Nacjonalizm – tak jak totalitarny komunizm – ma już na sumieniu wystarczającą liczbę ofiar, by liberalne tolerowanie go wolno było dłużej ciągnąć.

No więc polscy nacjonaliści napięli się, wzmożyli, a nawet, można rzec, że nabzdyczyli – i w głośnym marszu przez Hajnówkę przeszło raptem 200 osób. Tak przynajmniej podaje policja. Jeśli to prawda – proszę wybaczyć mój sceptycyzm, ale pamiętam policyjne szacunki dotyczące manifestacji KOD-u, które ten sceptycyzm wzbudziły – to jest to dobra informacja. Niestety ostatnia. Gdyż ten marsz w tym miejscu i czasie w ogóle odbyć się nie powinien.

Sprawa ma moim zdaniem kilka aspektów. Zacznijmy od tego najbardziej podstawowego, czyli od wolności zgromadzeń. Bywa ona podważana przez polityków rządzącej obecnie partii, więc nie należy lekkomyślnie kwestionować tego prawa. Wiadomo, że naprawdę dowodzimy naszego przywiązania do niego dopiero wtedy, gdy bronimy przed zakazem manifestowania ludzi, z którymi się nie zgadzamy. Prawa do demonstrowania słusznych poglądów nie podważają przecież nawet dyktatorzy. Dlaczego zatem uważam, że akurat marszu w Hajnówce należało zakazać?

Marsz miał charakter grubej prowokacji, skierowanej przeciw naszym współobywatelom

Wyobraźmy sobie, że ktoś postanowiłby uczcić marszem amerykańskich lotników. Cel, wydawałoby się, co najmniej neutralny. Z pewnością, gdyby taki marsz urządzić na przykład na płycie nieczynnego lotniska Tempelhof, skojarzenie z akcją dowożenia żywności w czasie blokady Berlina, zorganizowanej przez amerykańskie siły powietrzne, sprawiłoby, że słowo „neutralny” można by zastąpić słowem „szlachetny”. A teraz proszę sobie wyobrazić dla odmiany, że ktoś wpada na pomysł zorganizowania go (siłami amerykańskimi) w Hiroshimie. Marsz znaczyłby coś innego, czyż nie? Otóż, zawieszając na razie ocenę postaci „Burego” oraz nacjonalizmu jako takiego, pomysł maszerowania polskich narodowców przez Hajnówkę miał charakter grubej prowokacji, skierowanej przeciw współobywatelom naszego kraju. Nie był to marsz pokojowy nawet, jeśli – jak słyszę – nie doszło do starć z policją czy z mieszkańcami tego miasta. Lub też – co na jedno wychodzi – był pokojowy, ponieważ się organizatorom nie udał.

Aspekt drugi związany jest z bohaterem, któremu w ten sposób oddano cześć. Romuald Rajs „Bury” walczył w okresie kampanii wrześniowej; działał w AK na Wileńszczyźnie, w lipcu 1944 roku brał udział w operacji Ostra Brama, a po aresztowaniu dowódcy wyprowadził swój oddział z sowieckiego okrążenia w Puszczy Rudnickiej. Mowa o kawalerze Krzyża Srebrnego Orderu Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. Ten okres jego życia nie jest przedmiotem kontrowersji.

Jestem najdalszy od biało-czarnego rozsądzania zasług i win ludzi z wczesnych lat powojennych. We współczesnym budowaniu kultu „żołnierzy wyklętych” razi mnie właśnie jednowymiarowość ocen. Dobrze jednak pamiętać, że człowiek, którego patriotyzmu podważyć nie sposób, czyli generał Leopold Okulicki rozkazem z dnia 18 stycznia 1945 roku rozwiązał (!!!) Armię Krajową. Napisał wtedy: „Żołnierze Armii Krajowej! (…) Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą. W przekonaniu, że rozkaz ten spełnicie, że zostaniecie na zawsze wierni tylko Polsce oraz by wam ułatwić dalszą pracę – z upoważnienia Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zwalniam Was z przysięgi”.

Nazajutrz w tajnym rozkazie dla kadry dodawał jeszcze: „W zmienionych warunkach nowej okupacji działalność naszą nastawić musimy na odbudowę niepodległości i ochronę ludności przed zagładą. W tym celu i w tym duchu wykorzystać musimy wszystkie możliwości działania legalnego (podkr. moje – JS), starając się opanować wszystkie dziedziny życia Tymczasowego Rządu Lubelskiego”.

Niepodporządkowanie się tej decyzji przez poszczególne oddziały i pojedynczych konspiratorów (w tym przez „Burego”) bywało podyktowane dramatycznymi okolicznościami – komunistycznymi represjami, zagrożeniem własnego życia – i dlatego uproszczeniem byłoby nazywać to po prostu niegodną żołnierza niesubordynacją; ale dzisiejsze głosy, sugerujące, że jedynie ci, którzy rozkaz „Niedźwiadka” zlekceważyli, zachowali się jak należy, stawiają sprawę na głowie.

