Społeczny kontekst kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju” to nie tylko spór kulturowy, lecz także uwłaczające ludzkiej godności i nieprawdziwe oskarżenia pod adresem osób homoseksualnych ze strony ludzi Kościoła.

Polemika z tekstem Tomasza Wiścickiego „Znak niepokoju”.

Drogi Tomku,

w pełni podzielam wyjaśnienia Czarka Gawrysia w odpowiedzi na Twoje zarzuty i wątpliwości wobec naszego udziału w kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”. Poniżej staram się jedynie pewne kwestie rozwinąć.

Piszesz, Tomku: „W całym tym przedsięwzięciu [objęciu patronatem medialnym kampanii – K.J.] szalenie istotny jest kontekst. Otóż szerokim kontekstem jest toczący się w naszej cywilizacji, a właściwie w całym świecie, spór kulturowy”.

Jedną z głównych motywacji naszego z Czarkiem udziału w kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju” był właśnie kontekst. Otóż – obok sporu kulturowego, o którym wspominasz – ów kontekst to także, nierzadko uwłaczające ludzkiej godności i nieprawdziwe, oskarżenia wysuwane pod adresem osób homoseksualnych, pojawiające się w publicznej narracji ludzi Kościoła, katolickich mediów i środowisk katolickich. Tego rodzaju wypowiedzi – pomimo że pozostają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła katolickiego – niestety, nigdy nie zostały w oficjalnym wystąpieniu Kościoła w Polsce zdyskredytowane.

A oskarżenia wysuwane przez katolików przeciw osobom homoseksualnym – zarówno przed kampanią „Przekażmy sobie znak pokoju”, jak i po niej – są naprawdę ciężkiego kalibru. Osoby homoseksualne bywają w tej narracji określane mianem „zboczeńców”, „dewiantów”, „pasożytów”, „bolszewii”. Padają też zarzuty o związki homoseksualizmu z pedofilią.

Polemiki nie wystarczają

Głoszący tę ostatnią tezę powołują się na badania amerykańskiego psychologa, dr. Paula Camerona, który wielokrotnie gościł w Polsce (ostatnio w październiku tego roku, o czym szerzej pisałam tutaj). Tezy Camerona nie są traktowane poważnie przez naukowców – jest on jednak uznawany za wyrocznię w niektórych środowiskach kościelnych, jak „Gość Niedzielny”, „Idziemy”, portal fronda.pl czy fundacja „Życie i Rodzina” (fundacja ta rozpowszechnia tę i inne krzywdzące oskarżenia wobec osób homoseksualnych na wystawie „Stop dewiacji”, która prezentowana była w przestrzeni publicznej kilku miast Polski). 

W takiej sytuacji nie wystarczają, skądinąd bardzo potrzebne, polemiki. Niezbędne są także inne sposoby oddziaływania na opinię publiczną. Jak więc moglibyśmy nie przyjąć zaproszenia do przekazania sobie znaku pokoju z osobami homoseksualnymi?

Nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu jest dużej części katolików nieznane

Dziś żałuję, że w którymś z filmików z moim udziałem – towarzyszących kampanii – nie przywołałam choćby fragmentu art. 2358 Katechizmu Kościoła katolickiego, w którym stwierdza się: „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”. Dziś bym to zrobiła nie tylko dlatego, że nauczanie to jest – jak się okazuje – dużej części katolików nieznane, ale również po to, aby pobudzić bardzo potrzebną, jak mi się zdaje, dyskusję.

Piszesz, Tomku: „W interesującej nas dziedzinie spór dotyczy tego, czy homoseksualizm jest odstępstwem od normy, czy też tej normy częścią. Nasz Kościół opowiada się jednoznacznie po tej stronie sporu, która mówi: to nie jest norma. Człowiekowi mającemu te skłonności należy się szacunek, jak każdej ludzkiej osobie, ale pójście za tymi skłonnościami prowadzi do grzechu”. Rzeczywiście Kościół katolicki stoi na stanowisku, że homoseksualność nie jest normą. Zastanawiam się jednak, czy skoro dzisiaj nauka uznaje „homoseksualność” za jedną z orientacji seksualnych, to nie byłoby słuszne, by i na ten temat w Kościele rozmawiać? Rozmawiać również po to, żeby zrozumieć, na czym polega istota homoseksualizmu – w wymiarze całej osoby ludzkiej, czyli psychicznym, duchowym i seksualnym. Dzięki temu możliwe będzie lepsze poznanie racji tych, którzy traktują homoseksualność jako normę i tych twierdzących, że jest od tej normy odstępstwem.

W Kościele, mimo wszystko

Swoją polemikę z nami opatrzyłeś, Tomku, tytułem „Znak niepokoju”. Rzeczywiście, kampania „Przekażmy sobie znak pokoju” wywołała niepokój. Nie dziwi mnie to. Kwestia homoseksualności, miejsca osób homoseksualnych w Kościele i społeczeństwie to sprawa bardzo delikatna, przede wszystkim dlatego, że dotyka tak intymnego wymiaru, jakim jest psychoseksualna natura człowieka. Ów niepokój wynika oczywiście również z tych różnych kontekstów, o których wszyscy tu w swoich wypowiedziach wspominamy.

My z Czarkiem Gawrysiem poznaliśmy wiele osób homoseksualnych, a także rodziców mających dorosłe homoseksualne dzieci. Duża ich część to ludzie wierzący. Często opowiadają nam o tym, że czują się w Kościele niechciani i poprzez niesłuszne oskarżenia wykluczani ze wspólnoty wierzących – już samo przyznanie się do własnej homoseksualności czy homoseksualności dziecka bywa dyskredytujące.

Wśród tych osób są i tacy, jak choćby Paweł Dobrowolski – współtwórca kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju” – który w rozmowie z dziennikarką „Krytyki Politycznej” mówi: „Odejście [z Kościoła – K.J.] byłoby dla mnie autodestrukcyjne, bo przynależność do niego jest ważnym komponentem mojej tożsamości, a przede wszystkim duchowości”. A na pytanie dziennikarki:Kościół w Polsce robi dziś więcej dobrej niż złej roboty?”, Dobrowolski odpowiada: „Jestem o tym przekonany. Kościół to miejsce, w którym ludzie doświadczają zbawienia w Jezusie Chrystusie i to zawsze będzie ważniejsze i silniejsze niż zło, które często wyrządzają ludzie tworzący tę wspólnotę”. Tę odpowiedź, którą skwitowało zamilknięcie rozmówczyni, tak komentuje Paweł Dobrowolski: „Można to zrozumieć tylko wtedy, jeśli się tego doświadczy. To wielka siła, która trzyma mnie w Kościele, mimo wszystko”.

Są jednak i tacy, którzy poczuli się tak zranieni przez wypowiedzi i postawę ludzi Kościoła (nierzadko po prostu zwykłych katolików), że zdecydowali się opuścić Kościół – była to dla nich bolesna decyzja. Każde tego rodzaju odejście pozostawia mnie z pytaniem, co ja sama zrobiłam, żeby do niego nie doszło.