Czasem, gdy jest już naprawdę źle, gdy wokół ciemności, trzeba się trzymać tego jednego: jestem ochrzczony, mam iść za światłem, którym jest Jezus.

Księgę Wyjścia czyta się w Kościele przede wszystkim w okresie Wielkiego Postu; od zawsze był to czas przygotowania do chrztu, udzielanego w noc Wigilii Paschalnej. Chrzest jest pierwszym z sakramentów, to on czyni nas chrześcijanami. Czym są sakramenty? Pamiętamy z katechizacji przed Pierwszą Komunią: „widzialnymi znakami niewidzialnej łaski”. A czym jest znak? Czymś, co widać, czymś rzucającym się w oczy – inaczej nie spełnia swojej funkcji. Czasem skarżymy się na znaki drogowe, że nie są dostatecznie widoczne lub wyraźne – a przecież znak jest potrzebny właśnie po to, by móc od razu się zorientować, o co chodzi, by móc reagować szybko, zwłaszcza że często jest to dosłownie sprawa życia i śmierci. Takimi znakami były też sztandary wojskowe – wysoko unoszone w kurzu i dymie bitwy, by orientować się, w którą stronę należy iść, czy nacieramy, czy uciekamy.

Jeśli w krzyżu odnajdujemy piękno, to pamiętajmy, że jest to „piękno straszliwe”

Co jest sztandarem chrześcijan, co jest tym pierwszym znakiem, który pokazuje nam, w którą stronę mamy iść? To oczywiste, krzyż. Znamy różne krzyże, od dwóch zbitych desek na jakimś pospiesznie kopanym grobie, po arcydzieła sztuki, wspaniale zdobione krucyfiksy (jak gotyckie Drzewo Życia z toruńskiego kościoła św. Jakuba). Jednak chrześcijanie nie traktowali krzyża jako swojego znaku od samego początku. Do czasów nawrócenia cesarza Konstantyna na początku czwartego wieku krzyż był wciąż używany jako narzędzie egzekucji. Tak więc używanie go jako symbolu wyglądałoby tak, jakby dziś używać jako znaku szubienicy. Trzeba było dziesięcioleci, by krzyż stał się symbolem czysto religijnym, dokonywało się to zresztą powoli, najpierw przez tworzenie znaków podobnych do krzyża z greckich liter Chi (X) i Rho (P) (od Chrystus) lub Iota (I) i Chi (X) (od Jezus Chrystus). Zresztą najstarszy zachowany obraz łączący krzyż z chrześcijaństwem nie był bynajmniej obiektem kultu, ale przeciwnie, okrutną karykaturą: na ścianie koszar gwardii cesarskiej na Palatynie w Rzymie odnaleziono graffiti, prawdopodobnie z mniej więcej 200 r. po Chr., przedstawiające ukrzyżowanego osła i podpis: „Aleksamenos czci boga”. Chrześcijaństwo, tak jak jego Założyciel, od początku było obiektem kpin. Jeśli w krzyżu odnajdujemy piękno, to pamiętajmy, że jest to „piękno straszliwe”, drogo opłacone [1].

Nic więc dziwnego, że chrześcijaństwo szukało bardziej radosnych symboli. Najpierw były wspomniane już monogramy, poza tym różne znaki (np. słynna   ryba – greckie ICHTHYS to akronim słów: „Jezus Chrystus, Boga Syn, Zbawca”), krzyż też starano się   przedstawiać ozdobiony, bez cierpiącego Chrystusa, bardziej jako znak tryumfu niż cierpienia. Ciekawe, że podczas najważniejszych dni w ciągu roku, w Triduum Paschalne, nasza uwaga jest mocno skoncentrowana na krzyżu, ale tylko przez chwilę: w Wielki Czwartek jest on wciąż zasłonięty (na szczęście w Polsce zachowano ten piękny zwyczaj), uroczyście zostaje odsłonięty w Wielki Piątek i od tego momentu oraz przez całą Wielką Sobotę oddajemy mu cześć tak jak Najświętszemu Sakramentowi – przyklękając. Ale już od Wigilii Paschalnej krzyż przyozdabiamy czerwoną stułą, na znak zwycięstwa, ale w czasie samej liturgii Wigilii – i potem aż do Pięćdziesiątnicy – najważniejszym symbolem Chrystusa staje się płonący paschał.

