Na ramionach tego Baranka zostanie złożony grzech całego świata, a On ten grzech poniesie i podniesie na wysokość krzyża, a tym samym ten grzech zgładzi, unicestwi.

Kiedy Jezus będzie umierał na krzyżu, będzie godzina dziewiąta według żydowskiej rachuby czasu, czyli nasza piętnasta, trzecia po południu. Jak wiadomo, św. Jan sytuuje dzień śmierci Jezusa na krzyżu w tzw. Dzień Przygotowania, a więc jeden dzień wcześniej niż pozostali Ewangeliści, którzy przyjęli, że Jezus umarł w samo Święto Paschy. To właśnie w Dzień Przygotowania przynoszono do świątyni baranki paschalne. W relacji św. Jana pora zabijania baranków ofiarnych w Świątyni Jerozolimskiej pokrywa się czasowo z chwilą ukrzyżowania Jezusa. To właśnie o tym będziemy śpiewać w orędziu paschalnym: „Oto są bowiem święta paschalne, w czasie których zabija się prawdziwego Baranka, a Jego krew poświęca domy wierzących”. Teologiczny zamysł Jana jest jasny: Jezus jest Brankiem Bożym, a Jego ofiara zastępuje wszystkie dotychczasowe.

Już nie trzeba będzie składać w ofierze żadnych baranków, ponieważ On jest jedynym Barankiem. Nie bez przyczyny Jan Chrzciciel przedstawia więc Jezusa, gdy ten pojawia się na Jordanem, aby przyjąć chrzest słowami: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29). Jezus już na początku swojej działalności zostaje światu objawiony jako Baranek. Ten obraz pojawi się jeszcze raz u św. Jana, tym razem w księdze objawienia, czyli w Apokalipsie. Na końcu historii świata ukaże się „Baranek zabity”, a jednocześnie stojący, który „godzien jest otrzymać potęgę i bogactwo, mądrość, i część, i chwałę, i błogosławieństwo” (Ap 5, 13). Ten paradoks śmierci i życia Baranka tak oto wyraża jedna z prefacji wielkanocnych: „Raz ofiarowany więcej nie umiera, lecz zawsze żyje jako Baranek zabity”.

Czy świadkowie tego wydarzenia – a przecież do Jana ciągnęły tłumy, aby je ochrzcił – mieli świadomość, o czym mówi Jan? Nie przypuszczam. Były to słowa tak samo niezrozumiałe, jak te, które wypowie Jezus o zburzeniu świątyni Jerozolimskiej. A przecież są to słowa niezwykle ważne, skoro weszły na stałe do chrześcijańskiej liturgii. Każdej niedzieli i w każde święto powtarzamy je w hymnie „Chwała na wysokości”, a przed Komunią Święta trzy razy je wypowiadamy podczas każdej Mszy św. Dwa razy mówimy „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami” i raz dodajemy: „obdarz nas pokojem”. Ale co to znaczy „gładzić grzechy świata”? Mieli prawo nie rozumieć tego współcześni Jezusowi. Ale czy my te słowa rozumiemy? Co to znaczy, że Jezus jest Barankiem, który gładzi grzechy świata?

Jak to często bywa, problem z poprawnym rozumieniem słów Biblii czy liturgii tkwi w języku. Polskie słowo „gładzić”, które w tym miejscy pojawia się w Biblii, nie należy do zbyt często używanych. Nawet słowniki zaznaczają, że to jest wyraz dawny albo książkowy. Rzeczywiście, rzadko mówimy dzisiaj, a jeśli już, to bardzo podniośle, że ktoś kogoś zgładził. Jako synonim do „zgładzić” słowniki podają czasownik „unicestwić”, co sugeruje jakąś radykalność, ostateczność, całkowitość. Zgładzić to jakby zamienić kogoś w nic, obrócić w nicość. Jeśli pomyślimy o zagładzie Żydów, to chodziło właśnie o to: nie tylko wymordować, ale unicestwić, zgładzić z powierzchni ziemi, zamienić w nicość. Czy znaczy to, że Jezus unicestwia nasze grzechy? W pewnym sensie tak, ale to nie jest cała prawda o Jezusie Baranku.

