Od kiedy literatura wstydliwie zamilkła na temat Boga, zagadnienia religijne śmiało podejmuje kultura masowa. „Outcast”  i „Preacher” prowokują, a przy okazji stawiają świetne pytania.

„Outcast” („Opętanie”) i „Preacher” („Kaznodzieja”) to dwa seriale, które – choć wyświetlane w różnych stacjach telewizyjnych – pokazywane były niemal równolegle. W dodatku miały umowny temat przewodni: małe miasteczko ze skrywanymi ludzkimi tajemnicami, a pomiędzy nimi on, duchowny. Wcale nie taki nieskazitelny, jak by po nim oczekiwano, ze swoją własną mroczną przeszłością.

I oto w sennym porządku wydarza się coś, co sprawia, że duchowny musi rozpocząć walkę z wysłannikami piekieł. Mieszkańcy miasteczka, a wraz z nimi ich duchowy pasterz, muszą zdać sprawę ze swej wiary. I jest to wezwanie, które zwraca się także do widza. Sezon pierwszy obydwu seriali zakończył się latem. W ostatnich dniach Wielkiego Postu zaczął się drugi sezon „Opętania”. Przypadek? Nie sądzę.

Na prerii duszy, w lesie ducha

W „Outcast” skupiamy się na Kyle’u Barnesie naznaczonym traumatycznym dzieciństwem. Jako dziecko żył pod jednym dachem z matką, która została opętana. Matka i syn, farma położona na odludziu – przechodzą ciarki, jeśli człowiek sobie wyobrazi wszelkie konsekwencje. Przede wszystkim tą jedną: znikąd ratunku. Dwie miłości – rodzica i dziecka – a pomiędzy nimi diabeł.

W trakcie jednego z ataku demona, mały Kyle przeciwstawił się na tyle skutecznie, że matka co prawda została uwolniona z opętania, sama jednak znalazła się w stanie wegetatywnym. W jaki sposób chłopiec był w stanie dokonać „świeckiego egzorcyzmu”, pozostaje tajemnicą dla samego bohatera, który przerażające wydarzenia stara się wyprzeć ze swej pamięci. Po kilku latach w miasteczku zaczynają dziać się podobne wydarzenia. Liczba opętań zaczyna gwałtownie wzrastać. Do duchowej walki staje wielebny Anderson, jednak egzorcyzmy przez niego prowadzone kończą się fiaskiem. Za to diabły dosyć poważnie obawiają się Kyle’a Barnesa. Kim jest ten młody mężczyzna i jaką tajemnicę skrywa jego dzieciństwo?

„Preacher” jest opowieścią zgoła odmienną. Jessie Carter to kaznodzieja, który dawno stracił wiarę. Jego kazania są żałosne, a on sam jest lokalnym pośmiewiskiem. Teraz topi swoje smutki w alkoholu i próbuje jakoś uciec z powierzonej mu parafii. Któregoś dnia zbiegłe z nieba Genesis (tajemnicza istota o boskiej mocy) ucieka wprost w ciało Cartera. Od tej chwili kaznodzieja dysponuje głosem Boga: jeśli coś powie, tak ma być. „Służ Bogu”, mówi Jessie Carter do gangstera, postrachu okolicy. „Ależ oczywiście” – odpowiada mu, potulny jak owieczka. Parafia zaczyna odżywać, cuda dzieją się na wyciągnięcie ręki, kaznodzieja znów czuje, że Bóg mu sprzyja. Postanawia dotrzymać złożonej niegdyś obietnicy: doprowadzić całe miasteczko do Boga.

Carter odzyskuje charyzmę, płonie w nim ogień. Ludzie dostrzegają w nim tego kim zawsze chciał być – pasterzem. Kiedy jednak zniecierpliwiony nachalnością petenta wypowiada słowa „Idź do diabła”, a ten posłusznie znika, u widza pojawia się niesmak.