Oficjalna liturgia Kościoła przewiduje, że podczas Wigilii Paschalnej rozgrywać się ma swoiste widowisko typu „światłodźwięk”. Dlatego też ma się ona bezwzględnie rozpoczynać po zmierzchu, żeby zgodne z prawdą były słowa Exsultetu o „rozpraszaniu mroków tej nocy”. To prawda, że przez stulecia obrzędy poświęcenia ognia i wody przemieszczały się coraz bliżej poranka Wielkiej Soboty, ale na właściwe miejsce przywróciły je nawet nie posoborowe reformy liturgiczne, tylko wcześniejsze o kilkanaście lat decyzje papieża Piusa XII.

Wigilia Paschalna to ten czas, kiedy każdego roku mamy przypomnieć sobie, co wynika z naszego chrztu, i na nowo złożyć związane z nim obietnice. Twórca rekolekcji oazowych, ks. Franciszek Blachnicki, zaproponował, by podczas niektórych rekolekcji powtórzyć przeżywanie Wigilii Paschalnej, rozciągając ją na całą noc i łącząc z nocną wędrówką po okolicy. Początek drogi odbywa się w całkowitych ciemnościach, a później jeszcze przez długi odcinek jedynym światłem jest niesiony na początku procesji paschał, mający przypominać o kolumnie ognia, prowadzącej Izraelitów przez pustynię (por. Wj 13,21–22).

Tu pozwolę sobie na uwagi osobiste, jako że już dobrych parę razy takie nocne procesje prowadziłem, gdyż przywilej niesienia paschału zasadniczo przysługuje księdzu. Jeśli jest to prawdziwa świeca, z reguły rzeczywiście jest w zupełności wystarczającym znakiem dla wszystkich, którzy za nią idą. Kłopot ma tylko jedna osoba – prowadzący. Światło bijące od świecy niemal go oślepia, czasem nie pozwala się dobrze zorientować, którędy iść, warto mieć koło siebie kogoś, kto w razie czego pomoże. Ale wszyscy z tyłu zgodnie podążają za światłem, nie zważając na trudności. Tu przypomina mi się komiczny obraz z pierwszej takiej procesji, którą prowadziłem, w straszliwym deszczu, gdzie szybko świecę trzeba było zastąpić „słupem światła” z latarki turystycznej. Gdy nad ranem wracaliśmy do ośrodka rekolekcyjnego, przestało padać, zrobiło się jasno – i wtedy nagle wszyscy (przemoczeni do suchej nitki) zaczęli starannie omijać kałuże, tak jakby to mogło cokolwiek jeszcze zmienić… Ale teraz każdy już mógł świadomie wybierać dowolny element swojej drogi, podczas gdy w nocy, w ciemności, w zwartej kolumnie trzeba było po prostu iść prosto za światłem (choć kałuż wcale nie było mniej). Pewnie podobnie jest z naszym życiem: to normalne, że staramy się unikać trudności, bólu, cierpienia. Ale czasem, gdy jest już naprawdę źle, gdy wokół ciemności, trzeba się trzymać tego jednego: jestem ochrzczony, mam iść za światłem, którym jest Jezus, choć może nawet ksiądz, czy kto inny, kto mnie na tej drodze prowadzi, też nie potrafi powiedzieć, którędy dokładnie i przez jakie jeszcze kałuże nieszczęść prowadzi ta droga. Ale w tej drodze patrzymy nie tylko na krzyż, ale i na paschał, na światło – znak, że ta droga prowadzi do zwycięstwa.

Tekst pochodzi z książki ks. Stanisława Adamiaka „Zawsze jest Wyjście” (rozdział „Paschał”)


[1] O rodzeniu się „straszliwego piękna” pisał w swoim wierszu o powstaniu wielkanocnym w Dublinie w 1916 r. wielki poeta irlandzki W. B. Yeats.