W związkach homoseksualnych jest zaprzeczenie prawdy o człowieku i leży w nich „źródło bólu”? Skąd taka pewność?

Polemika z tekstem Tomasza Wiścickiego „Znak niepokoju”.

Kiedy wczesną jesienią 2016 roku rozpoczęła się akcja plakatowa „Przekażmy sobie znak pokoju”, jeden z moich homoseksualnych przyjaciół napisał do mnie w mailu: „Wkładacie kij w mrowisko”. Miał rację. Zawrzało. Co ciekawe, głównie po stronie „poprawnie myślących” katolików.

Pojawiły się głosy oburzenia, a także poważne oskarżenia, m.in. pod moim adresem – o podważanie czy rozmywanie nauczania moralnego Kościoła. Na te zarzuty odpowiedzieli we wspólnym oświadczeniu redaktorzy naczelni katolickich pism, które akcji udzieliły patronatu medialnego. W pełni podzielam ich stanowisko. Wydawało mi się w tej sytuacji, że wdawanie się w osobiste polemiki jest już zbędne. Kiedy jednak z poważnymi zarzutami występuje publicznie dobry kolega z „Więzi”, Tomasz Wiścicki, czuję się zobligowany do choćby krótkiej odpowiedzi.

Przede wszystkim: zrozumieć

W swoim tekście zatytułowanym „Znak niepokoju” rozróżniasz, Tomku, dwie kwestie: patronat medialny „Więzi” nad akcją „Przekażmy sobie znak pokoju” i nasz – to znaczy Katarzyny Jabłońskiej i Cezarego Gawrysia – udział w tym przedsięwzięciu (chodzi o nasze krótkie wypowiedzi w filmiku dostępnym w internecie).

Na samym początku trzeba zaznaczyć, że na nagranie naszych wypowiedzi na użytek akcji „Przekażmy sobie znak pokoju” Kasia i ja zgodziliśmy się bez wahania, nie konsultując tego uprzednio z redaktorem naczelnym „Więzi”. Uznaliśmy to po prostu za naturalną konsekwencję naszego dotychczasowego zaangażowania – po raz kolejny chcieliśmy dać osobiste świadectwo ewolucji naszych poglądów w kwestii homoseksualności, znanych już skądinąd z publikacji dwóch książek: „Męska rozmowa” i „Wyzywająca miłość”. Z decyzji o objęciu przez „Więź” akcji patronatem medialnym bardzo się ucieszyliśmy i przyjęliśmy ją z wdzięcznością. Pragniemy więc odpowiedzieć na Twoje zarzuty w obu kwestiach.

Przede wszystkim inaczej niż Ty odbieramy przekaz ideowy całej akcji. Wydaje nam się, że kluczowy przekaz zawarty w plakacie „Przekażmy sobie znak pokoju” był pozytywny, a nie negatywny. Tak właśnie odebrały akcję znane nam osoby homoseksualne, ich rodzice oraz bliscy – ale też wielu „zwykłych” katolików. Apel ten był skierowany, jeśli można tak powiedzieć, do obu stron – i do ludzi Kościoła, i do osób homoseksualnych. Brzmiał, jak nam się wydaje, dość czytelnie: nie odnośmy się do siebie z wrogością, nie przypisujmy sobie od razu złych intencji, lecz spróbujmy zrozumieć tę „drugą stronę”.

Nie idźmy na wojnę!

Nie ulega bowiem wątpliwości, że toczy się w świecie zachodnim, jak Ty to ostrożnie nazywasz, spór kulturowy o rozumienie i traktowanie homoseksualności. Kościół w tym sporze zajmuje wyraźne stanowisko, broniąc instytucji małżeństwa rozumianego jako związek mężczyzny i kobiety.

