Ortodoksja nie jest statyczna. W Kościele trwa dynamiczny proces poszukiwania odpowiednich formuł wyrażających katolickie nauczanie na temat homoseksualizmu.

Polemika z tekstem Tomasza Wiścickiego „Znak niepokoju”.

Moja odpowiedź na komentarz Tomasza Wiścickiego skupi się na kwestiach natury ogólnej, gdyż Cezary Gawryś i Katarzyna Jabłońska wystarczająco dużo już napisali o bezpośrednim podejściu do osób homoseksualnych. Nie chciałbym też powtarzać (z niezbędnymi wyjątkami) tego, co już mówiłem i pisałem na temat kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”.

Jedno czy dwa przesłania?

Przede wszystkim chciałbym się skupić na kwestii przesłania kampanii. Mój wieloletni kolega redakcyjny pisze: „Wiem, że – formalnie rzecz biorąc – patronat dotyczył jedynie akcji plakatowej, a nie nagranych wypowiedzi. Nie mogę jednak pojąć, jak ktoś tak świetnie jak Ty, Zbyszku, orientujący się w medialnych mechanizmach mógł nie zauważyć, że w tego rodzaju działaniach takie subtelne rozróżnienia nie mają znaczenia”. Tak się jednak składa, że „Więziową” tradycją jest przypominanie o znaczeniu różnych subtelnych rozróżnień. A w tym akurat przypadku różnica nie była wcale aż tak subtelna, lecz właśnie dość wyraźna.

Kościół katolicki jest naprawdę pojemny, a jego rozumienie ortodoksji – tak szerokie jak duch Ewangelii

„Przekażmy sobie znak pokoju” było kampanią społeczną. A kampanie społeczne muszą cechować się prostym przekazem – inaczej pozostaną niezauważone. Ich celem jest bowiem zwrócenie uwagi opinii publicznej na pewien określony problem społeczny. Oczywiste jest zatem, że przesłanie kampanii wyraża jej hasło – krótki, prosty slogan, przedstawiony także za pomocą odpowiednich środków wizualnych. W tym przypadku było nie co innego, jak hasło: „Przekażmy sobie znak pokoju”. A ponieważ nośnikiem kampanii były plakaty dostępne w przestrzeni publicznej – środkiem wyrazu (w moim przekonaniu w pełni odpowiednim do hasła) była grafika z przyjaźnie wyciągniętymi do siebie dłońmi, symbolicznie wyrażającymi katolika i osobę homoseksualną.

Dziwne wydaje mi się zatem podejście, w myśl którego w celu odnalezienia rzeczywistego przesłania kampanii społecznej trzeba analizować nie ten krótki message zaproponowany przez organizatorów i zaakceptowany przez patronów medialnych, lecz wsłuchiwać się w (trwające łącznie kilkadziesiąt minut!) nagrane indywidualne wypowiedzi wideo.

Indywidualny charakter tych wypowiedzi podkreślany był od początku kampanii w jej oficjalnych materiałach. W komunikacie prasowym organizatorzy stwierdzali: „Uczestnicy kampanii różnią się w wielu zasadniczych kwestiach. Dlatego jej celem nie jest zgłaszanie postulatów dotyczących zmian politycznych, prawnych czy doktrynalnych, lecz dialog i spotkanie z drugim człowiekiem”. Filmów tych nie oznaczano logotypami patronów medialnych. W serwisie YouTube wypowiedzi wideo zostały zaś opatrzone komentarzem od organizatorów kampanii, że są one „wyrazem osobistych doświadczeń i przekonań ich autorów. Nie wyrażają one stanowiska wszystkich organizatorów ani patronów medialnych kampanii «Przekażmy sobie znak pokoju»”. Tego ostatniego stwierdzenia początkowo, niestety, zabrakło – co już wielokrotnie przyznawałem – na stronie internetowej znakpokoju.com. Brak ten został jednak szybko, po trzech czy czterech dniach, uzupełniony przez organizatorów.

