Do ważności sakramentu potrzeba uprawnionego szafarza. W przypadku małżeństwa szafarzami są on i ona. Ochrzczeni, a przynajmniej jedno z nich. Czy naprawdę tylko tyle wystarczy?

Przypuszczam, że – nie tylko w związku z „Amoris laetitia” – „Więź” będzie się jeszcze zajmować tematem małżeństwa. Z tego powodu pozwalam sobie podzielić się z Państwem moim niepokojem, dlaczego w dyskusjach na ten temat nigdzie jeszcze nie czytałam nic na temat szafarzy sakramentu małżeństwa.

Wiadomo, że sakrament działa ex opere operato, ale wtedy, gdy jest ważnie udzielony, czyli gdy jest uprawniony szafarz sakramentu.

Szafarzami są zaś on i ona. Ochrzczeni, a przynajmniej jedno z nich. Czy naprawdę tylko tyle?

Posłużę się przykładami:

ONA. Przyrzekła umierającej teściowej, że nie porzuci męża. Naprowadzana w rozmowie, że może przyrzekła to już komuś poprzednio – gwałtownie zaprzecza. „A przy ślubie?”. Prawda, powtarzała za księdzem, ale przecież musiała. To się nie liczy.

ON. Od rana w dniu ślubu szuka rozpaczliwie sposobu, by się wycofać. Nawet pyta przez telefon księdza, czy nie mógłby tylko odprawić Mszy w ich intencji, a samego ślubu „nie robić”. Ksiądz stwierdza, że tak się nie da. Rodzina przekonuje go, że goście, że zapłacone wesele i że nie może dziewczynie tego robić. Ustępuje, ale ustalają, że będzie udawał, że zasłabł, a ktoś zawoła pogotowie ratunkowe. Wszystko idzie dobrze. Prawie mdleje. W kościele jest jednak lekarz, podaje jakieś krople, wyjaśnia, że pan młody jest zdrów, „to tylko nerwy”. On daje za wygraną. Składa przysięgę małżeńską. Tańczy na weselu. Potem odmawia współżycia. Wyjeżdża…

ONA. W momencie kryzysu małżeńskiego grozi rozwodem i informuje, że dostanie też „rozwód kościelny”, ponieważ przed ślubem się „zabezpieczyła”. Powiedziała dwóm osobom, że nie zgodzi się na dziecko. Teraz one to przed księdzem potwierdzą i małżeństwo będzie nieważne.

ON. Teraz ma trzecią. Jest dwoje dzieci. Dobrze się układa. Matka dzieci chciałaby ślubu, ale niestety z tą drugą (też było dziecko) miał ślub kościelny. On nie chciał, ale teściowa tak go „spoiła” i „pilnowała”, że jeszcze nie całkiem wytrzeźwiał. Posłała go do księdza i jak już dał na zapowiedzi, to trzeba było iść do ślubu.

Takich i podobnych przykładów znam ja, a zapewne wielu księży, dużo więcej.

I to byli szafarze ważnego sakramentu…

Znam też chyba ciekawy przykład, jak pewna para załatwiła to „jakoś z Panem Bogiem”, skoro z księżmi się nie dało.

On po rozwodzie cywilnym. Wkrótce po ślubie, gdy niespodziewanie przyjeżdżał do domu, nie zastawał żony. Nocowała „u koleżanki”. Gdy przyszło na świat dziecko, sprawdził ojcostwo. Nie było jego. Parę lat później poznał pannę. Ona chciała ślubu kościelnego. Unieważnienia kościelnego nie dostał. Widziałam to pismo. Było tam zdanie, że „jego matka” zeznaje, że w domu „była przemoc”. To bardzo pojemne pojęcie. Nie wiem, czy sąd zainteresował się tym bliżej. Ojciec dziewczyny był milicjantem, a milicjanci fachowo i ze szczególnym okrucieństwem bili swoje dzieci. Nawet teraz, a jeszcze bardziej 15 lat temu, dziewczyna z zapadłej wsi nie miała innej szansy na ucieczkę z domu jak małżeństwo. No, ale widocznie mogła być szafarzem sakramentu.

Para, o której piszę, wzięła ślub cywilny, ale… Wkrótce później miało miejsce 50-lecie ślubu jej rodziców. Gdy wszyscy wyszli z kościoła, uklękli na tych stojących jeszcze przed ołtarzem klęcznikach i… coś sobie obiecali.

Zastanawiam się, czy przypadkiem wtedy nie miał miejsca sakrament.

Tereliza Braun, Kielce