Specjaliści twierdzą, że wojna w Korei nikomu się nie opłaca. Kto jednak zagwarantuje, że właśnie tak myśli Donald Trump?

„Nadszedł czas, żeby rozwiązać ten problem” – powiedział prezydent Trump na spotkaniu z udziałem senatorów, sekretarza obrony, sekretarza stanu, szefów wywiadu i dowództwa armii Stanów Zjednoczonych, zwołanym w trybie pilnym 27 kwietnia. „Ten problem” to Korea Północna, a dokładniej mówiąc: realizowany przez nią program nuklearny. Przede wszystkim zaś: rakiety balistyczne zdolne do przenoszenia pocisków jądrowych.

Prób wystrzelenia takiego pocisku było już pięć (w tym dwie w zeszłym roku) i za każdym razem amerykańska administracja wyrażała „najwyższe zaniepokojenie”. Podejmowane wielokrotnie próby – w tym rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ – przekonania Pjongjangu do zaprzestania jądrowych eksperymentów nie przyniosły rezultatów. Także, jak się wydaje, ze względu na ciche wsparcie ze strony Chin wykorzystujących rosnące zaniepokojenie północnokoreańskim programem nuklearnym jako instrument w geopolitycznej rywalizacji o dominację w regionie. Chodzi tu przede wszystkim o uzyskanie kontroli nad Morzem Południowochińskim, mającym strategiczne znaczenie dla transportu surowców z Bliskiego Wschodu. Moskwa również nie wywierała szczególnie silnych nacisków na Kim Dzong Una, obecnego przywódcę Korei Północnej. Z pewnością nie była zainteresowana wspieraniem Korei Południowej i Japonii, najbliższych sojuszników USA w regionie.

„Sytuacja jeszcze nigdy nie była tak napięta” – twierdzi dowódca wojsk amerykańskich na Pacyfiku

„To się nie zdarzy”. Tak obecny prezydent USA zareagował na zapowiedź Pjongjangu o gotowości do przeprowadzenia szóstej próby nuklearnej. 21 kwietnia rozpoczęły się kolejne wspólne amerykańsko-południowo koreańskie ćwiczenia wojskowe z udziałem ciężkiego sprzętu, lotnictwa i marynarki wojennej, w tym amerykańskich niszczycieli, krążownika, lotniskowca USS Carl Vinson i okrętu podwodnego USS Michigan uzbrojonego w pociski samosterujące. Amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Korei Południowej (jest ich tam ponad 28 tysięcy) odwiedził wiceprezydent Mike Pence. Dobiega końca instalacja systemu THAAD, tarczy antyrakietowej, której uzupełnieniem będą zapewne, rozmieszczone ostatnio na stałe, uzbrojone drony Grey Eagle. „Sytuacja jeszcze nigdy nie była tak napięta” – stwierdził w ostatni czwartek senatorom admirał Harry Harris, dowódca wojsk amerykańskich na Pacyfiku.

Tego samego dnia sekretarz stanu Rex Tillerson poinformował, że Chiny zażądały od Pjongjangu zatrzymania programu nuklearnego i zagroziły wprowadzeniem „własnych sankcji” wobec reżimu. Dwa dni wcześniej wstrzymały dostawy paliwa, co spowodowało paraliż komunikacyjny. Jak się zdaje, chiński prezydent wyciągnął wnioski z amerykańskiego ataku na syryjską bazę lotniczą, przeprowadzonego – zupełnie przypadkowo – w trakcie wspólnej kolacji w rezydencji Trumpa na Florydzie.

W piątek Tillerson przewodniczył spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Chiński minister zaproponował podjęcie nowej inicjatywy dyplomatycznej: rezygnację z amerykańskich ćwiczeń w Korei Południowej w zamian za rezygnację z programu atomowego. Rosja wezwała do nieeskalowania kryzysu i powrotu do dyplomatycznych negocjacji. Tillerson ich nie wykluczył. Co na to Kim Dzong Un? Prowadzi własne manewry i deklaruje, że pokona USA.

Jesteśmy więc na progu wojny, która mogłaby (zdaniem ekspertów, nieuchronnie) przekształcić się w globalny konflikt? Specjaliści i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jednak nie. Że to kolejna demonstracja siły, ze strony USA także wobec Pekinu i Moskwy. Że nikomu się to nie opłaca – bo zbyt dużo ofiar, zbyt wielkie ryzyko kolejnej wojny światowej. A poza tym, co zrobić z milionami „zombie” – północnych Koreańczyków, od pokoleń indoktrynowanych i niezdolnych do integracji z Południem? Kto jednak zagwarantuje, że właśnie tak o obecnym kryzysie myśli Donald Trump?

U nas żołnierze amerykańscy wcale nie stacjonują, tylko są obecni 

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Co ma do tego (odległego, jak by się pozornie wydawało) konfliktu Polska? A jednak ma. Przede wszystkim cała sprawa po raz kolejny pokazuje, że centrum zainteresowania Waszyngtonu nie jest ani baza w Redzikowie, ani wschodnia flanka NATO. Ani Europa. Na pewno nie Ukraina. Zdecydowanie bardziej Rosja.

Powtarzane co chwilę przez polityków PiS słowa, że jesteśmy bezpieczni, bo na naszym terytorium stacjonują amerykańscy żołnierze, nie powinny nas usypiać. Bo oni wcale nie stacjonują, tylko są obecni. Rotacyjnie. A my nie mamy ani broni antyrakietowej, ani śmigłowców, ani dronów, ani doświadczonej i cieszącej się poważaniem w Pentagonie kadry dowódczej. Mamy zręby obrony terytorialnej, zdekompletowaną brygadę pancerną w Żaganiu i apel smoleński. I coraz mniej przyjaciół.

Sprawy, które nas żywotnie dotyczą, dzieją się także poza Wiejską i Nowogrodzką.