Doszukiwanie się w tej sytuacji w wypowiedziach wideo ukrytego przesłania kampanii, odmiennego od jej hasła z plakatu, wydaje mi się przejawem zbytniej podejrzliwości. Zapewne takie podejście bierze się z braku zaufania do organizatorów, a zwłaszcza Kampanii przeciw Homofobii. Ja również mam krytyczne zdanie o przeszłych działaniach tej organizacji, uznałem jednak, że nie wolno odrzucić – w tym przypadku dosłownie – wyciągniętej ręki. Niechęć wobec osób o skłonnościach homoseksualnych jest bowiem w polskiej wspólnocie katolickiej problemem poważnym, a przez wielu niedostrzeganym. I warto na to było zwrócić uwagę w sposób niekonwencjonalny, udzielając wsparcia zaprojektowanej przez innych kampanii. Taką decyzję uznałem wręcz osobiście za obowiązek sumienia.

Granice ortodoksji  

Druga kluczowa kwestia to przekonanie Tomasza Wiścickiego, że przekaz ideowy kampanii był niezgodny z nauczaniem Kościoła. Jak widać wyżej, nie zgadzamy się nawet co do opisu treści tego przekazu. Wydaje mi się jednak, że nie zgodzilibyśmy się także co do rozumienia ortodoksji. W swoim komentarzu do kampanii Tomek – takie odnoszę wrażenie –  traktuje aktualne sformułowania Katechizmu Kościoła katolickiego jako nienaruszalny metr z Sèvres  katolickiej prawomyślności. Tym samym każdą wątpliwość czy zastrzeżenie trzeba uznać za niezgodne z tym statycznym wzorcem ortodoksji.

Ja natomiast, analizując oficjalne wypowiedzi Kościoła na temat homoseksualizmu i osób homoseksualnych, dostrzegam wyraźnie trwający wciąż dynamiczny proces poszukiwania odpowiedniego języka i odpowiednich formuł, za pomocą których można by najtrafniej wyrazić treść katolickiego nauczania na ten temat. Chodzi tu bowiem o – typowe dla katolicyzmu – niełatwe, paradoksalne połączenie trzech elementów, które często bywają traktowane rozłącznie lub sobie przeciwstawiane. Są nimi: uznanie niezbywalnej godności i szacunek wobec każdego człowieka, niezależnie od jego/jej przekonań czy grzechów; zachowanie neutralności w kwestii moralnej oceny skłonności homoseksualnych jako takich (m.in. dlatego, że wciąż nie potrafimy wyjaśnić ich genezy); negatywna moralna ocena współżycia homoseksualnego, tak jak wszystkich form seksu poza małżeństwem (które połączyć może jedynie kobietę i mężczyznę). Łatwo te elementy wymienić, o wiele trudniej –  integralnie je łączyć w życiowej praktyce.

Kampanie społeczne cechuje prosty przekaz – w tym przypadku hasło: „Przekażmy sobie znak pokoju”

W wyrażaniu tych treści język dokumentów kościelnych raz bywa ostrzejszy, raz bardziej delikatny. Jak przypomina tu Cezary Gawryś, nawet same sformułowania KKK uległy w tej dziedzinie istotnej zmianie – a trudno przecież wersję pierwotną, z roku 1992, określać mianem niekatolickiej. Gdy zaś poczytać młodzieżową wersję Katechizmu, tzw. Youcat (wydaną za pontyfikatu i z przedmową Benedykta XVI), znajdziemy tam sformułowania dużo łagodniejsze. Youcat stwierdza na przykład: „Kościół bez zastrzeżeń akceptuje ludzi, którzy czują się homoseksualni. Nie powinni być z tego powodu dyskryminowani. Wzywa takie osoby do zachowania czystości. Jednocześnie odnośnie do wszelkich form kontaktów seksualnych osób tej samej płci, Kościół mówi, że są niezgodne z porządkiem stworzenia” (415).

W innym miejscu tej publikacji czytamy: „praktyki homoseksualne nie mogą być zaakceptowane przez Kościół”, a już w następnym zdaniu: „Chrześcijanie powinni jednak szanować i kochać wszystkich ludzi, niezależnie od ich orientacji seksualnej”. Youcat daje tam również – jakże świeżo brzmiącą w kontekście tej dyskusji – wskazówkę duszpasterską: „Często jednakże Bóg prowadzi do siebie w niezwyczajny sposób: brak, utrata albo zranienie – przyjęte i zaakceptowane – mogą stać się trampoliną, od której odbijając się, człowiek wpada w ręce Boga, tego Boga, który wszystko uczynił dobrym i jeszcze bardziej pozwala się odkryć w zbawieniu niż w stworzeniu” (65).

