„Manchester by the Sea” to jeden z tych filmów, które angażują bez reszty. Rozbudza głęboką empatię i troskę. Pozwala dotknąć życia.

Ulica w samym środku dnia. Lee Chandler (Casey Affleck) to dozorca na co dzień mieszkający w Bostonie, Randi (Michelle Williams) to była żona, której od dawna nie widział. W wózku jej dziecko z drugiego małżeństwa. „Nie mam nic wielkiego do powiedzenia”, mówi do Lee, on odpowiada, „To jest okay”. Pyta czy mogą się spotkać znowu i może zjeść lunch. „Masz na myśli nas? Ciebie i mnie?”. „Tak”, odpowiada kobieta. Jeszcze chwilę mówią. Ona płacze. „Muszę iść”, powtarza Lee. Odchodzi. To wszystko. Tej sceny się nie zapomina. Zostaje. To co naprawdę ważne gubimy w słowach. Los odciska w tym filmie piętno na miarę śmierci za życia. „Manchester by the Sea” to arcydzieło. Intymny, surowy, dojrzały dramat Kennetha Lonergana.

Już dawno żaden obraz nie powiedział mi nic nowego. Z obejrzanych w ubiegłym roku filmów, dwa utkwiły w mojej pamięci na dobre, to „Paterson” w reżyserii Jima Jarmuscha i właśnie „Manchester by the Sea”. Siłą tych jakże różnych filmów jest prostota. A w zasadzie to, co przez tę prostotę przenika na powierzchnię. „Manchester by the Sea” wywołuje skrajne emocje, głęboko porusza i jednocześnie bawi. Są filmy, które niosą ponadczasową prawdę, dzieło Kennetha Lonergana jest jednym z nich. Mam nieodparte wrażenie, że mówi więcej o kondycji człowieka we współczesnym świecie niż tysiące słów.

„Manchester by the Sea” to film uszyty z mikro i makro dramatów prawdziwych ludzi w prawdziwym świecie. Obraz Lonergana to gęste, intensywne i przejmujące kino. Zachwyca przemyślaną formą, perfekcyjnym scenariuszem, dojrzałymi kreacjami aktorskimi. Reżyser zadbał, by film wypełnić po brzegi skrajnymi emocjami. W czasie seansu dozuje napięcie, intensyfikuje emocje, po czym oczyszcza nas z nich, aż zaczynamy spalać się wraz z Lee. Niemal fizycznie odczuwamy jego cierpienie i wewnętrzną pustkę.

To trzeci autorski film scenarzysty „Gangów Nowego Jorku” i „Depresji Gangstera”. Podejmuje w nim niełatwą sztukę – zderza widza z wielkim ludzkim dramatem, równocześnie czerpiąc garściami z konwencji komediodramatu. Stale przeplata elementy farsy z dramatycznymi momentami godzenia ze śmiercią oraz poczuciem winy. Robi to wybornie. Nawet najcięższe psychologicznie sceny kontrowane są tu celną ripostą, zabawną sytuacją. Za każdym razem z wyjątkowym smakiem i wyczuciem formy rozładowuje piętrzące się emocje. „Manchester by the Sea” to jeden z tych filmów, które angażują bez reszty. Rozbudza głęboką empatię i troskę. Pozwala dotknąć życia.

Życie Lee jest poukładane i przewidywalne. To złota rączka na bostońskim osiedlu. Mimo, że ewidentnie nie jest zachwycony pracą, sumiennie wykonuje swoje obowiązki. Wieczorami przesiaduje w barach i wdaje się w bójki. Ten porządek burzy jeden telefon. Zostaje poinformowany o ciężkim stanie brata chorującego na serce. Wyrusza więc w drogę do tytułowego Manchesteru. Na miejscu dowiaduje się, że brat nie żyje, a z czasem również o tym, że musi zaopiekować się osieroconym bratankiem. Wyobcowany Lee nie jest na to gotowy. Bo za jego pozornym życiem kryje się drugie dno. Mieszkańcy miasteczka patrzą na niego z mieszaniną współczucia, rozczarowania i żalu. Początkowo nie wiemy dlaczego. Za sprawą retrospekcji dowiadujemy się o wydarzeniu z przeszłości zakończonym wyjazdem Lee do Bostonu. Film ma bowiem wahadłową narrację, co jeszcze podkreśla złożoność ludzkiej natury.

Teraz bohater Afflecka musi uporządkować sprawy brata. Patrick, nastoletni bratanek, żyje tak jak przed stratą rodzica. Dzieli czas pomiędzy szkołę, spotkania ze znajomymi i próby w rockowym zespole. Najważniejszym elementem tej psychologicznej układanki jest jednak łódź – wspomnienie wypraw z ojcem, na której utrzymanie brakuje pieniędzy. Patrick i Lee, kiedyś sobie bliscy, spróbują odbudować nadszarpnięte relacje. Od czasu jego wyjazdu minęły lata. Dziś na nowo musi odnaleźć swoje miejsce w nieprzychylnym środowisku miasteczka, którego szczerze nienawidzi.

