Wielkim wygranym na światowej scenie będzie Rosja. Jest coraz skuteczniejsza: na Bliskim Wschodzie, w Europie i w rozgrywaniu nowej amerykańskiej administracji.

Za chwilę nowy rok. Zazwyczaj czekamy na niego z nadzieją. Liczymy, że wreszcie uda nam się nie powtórzyć starych błędów, a wobec czekających wyzwań będziemy lepiej przygotowani, mądrzejsi i bardziej doświadczeni. Jednak tym razem, gdy myślę o nadchodzącym roku, przypomina mi się przede wszystkim stare chińskie powiedzenie, czy raczej dedykowane wrogowi przekleństwo: „obyś żył w ciekawych czasach”.

Oczywiście dla wszystkich śledzących choćby pobieżnie rozwój wydarzeń na świecie i w Polsce, nie ulega wątpliwości, że czasy już są „ciekawe”. Zwycięstwo Donalda Trumpa w Ameryce, Brexit, zamachy terrorystyczne w Brukseli, Paryżu i Berlinie, nieudany przewrót wojskowy i fala terroru w Turcji, zagłada Aleppo, wciąż rosnąca fala uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, niekończąca się wojna na wschodzie Ukrainy i coraz bardziej agresywna wobec Zachodu Rosja – te zjawiska, na pierwszy rzut oka niekoniecznie ze sobą związane, dobitnie pokazały, że świat, jaki znaliśmy, ulega gwałtownym przemianom. Nadchodzący rok może się jednak okazać jeszcze „ciekawszy”, a zmiany, których będziemy świadkami – bardziej gwałtowne i znaczące.

W Europie będzie to przede wszystkim rok wyborów w najważniejszych państwach „starej” Unii. Zacznie się w lutym w Niemczech od wyborów prezydenckich, których wynik nie będzie miał, co prawda, wpływu na politykę państwa (niemiecka prezydentura ma charakter wyłącznie reprezentacyjny), ale stanowić może preludium do jesiennych wyborów parlamentarnych.

Dla zajętej sobą Brukseli Moskwa nie jest kluczowa, a Kijów to tylko kłopot

W marcowych wyborach w Holandii coraz większe szanse ma antyeuropejska i antyimigrancka Partia Wolności. Do niepożądanych w tym kraju imigrantów jej przywódcy zaliczają zresztą nie tylko muzułmanów, lecz także Polaków. Pod wpływem takiej ideologii holenderscy wyborcy już dwa razy powiedzieli Brukseli „nie”: w 2005 r., odrzucając europejską konstytucję i w 2016 r., odrzucając Umowę o wolnym handlu z Ukrainą (pisała o tym u nas Marta de Zuniga).

Pod koniec kwietnia w Paryżu o prezydenturę będą walczyć Marine Le Pen i François Fillon. Ta pierwsza, hojnie wspierana przez Kreml, obiecuje Francuzom wyjście ze strefy euro, Unii Europejskiej i NATO, zniesienie sankcji wobec Rosji i sojusz z Putinem. Kandydat republikanów jest zwolennikiem głębokiej reformy Unii w kierunku bliskiej kooperacji państw strefy euro kosztem Europy Środkowej, rozluźnienia współpracy transatlantyckiej i zniesienia sankcji wobec Moskwy.

Jesienią po raz kolejny do walki o przywództwo Niemiec (najprawdopodobniej z kandydatem socjaldemokratów Martinem Schulzem) wystartuje Angela Merkel. Prawdopodobnie te wybory wygra, ale jej pozycja w parlamencie i w państwie, w którym coraz większe wpływy zdobywa Alternatywa dla Niemiec, będzie dużo słabsza niż teraz. I trudno liczyć, by Merkel była w stanie utrzymać status quo w polityce własnego państwa wobec Rosji, a tym bardziej w coraz bardziej podzielonej Brukseli.

Bo przecież są jeszcze Włochy: po przegranym referendum konstytucyjnym i rezygnacji premiera Matteo Renziego – znowu niestabilne i skłócone. Tam wybory parlamentarne mają się odbyć dopiero w 2018 roku. To dość czasu, by Ruch 5 Gwiazd komika Beppe Gillo – nacjonalistyczny, antyunijny i proputinowski – jeszcze bardziej się wzmocnił.

Bruksela tymczasem zajęta jest przede wszystkim sobą – poszukiwaniem sposobu na wyjście z kryzysu gospodarczego i imigracyjnego oraz pokonanie rosnącej fali eurosceptycyzmu. I jest coraz bardziej chętna, by wyszehradzką ideę „elastycznej solidarności” (odnoszącą się, przypomnę, do kwestii przyjmowania uchodźców) realizować w praktyce – na przykład w kwestii budżetu: solidarnego przede wszystkim wobec państw strefy euro. W tej perspektywie Moskwa nie jest najważniejsza, a Kijów to tylko kłopot.

Zwolenników współpracy z Rosją przybywa także w naszym regionie: po niedawnych wyborach prezydenckich do Budapesztu i Bratysławy dołączyła Bułgaria. Jest to państwo o strategicznym znaczeniu dla możliwości operacyjnych NATO na Morzu Czarnym (to właśnie takie strategiczne położenie Czarnogóry było jedynym powodem przyjęcia jej do Sojuszu). Na Łotwie i w Estonii coraz silniejsze są – finansowane z Moskwy – partie prorosyjskie. Aspirująca do członkostwa w Unii i blisko współpracująca z Węgrami Serbia uczestniczy w manewrach wojskowych Rosji i Białorusi.

Tymczasem amerykański prezydent, nonszalancko wycofujący się z wielu populistycznych obietnic wyborczych, jako kandydata na swojego „ministra spraw zagranicznych” wskazał właśnie Rexa Tillersona, byłego prezesa spółki paliwowej Exxon Mobil, odznaczonego przez Władimira Putina orderem przyjaźni. W przygotowaniu nowego resetu w stosunkach z Moskwą pośredniczyć ma jako prezydencki doradca Henry Kissinger. Jak donoszą zachodnie media, plan jest prosty: uznanie aneksji Krymu w zamian za wycofanie rosyjskiego wsparcia (i rosyjskich żołnierzy) ze wschodniej Ukrainy. O wzmacnianiu więzi transatlantyckich w tworzącej się nowej administracji raczej się nie mówi.

A sama Rosja? Nadal inwestuje w armię, a armia ćwiczy: na granicy z Ukrainą i na Kaukazie, z Chinami na Morzu Południowochińskim, z Egiptem na Synaju, w Arktyce, na Białorusi i w Kaliningradzie. No i oczywiście w Syrii, skąd we współpracy z Teheranem i Ankarą skutecznie, jak się wydaje, wyparła już Amerykanów. Rosja jest coraz skuteczniejsza: na Bliskim Wschodzie, w Europie i w rozgrywaniu nowej amerykańskiej administracji. Na tyle, że przy okazji finału konkursu Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego na zadane przez siebie pytanie o to, gdzie kończy się granica Rosji – Putin może odpowiedzieć: granica Rosji nigdzie się nie kończy.

Za rok, pisząc kolejną prognozę, zapewne więcej miejsca poświęcę Chinom. Ale w nadchodzącym roku 2017 wielkim wygranym będzie przede wszystkim Rosja.