Wojna, zwłaszcza wojna partyzancka, nie jest żadną „kuźnią patriotyzmu”

W dodatku – trzeba to koniecznie powiedzieć – wojna, zwłaszcza wojna partyzancka, nie jest żadną „kuźnią patriotyzmu” czy „męskości”, gdyż prędzej czy później osłabia instynkt moralny walczących, o ile wprost ich nie deprawuje. Pisało o tym wielu autorów, nie tylko Tadeusz Różewicz w sztuce „Do piachu”. W działaniach „Burego” po dołączeniu przezeń do V Wileńskiej Brygady AK, a także po niepodporządkowaniu się kolejnej decyzji o zaprzestaniu walki, tym razem wydanej przez Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, widać narastającą desperację, niełatwo odróżnialną od fanatyzmu. Rozkaz dowódcy Okręgu III Białystok Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, któremu Rajs się wtedy podporządkował – mówiący o konieczności spacyfikowania miejscowej ludności, „wrogiej (…) do sprawy konspiracyjnej” – miał już ewidentnie charakter przeciwskutecznego szaleństwa. Co, przyznajmy, jaśniej widać dziś, niż wówczas. Pacyfikacje wsi białoruskich wzmagały poparcie dla PPR i skłaniały do szukania pomocy u okupacyjnych wojsk radzieckich.

Jak dotąd, udało mi się ominąć słowo „zbrodnia”, ale to, co zrobiły oddziały „Burego” między innymi w Puchałach Starych czy Zaleszanach, naprawdę nie daje się określić inaczej. Tłumaczenie, że wszystkie dokumenty, które o tym mówią, sporządzono w okresie zbrodni sądowych popełnianych na patriotach polskich, nie daje się utrzymać w świetle badań poważnych historyków. W najlepszym razie możemy tamte wypadki interpretować tak, jak działania UPA na Wołyniu (nie porównuję skali, a tylko mechanizm mordu). Jeśli oczekujemy od Ukraińców przyznania, że w walce o ojczyznę ich partyzantka przekraczała granicę dzielącą dopuszczalne działania zbrojne od ludobójstwa, to powinniśmy podobne rozróżnienie umieć czynić również w stosunku do patriotów polskich. Brak nadziei skłania niekiedy do czynów, które nie dają się obronić przed trybunałem sumienia. Robienie bohaterów z ludzi o biografiach tragicznych, którzy w sytuacji bez wyjścia zaczęli widzieć wroga we wszystkich dokoła i zabijać również niewinnych, oznacza jakąś nieprawdopodobną chorobę duszy: paraliż etyczny, zdumiewający w XXI wieku. 

Otóż trudno inaczej niż jako przejaw owego paraliżu interpretować okrzyki wznoszone przez narodowców w Hajnówce, w rodzaju: „Bury, Bury – nasz bohater” albo „Nie czerwona, nie tęczowa, lecz Hajnówka narodowa”. Liczba komunistów w Hajnówce nie wydaje mi się dziś znacząca (gejów, jeśli już o to chodzi, z pewnością mieszka tam więcej), a co do wzmianki o Hajnówce narodowej, to dobrze jest pamiętać, że zamieszkują to miasto obywatele polscy, w niemałej części narodowości białoruskiej. Czy rozróżnienie „obywatelstwa” i „narodowości” oraz fakt, że mniejszości narodowe to nie żadna „piąta kolumna”, ale równoprawni współmieszkańcy naszego wspólnego kraju, to sprawy zbyt skomplikowane jak na umysłowość zwolennika nacjonalizmu?

Ale też – i to jest trzeci aspekt tej ponurej sprawy – od narodowca trudno oczekiwać rozumienia czegokolwiek. Jeśli po doświadczeniach XX wieku ktoś jeszcze naprawdę sądzi, że ideologia nacjonalistyczna, wraz ze związanym z nią kultem siły, rozwiązuje jakieś problemy, to obnaża swoją niewiedzę historyczną i/lub słabość intelektualną tak bezmierną, że nie bardzo wiem, czy jest na to jakaś rada, poza przykrą, ale w odniesieniu do niektórych poglądów nieodzowną: poza, mianowicie, formalnym zakazem ich głoszenia. Zwłaszcza jeśli ktoś w Polsce, jakoby przywiązanej do nauczania św. Jana Pawła II, nie usłyszał bądź nie zrozumiał tego, co ów papież mówił na ten temat – bo to znaczy, że na jego umysł nie działają już ani argumenty, ani poważne autorytety. Łączenie katolicyzmu i nacjonalizmu jest łączeniem tego, co powszechne, z tym, co partykularne; przypowieści o Samarytaninie z bełkotem większych i mniejszych führerów; ideału wszechmiłości (bądźmy uczciwi: częściej deklarowanego, niż praktykowanego) z zafascynowaniem nienawiścią.

Nacjonalizm, tak jak totalitarny komunizm, ma już na sumieniu wystarczającą liczbę ofiar, by liberalne tolerowanie go wolno było dłużej ciągnąć. W krajach o dłuższej niż nasza nieprzerwanej tradycji demokratycznej wolność zgromadzeń nie obejmuje manifestacji szerzących poglądy, które (o czym historia bezdyskusyjnie poucza) prowadzą do rozlewu krwi. To, że w dzisiejszej Polsce organizacje nacjonalistyczne mogą być coraz głośniejsze (i zapewne, mimo skromnej frekwencji w Hajnówce, coraz liczniejsze), stanowi jeden z najstraszniejszych błędów, jakie nasze państwo obecnie popełnia.

Ufam, że nawet „Bury” – gdyby go wyjąć z okoliczności, które pchnęły go na drogę zbrodni, „Bury” z czasów kampanii wrześniowej czy walk o Wilno – byłby co najmniej zaniepokojony charakterem towarzystwa, które postanowiło go uczcić.