Casey Affleck zagrał rolę życia, której od dawna poszukiwał

„Manchester by the Sea” jest doskonały na wielu płaszczyznach. Na poziomie scenariusza, z błyskotliwymi dialogami, odpowiednim tempem, natężeniem dramaturgii oraz komicznych sytuacji. Jest perfekcyjnie zrealizowany – reżyser usuwa się w cień, dając wybrzmieć opowiadanej historii. Przede wszystkim jednak wybornie zagrany – każda z ról w tym filmie jest uszyta na wymiar. Casey Affleck zagrał rolę życia, której od dawna poszukiwał. Tworzy wyciszoną rolę, która aż kipi od emocji. Nie kieruje się przy tym nadmierną ekspresją, mimo to oddaje pełną złożoność charakteru Lee. Buduje rolę, której niełatwo wymazać z pamięci. Bohaterowi Afflecka można mieć wiele do zarzucenia, jednak nie sposób mu nie wybaczyć. Aktor stworzył wyjątkowo przemyślaną i rozbudowaną kreację człowieka udręczonego, wycofanego z życia, spalonego wewnętrznie. Wydobył najgłębsze emocje za pomocą oszczędnych gestów i spojrzenia. Wykorzystał beznamiętność twarzy, budując portret człowieka dogaszonego jak niedopałek papierosa. W pewnym sensie umarłego za życia.

Ten stan jego psychiki dobitnie podkreśla scena spotkania z byłą żoną na ulicy. Kiedy Randi mówi do Lee „Nie możesz tak umrzeć”. On odpowiada „Tam już nic nie ma”. To jeden z tych momentów w kinie, kiedy aktor trafia na rolę stworzoną dla niego, w filmie z wybitnym scenariuszem i dialogami. „Manchester by the Sea” stworzył Caseya Afflecka na nowo jako aktora. Dokonania artysty będziemy dzielić na te przed i po dziele Lonergana. Michelle Williams jest w tym filmie znacznie mniej, jednak każde pojawienie się na ekranie wykorzystuje w stu procentach. Jej aktorstwo jest bardzo intensywne, dopracowane w każdym calu na podobieństwo bohatera Afflecka. Na uwagę zasługuje również debiutant Lucas Hedges odtwarzający bratanka głównego bohatera. Wnosi do filmu świeżość, dystans i bezpośredniość tak potrzebną w gęstwinie ludzkich dramatów, które raz po raz wylewają się z ekranu. Nie raz jeszcze zwrócimy na niego uwagę.

Miasto Manchester by the Sea leżące w amerykańskim stanie Massachusetts, tworzy tło scalające portret psychologiczny bohaterów. Dominują tu wyblakłe kolory, szare morze, niebo, przeciętne domy i takie samo codzienne życie. W samym środku tak uporządkowanej scenerii zostajemy skonfrontowani z tragedią rodziny. Zaburza ona spokojne życie mieszkańców. Jest jak zadra pod paznokciem, która nie daje się usunąć. Surowość przyrody, nadmorska zima, dodatkowo podkreślają zmiany zachodzące
w postaciach.

„Manchester by the Sea” to także film o wzajemnych relacjach, rodzinnej miłości, poczuciu winy i przebaczeniu. Do najważniejszych osi filmu należą relacje Lee z Patrickiem, a także byłą żoną Randi. Patrick z pozoru nie zmienia stylu życia, śmierć ojca przechodzi jakby niezauważona, by odezwać się po dłuższym czasie ze zdwojoną siłą. Lonergan nie ma złudzeń. Życie stawia pytania, które pozostawia bez odpowiedzi. Relacje rodzinne to przestrzeń, w której bliscy zadają sobie głębokie rany. Wzajemne stosunki nie prowadzą do happy endu, a czas nie zawsze leczy rany. To także film o samotności. O człowieku, który stracił wszystko, skazał się na banicję i wewnętrzną ascezę. Kierują nim pobudki tak silne, że ciężko poddać je obiektywnej ocenie. „Manchester” w dosadny sposób ukazuje również, jak nieważne są nasze plany i oczekiwania wobec życia. Zdziera zakurzoną fasadę codzienności. Jesteśmy tylko marionetkami w rękach boga i losu.

Zawarty w filmie ładunek emocji i bólu przenika przez oczy i uszy, wsiąka w skórę, po czym dociera do szpiku kości. Niemal pustoszy wewnętrznie. Po seansie czujemy się pozbawieni uczuć, w pewnym sensie oczyszczeni. Film Lonergana głęboko porusza nie pozostawiając nikogo obojętnym. Jednocześnie nie przytłacza nadmiarem negatywnych emocji. Są one sukcesywnie kontrowane zwyczajnymi, codziennymi wydarzeniami oraz subtelnym humorem wieńczącym poszczególne sceny. Mimo, że historia rozgrywa się w tytułowym Manchester by the Sea, mogłaby wydarzyć się wszędzie. I ma miejsce każdego dnia na całym świecie. Ludzie co dzień przeżywają małe, wielkie dramaty. Nikt nie zrobi z nich filmu. Przechodzą bez echa. W poszczególnych osobach zostają na zawsze.

„Manchester by the Sea” to po prostu piękny film. Dzieło Lonergana jest czarnym koniem tegorocznych Oscarów. Film błyszczał na ceremonii rozdania Złotych Globów i brytyjskich nagród BAFTA. Zdobył łącznie sześć nominacji Akademii Filmowej. Ciężko byłoby mi sobie wyobrazić brak nagrody dla Casseya Afllecka za pierwszoplanową rolę męską.