Natomiast wydany niedawno „Docat” (prezentujący w młodzieżowej formie nauczanie społeczne Kościoła) stwierdza nawet: „nie może być mowy o małżeństwach homoseksualnych, choć jako chrześcijanie nie powinniśmy dyskryminować osób, które wybrały życie w partnerskich związkach tej samej płci” (124).

Wszystko to (a także studia teologiczne) sprawia, że granice ortodoksji widzę ustawione o wiele dalej niż Ty, Tomku. I wiem, że nie przekracza ich ani Cezary Gawryś, powątpiewając w trafność i precyzję katechizmowego sformułowania o „obiektywnym nieuporządkowaniu” samej skłonności homoseksualnej – ani jeden z redaktorów „Christianitas”, który w innej dyskusji za mylące uznał katechizmowe określenie „osoba homoseksualna”, bo, jego zdaniem, sugeruje ono, że to Bóg stworzył danego człowieka w ten sposób. W jednym i drugim przypadku chodzi o kwestie kluczowe – istotę samej skłonności lub elementarny, definicyjny wręcz opis osób, o których mowa – jednak poglądy wyrażane przez obu autorów nie wykraczają poza granice katolickiej prawomyślności.

Kościół katolicki jest naprawdę pojemny, a jego rozumienie ortodoksji – tak szerokie jak duch Ewangelii. Nie trzeba więc zawężać ujęcia prawowierności w obawie przed popadnięciem w błąd. „Otwartość i ortodoksja potrzebują siebie nawzajem” – jak pisaliśmy w „Więziowym” manifeście ideowym „Dlaczego otwarta ortodoksja”. „One nie stoją ze sobą w sprzeczności. Są sobie wzajemnie potrzebne – aby ortodoksja nie stała się fundamentalizmem i aby otwartość nie stała się naiwnością”.

Czy nasze zaangażowanie w tę kampanię społeczną było „trampoliną, od której odbijając się, człowiek wpada w ręce Boga” – że zacytuję ponownie Youcat? Na pewno wywołało duże poruszenie. W odbiorze publicznym dominowały, jak to zazwyczaj bywa, polemiki – choć i w wielu publikowanych komentarzach widać dobre owoce kampanii. Zapewniam Cię jednak, Tomku, że otrzymaliśmy też wiele niepublikowanych (bo zbyt osobistych) reakcji od – znanych i nieznanych nam – osób o skłonnościach homoseksualnych i ich rodzin. Znając wszystkie te reakcje, śmiem mieć nadzieję, że jednak kampania wniosła więcej pokoju niż niepokoju.

*

Pada w polemice także postulat przeprowadzania w tego typu sytuacjach szerszych konsultacji w środowisku „Więzi”. Ale w tym przypadku zachowaliśmy właśnie czujność bardziej wzmożoną niż zazwyczaj. „Więziowym” standardem jest, że w przypadku patronatów medialnych decyzje podejmuje redaktor naczelny pisma (a bywa to niekiedy „ryzykowne” w przypadku nieznanych dokładnie filmów czy książek). W sprawie kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju” zgodne było zaś całe kierownictwo redakcji, a ostateczną decyzję o przyjęciu patronatu medialnego podjął wybrany kilka tygodni wcześniej Zarząd Towarzystwa „Więź”.

Laboratorium „Więzi” służyło zaś i nadal służy prezentowaniu tak racji stojących za zaangażowaniem w tę kampanię, jak i argumentów przeciwnych – zarówno przez osoby z wewnątrz naszego środowiska, jak i spoza niego. Warto wskazać, że polemiczne stanowisko Tomasza Kyci znalazło się w pierwszej dziesiątce najpoczytniejszych tekstów roku 2016 w naszym serwisie – choć, co może niektórych zaskoczyć, inne tematy i problemy okazały się dla naszych czytelników jeszcze bardziej zajmujące niż ta kampania.