Jeszcze do niedawna wezwania do wykluczenia chorych ze struktur uniwersyteckich mogły w gremiach naukowych przybierać co najwyżej postać wstydliwych aluzji.

„Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka” – tak dla „Rzeczpospolitej” pisał Piotr Nowak, profesor filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku. Pełen krzywdzących stereotypów artykuł zdążył już wywołać słuszne oburzenie i sprowokować dyskusję – na razie o stosunkowo wąskim zasięgu – dotyczącą stygmatyzacji osób z zaburzeniami psychicznymi na wyższych uczelniach. Eksperta – dydaktyka i teoretyka – posługującego się niejasną anegdotą, żeby postulować ograniczenie praw – jak to sam określa – „niepoczytalnych” studentów, powinien spotkać dotkliwy ostracyzm środowiska akademickiego.

Jeśli do niedawna w gremiach naukowych wezwania do wykluczenia chorych ze struktur uniwersyteckich mogły przybierać co najwyżej postać wstydliwych aluzji, tak artykuł Nowaka posługuje się skrajnie dyskryminacyjną retoryką zupełnie jawnie, w imię świętej wojny z międzynarodówką „poprawności politycznej”. Sprawa ma też drugie, chyba jeszcze bardziej bulwersujące dno – rzekomo fikcyjny student z zespołem Aspergera, którego przypadek ilustruje tekst o „trudach i lękach wykładowcy”, jest najprawdopodobniej autentycznym uczniem białostockiego profesora (pisał o tym m.in. Jacek Dehnel). W grafomańskim i obliczonym wyłącznie na efekt retoryczny tekście Nowaka naukowa prawda – podana w błędnych kontekstach – na tyle swobodnie miesza się z anegdotą, że odcina nas od realnych źródeł problemu. A tym niewątpliwie jest godne funkcjonowanie osób z zaburzeniami psychicznymi w instytucjonalnych ramach uniwersytetu.

Haniebne pomysły Nowaka trudno uznać za oryginalne na tle retoryki naszej prawicy – dość przypomnieć pełne uprzedzeń wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego o paraolimpijczykach czy osobach z niepełnosprawnościami w ogóle – to raczej symptom szerszego i dobrze rozpoznanego zjawiska. Poprawność polityczną – a mówiąc ściślej: językową przyzwoitość i brak przyzwolenia na krzywdzące słowa – antysystemowcy wszelkiej maści demaskują jako pęta narzucone większości przez liberalne elity, wezwanie do (auto)cenzury i próbę zakłamania świata w jego „istotowym”, obiektywnym wymiarze.

Wraz z rosnącą popularnością „mówienia, jak jest” wróciło publiczne przyzwolenie na otwartą dyskryminację – także w jej najmocniejszej, najbardziej krzywdzącej formie, którą psychologowie społeczni określają mianem dehumanizacji. Odczłowieczanie oponenta – przypisywanie mu cech zwierzęcia czy maszyny albo odmawianie, jak czyni to Piotr Nowak, zdolności do racjonalnego myślenia i etycznych sądów – wpisuje się w wyłaniającą się na naszych oczach nową „doktrynę prawdy” (chciałoby się rzec za doradczynią Donalda Trumpa Kellyanne Conway – „prawdy alternatywnej”). Jej głównym postulatem nie jest wcale ochrona zagrożonych swobód i wolności, ale wyrugowanie z najbliższego otoczenia jednostki wszystkiego, co może budzić w niej poczucie dyskomfortu i lęku.

„Infrahumanizacja” polega na przypisywaniu innym mniejszej zdolności do odczuwania ludzkich emocji

W tej optyce pragnienie, żeby „oni” trzymali się z daleka, lokuje się podejrzanie blisko kapitalistycznej z ducha ideologii wellness – nakazującej „projektować” własne życie w taki sposób, żeby dało się ono opisać wysoko na skali fizycznego i psychologicznego dobrostanu. A jednak ten przymus budowania osobistych baniek komfortu nie szedł dotychczas w parze z jawnym przyzwoleniem na raniące słowa. Kilka lat temu, jeszcze jako student psychologii, badałem zjawisko znane w naukowym żargonie pod nazwą „infrahumanizacji”. W dużym skrócie chodziło o to, że otwarcie odczłowieczające praktyki językowe stały się w pewnym momencie na tyle trudno uchwytne, że psychologowie społeczni zaczęli poszukiwać bardziej subtelnych przejawów odmawiania „onym” cech istotowo ludzkich.

