Sznajderman stawia pytanie: czy obojętność może zabić? W czasie, gdy żydowska babcia umiera w pogromie, jej polska odpowiedniczka zajmuje się pozowaniem do portretu.

Wszystko w tej wspomnieniowej książce zaczyna się od fotografii, odnalezionych po niemal 70 latach, przechowanych dzięki listom krewnych, którzy zdążyli wcześniej wyemigrować i tym samym uciec przed Zagładą. To Szoah bowiem pozostaje głównym kontekstem książki Moniki Sznajderman.

Zdjęcia towarzyszą opowieści, stanowią jej integralną część. Autorka, podobnie jak wcześniej czyniła to na przykład Joanna Olczak-Ronikier, z fotografii próbuje złożyć w całość przeszłe losy własnej rodziny, wyraźnie pękniętej na część żydowską i polską. O ile jednak w klasycznych poholokaustowych narracjach bohater opisuje traumatyczną przeszłość z autopsji (Szpilman, Grynberg), Sznajderman decyduje się na inny krok – opowiada historię swoich bliskich, w której jednak w sposób bezpośredni nie uczestniczy. Nieformalną osią czasową opowieści jest stulecie 1859–1959. Całość rozpoczyna się wraz z narodzinami pradziadków, zatacza koło i kończy w momencie przyjścia na świat autorki.

Właściwie trudno pisać o „Fałszerzach pieprzu” z prostego powodu: książka nie jest fikcyjną konstrukcją (odpowiadającą na takie czy inne zapotrzebowania czytelnicze), a intymnym wyznaniem. Chodzi tu głównie o postać samej autorki i jej ojca, dla których akt pisania stanowił zmierzenie się z trudnym, rodzinnym tematem. W tym sensie dzieło staje się osobistym i przejmującym świadectwem o ludziach, którzy zginęli i o bezpowrotnie minionych czasach.

Najtwardszym murem między polskimi a żydowskimi sąsiadami jest mur obojętności

Na nic zdadzą się w tym przypadku mądre teoretyczno-literackie formuły. Zawodzi pozytywistyczny aparat badawczy antropolożki kultury, którą przecież jest autorka. Jak bowiem mówić o Zagładzie? Z jednej strony pisarka zdaje sobie sprawę z niewyrażalności języka w obliczu tragedii Holocaustu. Z drugiej jednak doskonale wie za Andreasem Huyssenem, że „przeszłość – aby stała się pamięcią – wymaga artykulacji”.

Książka Sznajderman jest przede wszystkim próbą odtworzenia przeszłości i zapełnienia dziur w tradycji rodzinnej. Na ratunek przychodzą wspomniane już fotografie, które to, w myśl Susan Sontag, „dostarczają dowodów rzeczowych, pozwalających wierzyć, że [postacie występujące na nich] istniały”. Dzięki nim na kolejnych kartach pojawiają się barwni bohaterowie w niemal idyllicznej, przedwojennej scenerii. Są szczęśliwi, uśmiechnięci, pełni nadziei wobec przyszłości. I choć Sznajderman zastanawia się momentami nad ich alternatywnym dalszym losem („czy babcia byłaby lewicującą feministką?”), jej refleksja pozostaje wyposażona w bezlitosną wiedzę post factum. Pisarka wie, że z żydowskiej części rodziny nikt, oprócz ojca, nie przetrwał Zagłady: babcia ginie w pogromie w Złoczowie, stryj nawet nie ma szansy dorosnąć, idzie wraz ze swoim tatą na Umschlagplatz, stamtąd pociągiem trafią do Treblinki; pozostali krewni umierają w getcie.

Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”

Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Skąd taki tytuł? Określenie „fałszerze pieprzu” odnosi się do prasy gadzinowej, która wychodziła w getcie i miała za zadanie błahostkami odciągnąć uwagę od dramatu rzeczywistości. Dochodzimy tu do niezwykle istotnego elementu książki – tematu (współ)odpowiedzialności. Sznajderman stawia pytanie: czy obojętność może zabić? I nie znajduje prostej odpowiedzi. O ile bowiem giną niemal wszyscy żydowscy krewni autorki, o tyle polska część rodziny przeżywa wojnę bez większych strat. Przybliżenie ich losów staje się bodaj najtrudniejszym moralnie zadaniem dla pisarki. Nie chodzi wcale o to, że były to historie ogromnie skomplikowane, a ich bohaterowie liczni. Problem stanowi fakt, że polscy krewni jawią się dość wyraźnie na drugim biegunie egzystencjalnym: w czasie, gdy żydowska babcia umiera w pogromie, jej polska odpowiedniczka zajmuje się pozowaniem do portretu. W kulminacyjnym momencie likwidacji getta Polacy pochodzenia ziemiańskiego grają w brydża lub zabawiają się końskimi gonitwami.

Największym dramatem narracji Sznajderman pozostaje to, że dwa światy: polski i żydowski, nie spotykają się ze sobą. Przywołany w pewnym momencie cytat ze Singera o tym, że sąsiedzi żyli obok siebie, ale nigdy się nie zżyli, znajduje potwierdzenie w tej opowieści. Polacy, mimo szlachetności i walki w podziemiu, wobec Zagłady wyraźnie pozostają z boku i to w czasie, kiedy stanie obok może zostać odczytane jako wina: ekscytują się wojennymi bitwami, nie widzą natomiast tragedii współbraci, która rozgrywa się pod ich nosem. Najtwardszym murem, jaki podczas wojny pozostaje między polskimi a żydowskimi sąsiadami jest mur obojętności.

Mimo przejmującego smutku i poczucia pustki „Fałszerze pieprzu” zawierają w sobie finalną dozę optymizmu. Doświadczone wojną, odrębne światy łączą się ostatecznie na poziomie indywidualnym poprzez związek Żyda i Polki, miłość rodziców autorki.

Jeśli ginie niemal cała rodzina, wraz z nią umiera pamięć. W niebyt odchodzą nie tylko pojedyncze postacie, ale także miejsca, jak przedwojenny, złożony w 1/3 ze społeczności żydowskiej Radom. A przecież zawołanie „Zachor! – Pamiętaj!” jest jednym z głównych rabinicznych nakazów. By temu zapobiec, Sznajderman tworzy opowieść, stając się strażniczką pamięci swoich bliskich, którzy zostali pozbawieni głosu lub przeżyli zbyt wiele i długo milczeli. „Fałszerze pieprzu” są dziełem „przeciw milczeniu, przeciw zapomnieniu, przeciw nicości”.

Słynna talmudyczna mądrość głosi, że „kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. Monika Sznajderman poprzez swoją książkę ocala od zapomnienia świat żydowskich i polskich bliskich. A to już przecież bardzo dużo…