Kowboj egzorcysta

Czarny humor, elementy horroru, groteska, melodramat. Strach i rubaszny dowcip – od skrajności do skrajności. Obydwa seriale to przeniesione na ekran komiksy. „Outcast” to dzieło Roberta Kirkmana i Paula Azaceta, zaś „Preacher” to owoc współpracy Gartha Ennisa i Steve’a Dillona.

Nie wiem, do jakiego stopnia ich twórcy orientują się w zagadnieniach teologii; przypuszczam że raczej nie za bardzo. Potrafią za to stworzyć wiarygodne postacie „przegranych bohaterów”: poranionych wewnętrznie, mocujących się z własnymi ideałami, będących na wojennej ścieżce z całym światem.

Wielebny Anderson i kaznodzieja Jessie Carter, choć są duchownymi, znacznie bardziej pasują do wizerunku samotnego szeryfa z westernów. Jest więc kobieta, jest co i rusz pojedynek, jest wreszcie samotne, niemal szaleńcze, stanie po stronie prawa boskiego i ludzkiego. Obydwaj duchowni posiadają też twarde pięści, którymi odróżniają przeciwników metafizycznych od trzeźwo stąpających po ziemi, wreszcie nie stronią od alkoholu. Anderson i Carter reprezentują któryś (nie jest to jednoznacznie zdefiniowane) z odłamów wspólnot protestanckich. Stąd brak celibatu oraz odmienne podejście do mszy i sakramentów. To zaś pozwala twórcom powieści graficznych na szerokie spojrzenie na religię.

Świetne pytania

Abraham Heschel, jeden z najwybitniejszych myślicieli religijnych XX wieku, pisał: „Upadek religii nie wynikał stąd, że została odrzucona, ale stąd, że stała się nieistotna, zwietrzała, przygniatająca, mdła” („Bóg szukający człowieka”).

Żywa religia nie boi się pytań jakie stawia jej sztuka i życie, przeciwnie: właśnie wtedy może zajaśnieć swoim blaskiem. Kirkman/Azacet i Ennis/Dillon wykorzystując odwieczne zainteresowanie egzorcyzmami, ciekawość wobec sił zła, a także poczucie nieobecności Boga tak charakteryzujące współczesność, postawili arcyciekawe pytania.

„Outcast” to cała seria ważnych znaków zapytania, które warto dostrzec pomimo rozrywkowej formy serialu. Dlaczego egzorcyzmy oficjalnego przedstawiciela Kościoła nie działają, a „świeckie egzorcyzmy” Kyle’a Barnesa tak? Mierzenie się Barnesa ze złem odpowiada naszym emocjom wobec spotkania z duchowym przeciwnikiem: gniew, poczucie bezsilności, zagubienie.

Bohater „Outcast” nie ma zamiaru się im poddawać, tylko staje do autentycznej walki: jego „egzorcyzmy” to tłuczenie pięściami opętanego, aż do momentu, gdy ten znajdzie się na granicy życia i demon opuści ludzkie ciało. Takie działanie lubimy, takie działanie jest męskie. Pojawiają się pytania, które tylko z pozoru brzmią „komiksowo”: kto uwalnia od złego? Jezus Chrystus czy Kyle Barnes? I co „działa” bardziej: twarde pięści czy wiara?

Pytania „Kaznodziei” nie są wcale lżejszego kalibru. Czy można narzucić komuś wolę Boga, nawet jeśli jest to wbrew woli człowieka? Gdy lokalny postrach okolicy słyszy wezwanie Cartera „służ Bogu”, mięknie jak wosk, a mieszkańcy miasteczka oddychają wreszcie pełną piersią. Jednak obietnica złożona przez Cartera („doprowadzę całe miasteczko do Boga”), zaczyna w tym kontekście brzmieć… przerażająco.

Strzelaniny, szybkie ujęcia na wzór teledysków, karykaturalność postaci – „Outcast” i „Preacher” przede wszystkim dostarczają rozrywki. A mimo to, w tej mocno umownej konwencji, udaje im się zadać chrześcijaństwu ciekawe pytania. Od wielu lat czekamy na współczesnych „Braci Karamazow”. Być może nie ma na to już szans. Dziś Dostojewski pewnie puszczałby do nas oko i robił seriale.