Czy Srebrny Niedźwiedź dla „Pokotu” Agnieszki Holland to oznaka, że otwiera się nowy, oryginalny i optymistyczny nurt w europejskiej kinematografii?

Berlin jest blisko Warszawy, a Berlin filmowy – jeszcze bliżej. Żaden inny europejski festiwal nie honoruje polskiego kina z taką konsekwencją. Dwa lata temu Srebrnego Niedźwiedzia za „Body/ciało” odebrała Małgorzata Szumowska, w zeszłym roku tą samą statuetką nagrodzono „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego, tegoroczna edycja należała zaś do „Pokotu” Agnieszki Holland. I choć same filmy można oceniać bardzo różnie – z całej trójki dziełem najbardziej spełnionym artystycznie jest w moim odczuciu „Body/ciało” – to wyjątkowo dobra passa Polaków na Berlinale mówi nam coś istotnego o nadwiślańskiej kinematografii w ogóle. Pozycja polskich produkcji w międzynarodowym obiegu festiwalowym wzrasta i nie jest to zasługa wielkich narodowych eposów historycznych, ale filmów kameralnych i stawiających na szeroki kontekst tematyczny.

Berlinale uchodzi za imprezę szczególnie otwartą na sprawy społeczne – choćby na pozycję mniejszości i grup wykluczonych – mocno zaangażowaną politycznie, promującą innowacyjność nie tyle w kwestiach nowoczesnych rozwiązań formalnych, co w wyczuleniu na aktualność treści. Dlatego nagrodę „za otwieranie nowych perspektyw w sztuce filmowej” dla „Pokotu” odbieram przede wszystkim jako wyraz szacunku dla uniwersalnego charakteru dzieła Holland, a nie jego walorów kinematograficznych.

Adaptacja powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź pług swój przez kości umarłych” jest w istocie sprzeciwem wobec świata zamykającego się w bańce partykularyzmów, gdzie w imię obrony własnego stylu życia wyklucza się ze wspólnoty etycznej inne czujące istoty. Janina Duszejko – już wpisana przez prawicę, piórem Cezarego Gmyza, w kontekst „ekoterroryzmu” i „antychrześcijaństwa” – to chyba pierwsza postać w polskim kinie obdarzona nadnaturalną wręcz wrażliwością społeczną: reaguje fizycznie nie tylko na cierpienia zwierząt, lecz także na wszelką ludzką krzywdę. Jednocześnie ta bezkompromisowa postawa ją samą skazuje na wykluczenie – w lokalnej społeczności otwarta krytyka myślistwa uchodzi za fanaberię, objaw starczego zdziwaczenia i, co najistotniejsze, zwykłego szaleństwa, które jednych pcha w stronę spisków smoleńskich, a innym każe wierzyć w mściwość przyrody.

„Pokot” potwierdza starą zasadę: coś za coś, treść za formę, temat za kinematografię

Tymczasem Duszejko widzi więcej i czuje więcej, nie kieruje swojej wściekłości przeciwko jakiejś określonej instytucji – jak Kościół czy policja – ale przeciwko całemu systemowi znieczulicy i antysolidarności, który podpiera się pustym frazesem „tradycji”. Ostatecznie na moralną dwuznaczność tej postaci można spojrzeć jako na metaforę: bohaterka sięga po przemoc, bo stawką filmu nie jest wcale rozliczenie „konkretnych” złych, a zmiecenie z powierzchni ziemi Polski myśliwych, trucicieli powietrza, zafascynowanych bronią i gardzących kobietami mężów, indywidualistów odgradzających się od wielowymiarowej rzeczywistości siatką z drutu kolczastego i monitoringiem. Na poziomie ogólnego zamysłu „Pokot” jest więc otwarciem się mistrzyni na nowe. Jednak jako dzieło filmowe – rozczarowuje nieprzekonującą groteską, nadmierną deklaratywnością, dzieleniem świata na zło i dobro podług bardzo wyraźnych, wręcz autokarykaturalnych cech bohaterów. W tym przypadku sprawdza się niestety bardzo stara zasada – coś za coś, treść za formę, temat za kinematografię.