Niestety ów istotny spór przybiera coraz bardziej postać wojny kulturowej. Zdarza się, że także ludzie Kościoła, to znaczy i hierarchowie, i szeregowi katolicy, a zwłaszcza różni publicyści, z zapałem „idą na wojnę”, zapominając, że podstawową misją Kościoła jest jednak wprowadzanie pokoju. A na wojnie, jak to na wojnie, trzeba walczyć z wrogiem, trzeba go też wyraźnie zdefiniować. I tak zamiast osób homoseksualnych mamy „ideologię gejowską”. A kto staje w obronie godności osób homoseksualnych, od razu jest zaliczany do „lobby homoseksualnego”. Sami tego niejednokrotnie doświadczyliśmy. Nawet Ty, Tomku, uważasz, że „tęczowa opaska na przegubie wyciągniętej do znaku pokoju ręki nie jest symbolem osób homoseksualnych, ale ruchu gejowskiego”. To jak Twoim zdaniem można by symbolicznie zaznaczyć na plakacie homoseksualną tożsamość?

Wspominasz o przekazie ideowym akcji „Przekażmy sobie znak pokoju”. Otóż i patronat medialny „Więzi”, i nasze wypowiedzi, to był nasz przekaz ideowy: konsekwencja „Więziowego” personalizmu, czyli postawy, która w życiu społecznym, publicznym, za najwyższą wartość przyjmuje osobę ludzką, obdarzoną przez Boga niezbywalną godnością i wolnością. Każda osoba jest osobna, jedyna i niepowtarzalna i nie można popełniać „błędu reprezentatywności”: jak ktoś ujawnia, że jest gejem, to znaczy, że reprezentuje „ideologię gejowską”. Zresztą w tak zwanym ruchu gejowskim, zrodzonym w Ameryce w latach 60. ubiegłego wieku, dostrzegamy coś więcej niż zarzewie „wojny kulturowej” – widzimy także upominanie się o godność i miejsce osób homoseksualnych w społeczeństwie.

Nie da się zaprzeczyć, że osoby takie w przeszłości traktowane były często niesprawiedliwie, a nawet okrutnie. W akcie pokutnym z roku 2000, kiedy św. Jan Paweł II na kolanach błagał Boga o przebaczenie grzechów popełnionych przez ludzi Kościoła w minionym tysiącleciu wobec różnych kategorii osób, tej kategorii zabrakło. Zapewne na przeproszenie osób homoseksualnych przyjdzie jeszcze poczekać sto, a może dwieście lat, do kolejnego jubileuszu? Takie głosy, jak kard. Reinharda Marxa czy papieża Franciszka, są na razie w Kościele katolickim odosobnione.

Prawda najgłębsza?

Zarzucasz nam konkretnie, Tomku, podważanie tezy zawartej w Katechizmie Kościoła Katolickiego, że skłonność homoseksualna jest „obiektywnie nieuporządkowana”. Nie wsłuchałeś się jednak w kontekst naszej wypowiedzi. Chodziło nam o to, że to sformułowanie odbierane jest faktycznie jako stygmatyzujące przez osoby homoseksualne (temu nie da się zaprzeczyć) oraz że legitymizuje ono w praktyce negatywny stosunek wielu katolików do osób homoseksualnych, w tym rodziców do własnych dzieci (czemu też nie da się zaprzeczyć).

W stosunku do homoseksualizmu Kościół jest nie tyle chrystocentryczny, co… seksocentryczny

Warto zresztą pamiętać, że pierwotnie nie było w Katechizmie tych słów, lecz zupełnie inne: „osoby takie nie wybierają swej kondycji homoseksualnej”… Skoro pierwotne sformułowanie – w wersji Katechizmu zredagowanej przez kard. Josepha Ratzingera i podpisanej przez Jana Pawła II w roku 1992 – zostało skorygowane po sześciu latach przez Kongregację Nauki Wiary, to czy musimy tę nową wersję traktować jako niepodlegającą dyskusji? Czy podejmowanie takiej dyskusji jest naruszaniem, jak piszesz, katolickiej ortodoksji? Wierność ortodoksji nie oznacza przecież konieczności powtarzania słowo w słowo sformułowań katechizmu.