„Infrahumanizacja” polega więc na przypisywaniu innym mniejszej zdolności do odczuwania typowo ludzkich emocji, np. dumy czy współczucia. Ta zabawa w namierzanie ukrytych form dehumanizacji – podobnie jak zbliżone teorie subtelnego rasizmu czy antysemityzmu – staje się na naszych oczach pieśnią przeszłości. W wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego czy Mariusza Błaszczaka odnajdziemy szerokie spektrum różnych postaci otwarcie, a nie subtelnie dehumanizującego języka – „onym” odmawia się już nie tylko kompetencji czy znajomości norm kulturowych, ale nawet postuluje ich biologiczną podrzędność (słynny tekst Kaczyńskiego o „uchodźcach przenoszących pasożyty”).

A teraz – podążając chyba za danym „z góry” politycznym przyzwoleniem – w jednym z największych polskich opiniotwórczych dzienników profesor filozofii wyklucza ze wspólnoty etycznej tych, którym jesteśmy winni szczególną uwagę. Osobiście mógłbym się oburzać, nawet jeśli Nowak proponowałby patriarchalne z ducha „otoczenie opieką” albo protekcjonalne „pochylenie się nad problemem” osób z zaburzeniami – ale nie, on daje ekspercką legitymację strategii wycofania, wymazania źródeł własnego dyskomfortu z pola widzenia. „Choroba psychiczna stwarza dystans, wywołuje u osób zdrowych uczucie określane przez psychologów mianem dyskomfortu obserwatora” – pisze Nowak i wzywa, żeby ów dystans – wynikający z wrażeń cielesnych – stał się powszechnie obowiązującą praktyką, może nawet prawem. Na to nigdy nie może być zgody, choćby rasistowski tekst Hanny Arendt, który Nowak czyni podwaliną własnej koncepcji „racjonalnej uczelni” (czyli uczelni elitarnej), jakimś cudem stał się częścią uniwersyteckiego kanonu. Nie każdy autorytet naukowy z automatu staje się autorytetem moralnym.

W tej nagonce na poprawność polityczną najsmutniejszy jest chyba fakt, że jej ofiarą pada grupa, która w polskich realiach zdaje się być szczególnie silnie napiętnowana. To właśnie brak społecznej wrażliwości i zrozumienia dla specyfiki zaburzeń psychicznych – przypisywanie osobom z problemami etykiet, żeby zacytować Nowaka, „wariata” czy „obłąkanego” – sprawia, że w fazie remisji chorym trudno jest na powrót wejść w społeczne koleiny. Często zostają zepchnięci na margines społeczny i obdarzeni niewielką uwagą państwa, a mając trudności z podjęciem pracy czy nauki, zasilają szeregi osób w kryzysie bezdomności albo popadają w uzależnienia.

Piszę tutaj celowo, podobnie jak Nowak, tylko i wyłącznie o zaburzeniach psychicznych – takich jak choćby schizofrenia – ponieważ trudno z pełną powagą odnieść się do błędów merytorycznych, na których profesor opiera swój wywód. Do worka z „obłąkanymi” Nowak błędnie wrzuca zespół Aspergera, obecnie klasyfikowany jako całościowe zaburzenie rozwoju mieszczące się w spektrum autyzmu. Nie ma to, panie profesorze, z „niezrównoważeniem” i „niepoczytalnością” (termin z dziedziny prawa) nic wspólnego. Na inne, bardzo liczne przykłady błędnego wykorzystania w tekście zarówno fachowego, jak i potocznego nazewnictwa lepiej w ogóle spuścić zasłonę milczenia.

Artykuł Nowaka powinien zaalarmować wszystkie środowiska walczące ze stygmatyzacją

Artykuł Nowaka powinien zaalarmować wszystkie środowiska walczące ze stygmatyzacją. Mamy w tym przypadku do czynienia z precedensem, kiedy to „subtelny ksenofob” wykorzystuje swój autorytet naukowy, żeby dowolnie dzielić wspólnotę etyczną podług kategorii normy/patologii, definiowanych zupełnie arbitralnie, w oparciu o osobiste lęki i uprzedzenia. U Michela Foucaulta norma była częścią „dyskretnej” nowoczesnej episteme, u Nowaka jest czymś, co wyklucza zupełnie jawnie i swoją zdolnością do ordynarnego „dziel i rządź” jeszcze się chwali. Jaka następna grupa wywoła u Nowaka „dyskomfort obserwatora” – studentki w kolorowych spodniach? Studenci z długimi włosami? A może studenci, których profesor uzna za tępych i brzydkich?

W odpowiedzi na artykuł Nowaka na Uniwersytecie Warszawskim odbył się ostatnio wykład antydyskryminacyjny – i jest to także ważny precedens. W czasach wojny ze wszelkimi przejawami przyzwoitości, każda okazja do rozmowy na temat praktyk wykluczania jest na wagę złota. Jeśli takich okazji zabraknie, będzie to oznaczało, że właśnie obudziliśmy się w zupełnie nowym świecie. Świecie, w którym dystans stał się jedną z podstawowych obowiązujących norm – strzeżmy się wtedy, żeby przypadkiem nie wejść z brudnymi buciorami w czyjąś strefę komfortu.