Z pomocą przychodzi nam język łaciński. U św. Hieronima w Wulgacie Jan tak mówi o Jezusie: „ecce agnus Dei qui tollit peccatum mundi”. Czasownik tollo, -ere (od którego zresztą pochodzi także słowo tolerancja) oznacza najpierw „podnieść”, a także „wziąć na siebie”, a dopiero potem „usunąć, oddalić, wymazać, zniszczyć”. To właśnie mówi Jan do Jezusa: Oto Baranek Boży, który bierze na siebie grzechy świata. Na ramionach tego Baranka zostanie złożony grzech całego świata, a On ten grzech poniesie i podniesie na wysokość krzyża, a tym samym ten grzech zgładzi, unicestwi. Ta właśnie myśl kryje się w słowach, które wypowiadamy przed Komunią, i w tych, które śpiewamy w hymnie „Chwała na wysokości”.

Kościół każe czytać dzisiejszą Ewangelię na prawie początku roku kalendarzowego. To oczywiście chronologia wynikająca z biografii Jezusa, zaraz po świętowaniu Jego Narodzenia „przeskakujemy” 30 lat i wkraczamy w okres jego publicznej działalności. To dobrze, że tę Ewangelię czytamy na początku roku. Kościół przypomina nam przez to, abyście nie tracili z oczu tego, co najważniejsze: zbawienia. Po to przyszedł Jezus – by ponieść nasze grzechy. Bez tej fundamentalnej perspektywy Jezus staje się kimś zupełnie innym. Można w Nim widzieć uchodźcę, nauczyciela, mistrza, cudotwórcę, mędrca czy filozofa, ale to wszystko jest w gruncie rzeczy drugorzędne.

Ma rację ks. prof. Józef Naumowicz, który mówił w wywiadzie, że „nieuprawnione było mówienie niegdyś o Chrystusie jako rewolucjoniście, czy pierwszym komuniście”. Ale dopowiedzmy, że równie nieuprawnione jest mówienie o Jezusie jako protagoniście wolnego rynku i człowieku, który wzywał do ekonomicznego sukcesu. Ewangelię, jeśli się chce, da się przykroić do własnych oczekiwań, a Jezusa uczynić jakimś życiowym modelem. Jezus jednak nie jest ani komunistą z karabinem, ani maklerem giełdowym, choć pewno ktoś mógłby Go takim widzieć, choćby z perspektywy przypowieści o talentach, którą weźmie się za wykład z ekonomii ziemskiej, a nie z ekonomii zbawienia.

Ale ta Ewangelia mówi także o nas, o naszej perspektywie na nowy rok. Mój ojciec duchowny z czasów, gdy mieszkałem w Konwikcie Księży KUL, ks. prof. Adam Ludwik Szafrański, często powtarzał na swoich konferencjach dla nas: „Pamiętaj, że jesteś zba-wio-nym!”. To słowo „zbawionym” dzielił na sylaby, żeby jeszcze bardziej uwidocznić jego sens. Może to właśnie jemu zawdzięczam kształt mojej wiary, gdzie słowo „zbawienie” jest takie kluczowe. Wkraczamy w ten nowy rok jako mężczyźni i kobiety, księża i świeccy, pracujący i bezrobotni, synowi i ojcowie, matki i córki, zwolennicy PiS-u, KOD-u albo przeciwnicy obu tych formacji. Różnimy się w kwestii Trybunału Konstytucyjnego i roli Unii Europejskiej. Dzieli nas Smoleńsk, Okrągły Stół i wiele jeszcze innych spraw. Ale jedno jest wspólne dla nas wszystkich mieszkających w Polsce: Polaków i imigrantów. Jesteśmy zba-wie-ni. I tacy właśni zaczynamy nowy rok. Wszyscy tak samo: wpatrzeni w Baranka, co gładzi nasze grzechy. Nasze to znaczy wszystkich, każdego z nas, bez względu na cokolwiek.