Odwołujesz się, Tomku, do prawa naturalnego i do ciekawej wypowiedzi Josepha Weilera: „Wy, katolicy, macie trudniej, bo wy macie prawo naturalne”. Faktem jest, że stanowisko Kościoła odnośnie do homoseksualności opiera się nie tylko na Piśmie, ale też na koncepcji uniwersalnego prawa natury, dostępnego dla każdego mocą rozumu. To temat na osobną rozmowę, taka dyskusja trwa wśród filozofów. „Zostaliśmy genialnie wymyśleni przez Stwórcę – piszesz – (…) do powstania nowego człowieka konieczna jest współpraca kobiety i mężczyzny”. Niezaprzeczalnie. Dodajesz jednak puentę: „W tym kryje się najgłębsza prawda o człowieku”.

Otóż jest to na pewno niepodważalna prawda o człowieku w porządku stworzenia, w porządku doczesnym, ale czy jedyna i czy najgłębsza – w porządku zbawienia? Bóg, w którego wierzymy, którego spotykamy w Jezusie Chrystusie, jest jednocześnie Stwórcą i Zbawicielem. Czy w porządku i perspektywie zbawienia seksualność jest „najgłębszą prawdą o człowieku”, w świetle słów samego Jezusa, że „nie będą się więcej żenić ani za mąż wychodzić, lecz będą jako aniołowie w niebie”?

Co jest źródłem cudzego bólu?

Na jednym ze spotkań na temat stosunku katolików do zjawiska  homoseksualności ktoś dowcipnie zauważył, że nasz Kościół jest nie tyle chrystocentryczny, co… seksocentryczny. Otóż to. Rozmawiając o osobach homoseksualnych, a zwłaszcza rozmawiając z nimi, nie sprowadzajmy całego problemu do „aktów homoseksualnych”. Czy naprawdę nasza chrześcijańska postawa ma się objawiać w tym, że za każdym razem będziemy im wytykali, że „żyją w grzechu”? A może starają się żyć w czystości? Czy muszą to deklarować publicznie? A co, jeśli swój sposób intymnego życia w relacji z najbliższą osobą wybierają zgodnie ze swoim sumieniem, będąc – jak my wszyscy – w drodze do „doskonałości chrześcijańskiej”?

Piszesz Tomku: „W przypadku związków homoseksualnych (…) jest zaprzeczenie prawdy o człowieku. (…) To tu leży źródło bólu, które niosą w sobie osoby dotknięte takimi skłonnościami”. Skąd o tym wiesz? Skąd taka pewność w orzekaniu, co jest źródłem cudzego bólu?

Muszę przyznać, że razi mnie łatwość, z jaką wypowiadasz się na temat homoseksualności jako nieuniknionego krzyża. O naszych pierwszych tekstach  (zamieszczonych najpierw w „Więzi”, potem w książce Męska rozmowa, z roku 2003) trafnie piszesz tak: „Wniosek z Waszych reportaży był jeden: zasadniczym problemem osób homoseksualnych są ich skłonności, a nie stosunek społeczeństwa czy Kościoła do nich. Nawet gdyby ludzie ci spotykali się z powszechną aprobatą, ich problem nie zniknie. Niosą go w sobie”.

Dziś jednak, po wielu latach towarzyszenia osobom homoseksualnym, wydaje nam się, że ich problemem bywa i jedno, i drugie. Ale nawet jeśli, jak to nazywał po imieniu Katechizm w swojej pierwotnej wersji, sama kondycja stanowi dla wielu osób homoseksualnych (zwłaszcza dla wierzących) trudne doświadczenie, to tym bardziej powinno być dla nas ważne to, z jakim przyjęciem spotykać się będą w Kościele.

Każdy człowiek niesie swój krzyż. Ale tylko on sam może go rozpoznać i przyjąć. Nie jest na pewno naszą rolą jako braci i sióstr nakładanie na kogoś krzyża na siłę, i to w imieniu Pana Boga. A w żadnym wypadku nie powinniśmy do krzyża, niesionego przez drugiego, dokładać jeszcze swoich poszturchiwań czy razów.