia się wtedy, gdy odbiorcą dzieła sztuki staje się ktoś spoza „świata sztuki”, spoza układu świata artystycznego. Wtedy właśnie potrzebny jest „tłumacz”, gdyż bez niego może dojść do niezrozumienia, kontestacji, odrzucenia danego dzieła. Przykładów na to mamy aż zbyt wiele.

Artystyczni ignoranci

Napisałem o tym wszystkim świeżo po lekturze tekstu Karola Sienkiewicza na temat wystawy „Późna polskość” w CSW Zamek Ujazdowski.  Sienkiewicz napisał m.in., że „wystawa stała się łatwym przedmiotem ataku artystycznego ignoranta Krzysztofa Vargi”. Zastanowiło mnie to stwierdzenie „artystyczny ignorant”, które odnosi się, jakby nie było, do czołowego pisarza i publicysty.

Czyżby Varga był spoza „świata sztuki”? Czyżby nie przynależał do kasty „wiedzących”? Załóżmy, że tak jest. Zresztą Varga miał podobne krytyczne zdanie w kwestii „Klątwy” w Teatrze Powszechnym. Czyżby wina leżała wyłącznie po stronie odbiorcy? A jeśli tak, to czy możliwa jest jeszcze taka edukacja artystyczna, która nauczy nas odbioru sztuki współczesnej?

Być może tutaj właśnie leży jedna z przyczyn zwrócenia się odbiorcy w stronę kiczu – sztuki łatwej, przyjemnej, prostej w odbiorze i niepotrzebującej żadnego „tłumacza”. Nie przypadkiem przecież kicz zrodził się w II połowie XIX wieku, gdy do sztuki wkroczyły modernizm i awangarda, które postawiły odbiorcę wobec koncepcji artystycznych wymagających przekroczenia dotychczasowych kryteriów estetycznych.

Arnold Hauser w „Filozofii historii sztuki” pisze, że motorem rozwoju artystycznego jest „walka przeciwko konwencjom w sztuce”. Nowe trendy rodzą się nie dlatego, że dotychczasowe konwencje były „ezoteryczne i niezrozumiałe”, ale dlatego, „że stały się one wszystkie nazbyt zrozumiałe i nie wymagały już żadnego wysiłku”. Jedną z czołowych idei modernizmu było programowe zerwanie z tradycją. Rodząca się wówczas modern art do dzisiaj pozostała dla wielu niezrozumiała. I dlatego wciąż wymaga od nas wysiłku. Inaczej będziemy wciąż skazani na tłumaczy, czasami – niestety – równie ezoterycznych i niezrozumiałych, co artyści.