Trzeba również podkreślić, że w Konkursie Głównym tegorocznego Berlinale nie dominował żaden określony temat, dało się za to – jak w „Pokocie” – odczuć ogólną atmosferę moralnego niepokoju – lęku wywołanego zmieniającym się układem globalnych sił i zwycięstwem polityki opartej na półprawdach i jawnych kłamstwach.

Kolejna, obok Holland, stara mistrzyni – Brytyjka Sally Potter – pokazała w Berlinie kameralną i wyjątkowo zjadliwą satyrę na współczesną klasę polityczną. Dusząc się w oparach deklaracji o własnej postępowości, bohaterowie „The Party” – przedstawiciele elity o lewicowych poglądach – w życiu prywatnym nie potrafią zachować szczerości, a na wyznania współtowarzyszy reagują atawistycznymi wybuchami niskich emocji. Potter, jak wyjaśniała na konferencji prasowej po premierze filmu, na małej przestrzeni chciała wykreować wręcz laboratoryjną sytuację społeczną: pokazać, jak kłamstwo prywatne przekłada się na kłamstwo publiczne, powodując postępującą śmierć prawdy w zachodnich demokracjach. Reżyserka zrobiła tym samym najbardziej polityczny film festiwalu, chociaż jury tego potencjału nie doceniło.

Bez nagrody wyjechał także „Joaquim” Marcelo Gomesa – mroczna, ufundowana na napięciu między eksplodującą emocją a bezruchem historia Joaquima Jose da Silvy Xaviera, żyjącego w XVIII wieku brazylijskiego bohatera narodowego. Fascynujący jest nie tylko kontekst tej opowieści – portugalska kolonia wstrząsana buntami niewolników, życie na plantacji, odbierająca moralne drogowskazy gorączka złota – ale przede wszystkim wyłaniające się z filmu pytanie o ukryte motywacje wszelkich radykalizmów.

Czy bohater dołącza do rewolucyjnego spisku, bo czuje, że w oficjalnych strukturach państwa nie odniesie sukcesu? Chodzi o prywatę, nadmierne ambicje, zawiść czy o autentycznie przebudzone pragnienie wolności? To pęknięcie w wymiarze moralnym czyni z „Joaquima” dzieło zadziwiająco aktualne, w którym kostium istnieje tylko w wymiarze czysto wizualnym, jako zgrabna „przykrywka” treści w istocie głęboko politycznej.

W kotle tegorocznego Berlinale odbija się niestabilność dzisiejszego porządku światowego

Lęki i groźby przełożyły się jednak także na zmęczenie, a w konsekwencji – na ucieczkę niektórych reżyserów od rzeczywistości społecznej, od małych filmowych realizmów w stronę psychologii. „Ana, mon amour” Calina Petera Netzera – zdobywcy Złotego Niedźwiedzia za „Pozycję dziecka” w 2013 r. – to intrygujący formalnie, oparty na rwanej, achronologicznej narracji melodramat i wykład psychoanalizy w jednym. Reżyser bardzo wierzy w przeszłość determinującą nasze teraźniejsze czyny, w powrót wypartego, w przekazywaną z pokolenia na pokolenie winę i kompleksy, a jednocześnie traktuje swoich bohaterów – zwłaszcza bohaterkę – jak przedmioty: ilustracje pewnych symptomów psychofizycznych, figury zafiksowane na własnym ego. Wzajemna zależność w związku kobiety i mężczyzny ma w filmie charakter destrukcyjny, kompensuje lęki przed dojrzałością i kosztami, jakie ponosi człowiek, obdarzając drugiego zaufaniem.

O neurotycznej miłości traktuje także zwycięzca tegorocznego festiwalu – „On Body and Soul” Idiko Enyedi – ale tutaj uczucie ma bardziej sensualny, cielesny wymiar, łączy ludzkie i zwierzęce, wchodzi w rejestry melancholijnej groteski. Z obrazów pękniętych tożsamości największym olśnieniem okazała się dla mnie chilijska opowieść o transseksualnej kobiecie w reżyserii Sebastiano Lelio – „A Fantastic Woman” – nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz. To ten rodzaj kina, które wchodzi z bohaterem w rodzaj intymnej, bliskiej więzi – nie przedrzeźnia, nie karykaturuje, nie poucza, zamiast tego zwraca godność. Jak w obrazie dialektycznym – to, co przedstawia, zależy od przyjętej perspektywy – przez pewną część filmu patrzymy na Marinę jak na piękną, młodą kobietą i dopiero narastająca atmosfera uprzedzeń, pełen stereotypów język nienawiści zmienia nasze postrzeganie bohaterki. Wystarczy chwila niepewności , kilka dwuznacznych słów powtórzonych w dialogach i nagle – magia! – zauważamy trochę zbyt masywne ramiona Mariny, za bardzo umięśnione łydki, wydatną szczękę: mamy przed sobą już nie elegancką kelnerkę i piosenkarkę z nocnych klubów, ale kobietę uwiezioną w ciele mężczyzny. Bardzo pouczające doświadczenie, piękne filmowe puzzle.

W stylistycznym i tematycznym kotle, jakim okazały się tegoroczne Berlinale, odbija się więc niestabilność dzisiejszego porządku światowego – jeszcze bardziej dojmująca, niż rok temu. Wtedy festiwal zdominował problem kryzysu migracyjnego, a Złotego Niedźwiedzia zdobył dokumentalny „Fuocoammare. Ogień na morzu” Gianfranco Rosiego o pogrążonej w permanentnym stanie wyjątkowym Lampedusie. Teraz wyraźny wątek uchodźczy pojawił się zaledwie w jednym obrazie z Konkursu Głównego – okrzykniętym jednogłośnie przez krytyków „najlepszym filmem festiwalu” „The Other Side of Hope” Aki Kaurismakiego (niestety, dzieła Fina nie udało mi się ostatecznie zobaczyć). Poza tym zatriumfował jakiś uogólniony mrok, medytacja nad kondycją świata pogrążonego w politycznym chaosie, nad zanikiem międzyludzkiej solidarności, prawdy i rozsądku. W takich warunkach nie sposób wyodrębnić jakiegoś jednego, wyjątkowo palącego problemu.

Melancholia dotarła nawet w najdalsze zakątki globu – koreański mistrz kina artystycznego, Hong Sang-soo, zrobił jeden ze swoich najbardziej przejmujących filmów, subtelnie smutną opowieść o rzeczywistości pogrążonej w impasie komunikacyjnym, gdzie ekspresję emocji zastępuje pustosłowie small-talków. Te rozpoznania podsuwają nam jeszcze jeden trop – być może „Pokot” okazał się na tle innych obrazów z Konkursu Głównego wyjątkowy, bo przyniósł ze sobą sporą dawkę orzeźwiającego optymizmu. Szalona utopia zaprojektowana przez Duszejko – do spółki z Holland i Tokarczuk – ostatecznie w filmie zwycięża, przynosząc nadzieję na nowy kształt świata i to nawet jeśli jego źródłem miałaby być wyobraźnia niepoprawnej idealistki i „ekoterrorystki”. Byłby to też paradoks – polskie kino po raz pierwszy oświetla i wskazuje drogę, a nie pławi się w mrokach martyrologii, samoumartwienia, wstydu i roszczeń. Z taką ryzykowną myślą przyjemnie by było rozpocząć nowy rok w rodzimej kinematografii. Przed nami kolejne duże festiwale – oby przyniosły ze sobą więcej polskiego optymizmu.